Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BX. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BX. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 czerwca 2015

Koniec bajki o latającym dywanie

O tym wiedzą już wszyscy.

Carlos Tavares, capo di tutti frutti w PSA, zapowiedział, że Citroen niniejszym wywala do śmieci wynalazek, który przez lata czynił go marką wyjątkową, niepowtarzalną, wyróżniającą się spośród innych: hydropneumatyczne zawieszenie. Nie będzie już duchowych następców DS-a, GS-a i CX-a - aktualna generacja C5 będzie ostatnim modelem marki oferowanym z tym rozwiązaniem. Co najciekawsze, zapowiedź ta praktycznie zbiegła się z 60. rocznicą zaprezentowania modelu, który rozsławił to rozwiązanie, legendarnej "bogini" czyli modelu DS.



Miałem raz okazję przejechać się DS-em. Było to doznanie z gatunku niesamowitych - i ta mimo, że nie siedziałem za kierownicą, a jedynie na fotelu pasażera. Samochód płynął majestatycznie, jedynie kołysząc się lekko. Wrażenie było jednocześnie kojące i ekscytujące. Do tego wspaniałe siedzenia przypominające wielkie, klubowe fotele, doskonała widoczność i ten cudowny zapach starego, ale zadbanego samochodu. Przejażdżka "boginią" utwierdziła mnie tylko w mej miłości do hydrocytryn, z DS-em na czele.

Oczywiście nie było to moje pierwsze spotkanie z hydro. Ani ostatnie.



Citroeny z hydropneumatycznym zawieszeniem mocno różniły się od siebie. GS-em jeździło się trochę inaczej niż BX-em, Xantia oferowała nieco inne wrażenia niż XM, natomiast aktualny C5 mocno różni się od wszystkich starszych modeli, zarówno charakterem jak i "czuciem". Wszystkie jednak miały wspólne cechy: niezwykle płynne prowadzenie (nawet w wersjach bez wspomagania), w starszych modelach - specyficzne działanie pedału hamulca, i przede wszystkim większy nacisk na komfort niż na tzw. "sportowe doznania". To właśnie zresztą zawsze mi odpowiadało - niejednokrotnie powtarzałem, że nie interesuje mnie czas, w jakim samochód, którym poruszam się na co dzień, zrobi Nordschleife. Interesuje mnie za to komfort, w jakim przewiezie mnie, pasażerów i niezbyt lubiący gwałtowne wstrząsy sprzęt. A w tej kwestii wyposażone w hydrozawias Citroeny były absolutnie niezrównane.


Niezrównane były też w innej kwestii, którą zresztą zawsze bardzo ceniłem: w byciu innymi. Każda resorowana za pomocą gazu i płynu Cytrynka jeździła i wyglądała inaczej od jej konkurentów. Szczególnie do połowy lat osiemdziesiątych Citroeny zarówno na zewnątrz jak i w środku sprawiały wrażenie zaprojektowanych przez przedstawicieli obcej cywilizacji. Lub przynajmniej miłośników niekoniecznie legalnych substancji. I choć lata 90. pod względem stylistyki wnętrza nie były już tak ciekawe (szczególnie deska rozdzielcza Xantii prezentowała się zaskakująco smutno), patrząc czy to na Xantię, czy na do tej pory nowocześnie wyglądającego XM-a, nie miało się wątpliwości co do tego, z jakiej marki autem mamy do czynienia.


Około sześciu lat temu wybrałem się na odbywającą się na warszawskim Nowym Świecie imprezę z okazji 90-lecia marki. Evencik był dość gruby - parada zabytkowych Citroenów, rampa startowa, na którą wjeżdżały kolejne modele. Było tam wszystko - od modeli przedwojennych, przez dość licznie reprezentowane urzekające 2CV, aż po zjawiskowego C6, wtedy nowego, dziś już powoli stającego się pewniakiem w kategorii "materiał na youngtimera". Były też klasyczne hydrowozy - DS-y, przecudowny SM powstały gdy Citroen był właścicielem Maserati, GS, CX-y oraz przynajmniej jeden XM. Pamiętam, że prowadzący imprezę podczas przejazdu kolejnych aut przez rampę podkreślał zalety hydropneumatycznego zawieszenia. Tego samego, które już 6 lat później miało zostać uśmiercone przez zarządzających marką.


Nie sądzę, by decyzja - według mnie absolutnie idiotyczna, gdyż podważająca sens wyboru właśnie Citroena zamiast jakiegokolwiek innego samochodu konkurencyjnej marki - zapadła z dnia na dzień. Przygotowania zaczęły się sporo wcześniej.

Najpierw zaczęło brakować elementów zawieszenia do  BX-a, następnie do Xantii. Części do wszystkich generacji C5 jeszcze są dostępne, ale z tymi przeznaczonymi do jedynki już wkrótce może robić się krucho. Co najgorsze, doszły mnie słuchy, że nie jest dobrze z dostępnością części do ostatniego Citroena, który bez wątpienia zostanie klasykiem, czyli obezwładniająco pięknego C6.


Rozmawiałem niedawno o tej sytuacji z właścicielem jednego z najbardziej znanych w Polsce serwisów specjalizujących się w hydropneumatycznych zawieszeniach, zajmującym się również klasycznymi modelami Citroena. Dowiedziałem się od niego, o ile z częściami do klasyków, takich, jak DS czy GS, praktycznie nie ma problemów, o tyle możliwość serwisowania Xantii czy BX-ów robi się coraz gorsza. Usłyszałem również, że wysoko postawieni oficjele marki pytani przez importerów czemu brakuje części do modeli, które przecież jeszcze jeżdżą po drogach i których właściciele chętnie zapłacą za odpowiednie elementy które pozwolą im dalej cieszyć się swymi autami, nabierają wody w usta i odchodzą bez słowa. Mój rozmówca miał na tę sytuacje tylko jedno, nader celne określenie: skurwysyństwo.

Tym z Was, którzy chcieliby wytoczyć argument opłacalności, przypominam, że można dostać każdą część do każdego modelu Mercedesa, jaki był kiedykolwiek produkowany. A jak pokazała niedawno przeprowadzana w całej Europie ankieta, której wyniki publikował magazyn Classicauto, to Citroen, nie Mercedes, okazał się najpopularniejszą marką wśród miłośników klasycznej motoryzacji. Przypominam przy okazji, że  XM stoi u progu zostania youngtimerem. BX już nim jest.

Argument opłacalności był również przytoczony przez Tavaresa jako powód rezygnacji z najsłynniejszej citroewnowskiej technologii. Problem w tym, że i tu jest on inwalidą - zawieszenie hydropneumatyczne, dopracowane przez dziesięciolecia do perfekcji, jest de facto tańsze i trwalsze od skomplikowanego wielowahacza. Zarówno w serwisowaniu, jak i w produkcji. A to właśnie ten rodzaj zawieszenia był niejednokrotnie powodem, dla którego świadomi nabywcy często decydowali się na C5 zamiast na któregoś z konkurentów. Teraz ten powód odpadł.




Bardzo szybkie olanie użytkowników starszych modeli oraz ogłoszone właśnie całkowite odejście od hydropneumatyki oznaczają w zasadzie jedno: całkowite zerwanie z tradycją i charakterem marki. Zamiast niezwykle komfortowych, prawdziwie innowacyjnych modeli będziemy mieć teraz ekrany dotykowe w skądinąd udanym C4 Picasso, sztywną belkę skrętną z tyłu w DS5 i Cactusa bez dzielonego oparcia kanapy. Podobną drogą poszedł kiedyś Saab, którego właściciel - General Motors - pokazał, jak dalece w korporacyjnym dupalu ma świetną, zasłużoną markę, która mogła jeszcze sporo zdziałać. A przypominam, że PSA zacieśnia aktualnie współpracę z GM. Co oznacza, że następca C5 będzie najprawdopodobniej rebrandowaną Insignią. A kolejnego może już w ogóle nie być.

Ponurym żartem w tym wszystkim jest obecna linia DS, ostatnio awansowana na osobną markę, mającą w założeniu ociekać prestiżem i premiumem. Marketingowcy w materiałach promocyjnych radośnie wycierają sobie pysk 60-letnią "boginią", oczywiście nie zająknąwszy się nawet słowem o jej najbardziej charakterystycznej - poza wspaniałą, ponadczasową stylistyką - cesze. Czyli właśnie hydropneumatycznym zawieszeniu. Piękny prezent na sześćdziesiąte urodziny jednego z najważniejszych samochodów w historii motoryzacji.

Kolejny przyczółek inności, swoistego motoryzacyjnego romantyzmu i inżynieryjnej odwagi padł. Jeden z ostatnich. I tylko nam, kochającym odmienność i urozmaicenie wariatom, smutno.

niedziela, 3 maja 2015

Śmignąwszy: hydrokanciak


Po niedawnym śmignięciu nowym C5 miałem mieszane uczucia. Niby hydro, niby jest komfort, ale jakoś tak mało cytrynowato. No i te nieszczęsne siedzenia, chwalone przez wielu, jednak nie przypasowały ani mi ani Blogo. O bagażniku, pojemnym ale za wąskim, nawet nie ma co wspominać. Generalnie coś nie pasowało, coś drażniło, czegoś brakowało. I, jako zakochanemu w hydrowozach citrofilowi, sytuacja ta zupełnie mi nie pasowała.

Na szczęście jest odtrutka na rozczarowującego Citroena: stary, fajny Citroen. A konkretnie przejażdżka takowym. I gdy trafiła mi się okazja, byłem wniebowzięty.


BX był najbardziej "ejtisowym" modelem Citroena. Jego stylistyka ociekała wręcz latami osiemdziesiątymi. Patrząc na BX-a, szczególnie przedliftowego, słyszę Duran Duran. I nie kryję, że i jednio i drugie bardzo lubię. Niestety, przedlifty z ich wspaniałymi, bębnowymi prędkościomierzami są rzadsze niż zęby w dupie. Poliftowe BX-y jednak też mają masę uroku - i takim też miałem przyjemność się przejechać.

Egzemplarz znałem już z widzenia. Był już zresztą u mnie. I to dwa razy - w relacji z zamknięcia sezonu 2013 YW i w jednym z miksów ochockich (gdzie złowiłem go nieopodal pracy właściciela). Nie sądziłem jednak, że będę miał przyjemność go przetestować. Bo tak, była to przyjemność - mimo, że do ideału brakowało mu sporo. Dużo. Bardzo.


To, że ten konkretny BX jest już mocno zmęczony, praktycznie widać na pierwszy rzut oka. Wgniecenia i rysy na obu tylnych drzwiach to jeszcze nic - obcierki zdarzają się i w przypadku nowiutkich aut za ciężki, skredytowany przez bank pieniądz - ale urwany, wiszący na drutach wydech to już oznaka myślenia typu "kiedyś zrobię". I trudno się dziwić - bardzo młody człowiek na starcie swej kariery zawodowej (i o typowych dla etapu tejże kariery zarobkach) ma zazwyczaj ważniejsze wydatki niż ładowanie kasy w auto kupione za niewiele ponad 2000 zł. Inwestycje w samochód muszą się zatem ograniczać do utrzymywania go w stanie zdatnym do jazdy. Zresztą nie oszukujmy się - sam znam tę sytuację bardzo dobrze.

Na szczęście BX dzielnie jeździ dalej, ciesząc kierowcę bardzo przyjemnym miejscem pracy.


Tak, przyznaję - materiały czy jakość montażu nie są z tej samej półki co w nowym C5. Zresztą, co ja gadam - one nie są z tego samego kontynentu. Co nie znaczy, że same plastiki są złe - wiele z nich jest miłych w dotyku, jednak ich montaż oraz to, jakie w dotyku są niektóre przełączniki, jasno daje do zrozumienia, że nie są to najdroższe elementy BX-a. Mimo to, siedzi się zaskakująco dobrze. Tak naprawdę siedzi się tu lepiej, niż w C5. Zamiast luksusu i splendiżu - wygoda i funkcjonalność. To pierwsze zapewniają m.in. świetne, obite welurem fotele, to drugie zaś wynika ze sprytnych patentów zastosowanych przez francuskich projektantów.

Takich, jak ten mały, niepozorny schowek.


Wyobraź sobie, że jedziesz po płatnej autostradzie. Dojeżdżasz do bramek. Podjeżdżasz do okienka, stajesz - i co dalej? Czy wydłubujesz portfel by szukać moniaków? Otóż nie - naciskasz małą klapkę, która odchyla się et voila! Masz natychmiastowy dostęp do drobniaków. Nie widziałem jeszcze samochodu, który miałby taki patent. I choć to drobiazg, głupotka, totalnie mnie to kupiło.


Nie do końca niestety kupił mnie za to najważniejszy dla każdego basisty element, czyli bagażnik. Nie, nie jest mały, ale... okazuje się, że zabudowywanie boków to nie jest nowy pomysł. BX ma po bokach bagażnika głębokie kieszenie na rozmaite drobiazgi, co zasadniczo jest dość praktycznym pomysłem, ale sprawia, że bas w pokrowcu wchodzi ledwo-ledwo na skos. Inna rzecz, że i tak szerokość jest lepsza niż w nowym C5. Na szczęście składane oparcie - oczywista oczywistość - jest także dzielone. Coś, czego nie miał XM liftback, i czego dziś nie ma choćby Cactus. Tak, będę to podkreślał przy każdej okazji.


Wbrew temu, co mogłoby się wydawać (szczególnie, gdy ma się sprzęt do taszczenia), nie z samego bagażnika składa się samochód. Dość ważnymi elementami są także silnik i podwozie. Choćby dlatego, że bez nich przemieszczanie się byłoby dość problematyczne. A przemieszczanie się BX-em, mimo ogólnego zużycia i najskromniejszego w ofercie silnika, jest niesamowicie przyjemne.

Pod maską "mojego" egzemplarza znajdował się podstawowy silnik tego modelu - jednostka o pojemności 1,4 litra i mocy 75 koni. Podstawowe było również wyposażenie, nieobejmujące choćby wspomagania kierownicy (co ponoć wedle wielu miłośników modelu jest plusem ze względów serwisowych). Mimo tego samochód bardzo przyzwoicie dawał sobie radę. Osiągi, choć dalekie od rewelacyjnych, okazały się więcej niż wystarczające do sprawnej, żwawej jazdy, zaś manewrowanie nie przysporzyło mi żadnych trudności. Jednym z wyjaśnień może być tu fakt, że BX w tej wersji wedle danych katalogowych ważył zaledwie 921 kg, czyli niewiele ponad połowę tego, co aktualny C5. Ogarnijcie to: Citroen C5 waży prawie tyle, co dwa bazowe BX-y! Przecież to jakiś horror. Tak czy inaczej, lekkość kanciastego francuza po prostu czuć. Czuć - szczególnie na kręgosłupach pasażerów - także geniusz konstruktorów hydropneumatycznego zawieszenia. Ten wynalazek to jeden z najwspanialszych wymysłów w historii motoryzacji. Po pierwsze - wystarczy jeden ruch ręki, jedno przestawienie "suwaka" między przednimi fotelami a z samochodu o normalnym prześwicie robi się coś, co radzi sobie poza utwardzonymi drogami lepiej niż większość SUV-ów. Owszem, zawieszenie utwardza się wtedy mocno, przez wądoły należy przejeżdżać powoli, jednak możemy w ten sposób wjechać miejsca niedostępne dla zwykłych samochodów, modnym, bojowo wyglądającym crossoverom pokazując odpowiedni do sytuacji palec. Po drugie - w standardowym położeniu komfort jazdy jest po prostu zadziwiający. Dziury? Nierówna nawierzchnia? Nie szkodzi - resorowany za pomocą płynu LHM i sprężonego gazu Citroen przelatuje nad tym wszystkim jedynie lekko się kołysząc. I tak - uwielbiam to kołysanie. Ubóstwiam całkowicie niesportową charakterystykę citroenowskiego układu jezdnego. Każde bujnięcie, każdy lekki "skłon" - wszystko to jest dla mnie tak niesamowicie przyjemne, że mógłbym nie wysiadać z tego auta przez cały dzień.

Niestety, oprócz niskiej masy i fantastycznego zawieszenia czuć było też ogólne zużycie całości.

Ten BX jest po prostu zmęczony. Jeszcze nie zajeżdżony, ale już mocno styrany życiem. Tu coś stuka, tam coś hurgocze - wszystko to zdaje się mówić: "dobrze, jeszcze pojeżdżę, ale proszę, dajcie już odpocząć". Tak, można by było doprowadzić jeździdło do dobrego stanu, ale po pierwsze koszta grubo przewyższyłyby jego wartość, po drugie zaś niektóre z części po prostu nie występują już w naturze. To dobitnie pokazuje, jakimi ćwokami są ludzie aktualnie zarządzający marką: inżynierowie stworzyli fantastyczny samochód, wyróżniający się wspaniałą wygodą i wieloma wpływającymi na jego charakter drobiazgami, rewelacyjny materiał na przyszłego klasyka, zaś już po paru latach od zakończenia produkcji zaprzestano również wytwarzania części. I to tych newralgicznych, bez których hydropneumatyka po prostu ne habla. Zamienników również brak. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że tak, jak do starszych, bezdyskusyjnie zabytkowych Citroenów, i do BX-a w końcu zacznie wytwarzać niezbędne bebechy któraś z niewielkich, niezależnych firm. Póki co pozostaje jedynie bardzo dbać o te, które jeszcze jeżdżą. A nie jest to łatwe.



Podsumowanie czyli zady i walety:

Citroen BX pod względem materiału na klasyka jest pewniakiem. Ale również w codziennej eksploatacji nie klęka: jest przestronny, nawet w podstawowej wersji wystarczająco dynamiczny, nie rdzewieje (poza bardzo zaniedbanymi i zmęczonymi egzemplarzami, które niestety gniją od dołu) zaś poziom komfortu, który zapewnia, sprawia, że 99% współczesnych, drogich samochodów idzie wstydzić się pod drzewem. Jednak tak, jak większość francuzów i praktycznie wszystkie hydropneumatyki, nie toleruje zaniedbań serwisowych i niefachowej obsługi. Niestety, o fachową bardzo trudno. Jeszcze zaś trudniej jest o części do hydropneumatyki. Czy to znaczy, że od BX-a należy uciekać z krzykiem? Absolutnie nie. Warto jednak poświęcić trochę czasu na poszukiwania dobrego, zadbanego egzemplarza, oraz nieco grosza na jego zakup (dobre sztuki kosztują więcej, niż 2200 zł, za które ten egzemplarz zmienił właściciela) a następnie dobrą obsługę. Odwdzięczy się.

Plusy:

* genialne, wspaniałe, fantastyczne zawieszenie
* świetne, wygodne fotele obite przyjemnym, trwałym welurem
* przestronność
* lekkość wpływająca na osiągi i dobre prowadzenie
* klimat (to już JAKTAJMER PEŁNO GEMBO)
* ceny

Minusy:

* delikatna, nieznosząca niefachowej obsługi konstrukcja
* spore kłopoty z częściami zamiennymi i odpowiednim serwisem
* niedoróbki konstrukcjno-materiałowe (widoczne np. we wnętrzu)

Co nim wozić:

Do bagażnika liftbacka niestety nie wejdzie każdy bas, szczególnie w futerale. Jednak BX to samochód wywodzący się z lat osiemdziesiątych i bardzo do tej dekady pasujący stylem. Rozumiecie mój tok myślenia, prawda? Tak, obrzyn. Może być np. Hohner The Jack, ale ja bez wstydu starą Cytryną woziłbym Statusa.

niedziela, 11 sierpnia 2013

Spacerkiem i rowerkiem: Mokotowskie Cytryny

Bonsoir mes Czytelnicy, bienvenue chez mon blogasek!

Jak już zapowiedziałem, aujourd-hui (choć może grzeczniej byłoby napisać "aujourd-penis"... nieee, Francuzi są aroganccy, musi być parszywie) będziemy zajmować się pojazdami jednej tylko marki. Dodać tutaj należy, ze jest to marka reprezentująca tak wzgardzoną nad Wisłą motoryzację nadsekwańską, i to w najbardziej pogiętej odmianie tejże. Czyli Citroen. Jedna z moich ulubionych marek ever.

Jak wszyscy wiedzą (na szczęście nie jestem wszyscy), nie należy kupować samochodów na F: Ferrari, Folcwagena itd. Swoją drogą - zastosowanie tej reguły do basów byłoby dość ciekawe: Fender, Fodera, a F-Bass to już w ogóle...

Na szczęście Citroen jest na C, więc powyższa zasada go nie dotyczy.

Przejdźmy zatem do krótkiego przeglądu lekko starszawych Cytrynek wykrytych przeze mnie na ulicach Mokotowa.

AX - idealny ekonomiczny dupowozik do miasta. O ile nie zgnił.

BX mieszkający w jednym miejscu od lat

A ten jest chyba jeżdżony. Wielu lat dalszego pływania w hydropneumatycznym komforcie życzę!

GOOD LOOK, nic dodać, nic ująć

Egzemplarz uchwycony kilka lat temu (pamiętacie pierwsze telefony z aparatami VGA? właśnie). Słowa nie oddadzą tego, jak bym nim jeździł

Ten okaz CX-a (inne ujęcie) trafił na Złomnika.  Ale jest tak multiorgazmicznie przepiękny, że i tak go wrzucam. To chyba daily driver!

Upolowane w zeszłym roku pod moją ówczesną pracą. Kibicowanie polskiej reprezentacji podczas Euro świadczy o optymizmie porównywalnym jedynie do zakupu XM-a z V6.  No, wait...

Upolowane ze dwa lata temu pod jeszcze poprzednią pracą. Tak, ten po prawej to Chaimek. Nie, nie mogłem się oprzeć pokusie zaparkowania go koło jego bliźniaka. Ciekawe, czy oba dalej jeżdżą...

Zapewne Mokotów kryje więcej egzemplarzy tych tworzonych przez wizjonerów dla koneserów (czyt. przez ćpunów dla wariatów) pojazdów, ale to tyle, co udało mi się ustrzelić, jeśli chodzi o te fajniejsze, starsze modele. Te, które najbardziej lubię. Właśnie m.in. za tę dziwaczność.

Choć brakuje tu DS-a. I GS-a. I 2CV (parkował kiedyś przez lata pod moim blokiem). I...