poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Spacerkiem i rowerkiem: Ursynów, mój synu

Ostatnio z okazji barańskiego E-Rally pojeździłem trochę po Włochach. Oczywiście bywałem tam również wcześniej, dzięki czemu przynajmniej na jedno z pytań o wrosty znałem odpowiedź jeszcze przed startem, ale Baranom jak zawsze udało się mnie zaskoczyć. Na Włochy jednak przyjdzie kolej - tym razem, po zwiedzeniu Wilanowa, wdrapujemy się na górę Skarpy Warszawskiej i udajemy się na kolejną wycieczkę po Ursynowie.

Ursynów to wbrew pozorom dość ciekawa dzielnica. Owszem, niby blokowisko, sypialnia, nic ciekawego, ale mamy tu i las, i starą zabudowę na brzegu skarpy przy granicy z Wilanowem, i mniej znane okolice po zachodniej stronie Puławskiej. Nimi jednak tym razem nie będziemy się zajmować, co wcale nie znaczy, że będzie mniej ciekawie. Zapuszczenie się między bloki - bez względu na to, czy to pseudoapartamentowce dla korpooficerów na Kabatach, czy wielka płyta osiedla Jary - potrafi zaowocować całkiem ciekawymi odkryciami.

Zaczynamy na Kabatach od czegoś, co Leniwce lubią najbardziej. A dalej wcale nie będzie mniej ciekawie.

Nawet zmęczony nie klęknie przy robocie

Już kląkł

Skoro nie wrasta, to pewnie czeka na lawetę

Raczej nie czeka już na nic

Lubię Zaiwaniać Równo

PO CO

Na czarnych!

Full opcja alu jedynytakizobacz do lekkich poprawek blacharsko-lakierniczych

Miłość, radość, uwielbienie, i nie, nie przeszkadza mi to, że maska jest od modelu z lat 50.

Borze, jak rozwinąć ten skrót? Wehikuł Xawerego Dunikowskiego???

Wedle Młodzieża "tutu" to odgłos pociągu

JDM ROST STAJL

Krokodyle też płowieją na słońcu

Mercedes to hiszpańskie imię (#pozdrodlakumatych)

Dlatego do tego modelu bardziej pasowałoby np. Rosamunde

Albo Waltraud

Grand Pryk

Wyposażenie do spychania na bok multiinterfejsowych SUV-ów premium. które zawiesiły się na szutrówce w drodze na działkę

Kącik fiatowski zaczynamy ciosem klasy MATKO BOSKO KOCHANO

A potem robi się już tylko gorzej...

...aż dochodzimy do tego poziomu.

Jestem totalnym antyfanem gleby i BBS-ów, ale ten wygląda nawet nieźle

Warszawskie Graty Atakują

I kończymy parką rozmieszczoną w odległości kilku kroków od siebie: rrraz...

...i dwa.
Dziękujemy, zapraszamy ponownie.

środa, 13 kwietnia 2016

21

Dokładnie 21 lat temu, 13 kwietnia 1995 roku, wyszedłem z nieistniejącego już komisu muzycznego na rogu Jana Pawła II i al. Solidarności dzierżąc swoją pierwszą w życiu gitarę basową - enerdowską Musimę De Luxe.

Tak, pisałem o tym również rok temu. A zdarzało się też wcześniej

Dlatego też nie będzie długich, nudnych podsumowań, które nie interesują nikogo poza mną samym (a i to nie zawsze). Tak, przez ostatni rok zmieniło się parę rzeczy - sprzedałem jeden bas, kupiłem inny, wyposażyłem się też w działające nagłośnienie - ale nie ma sensu wdawać się w zbędne szczegóły.

Zamiast tego pozwolę sobie zaprosić Was na mój kanał na SoundCloudzie, gdzie znajdziecie próbki basów, linie nagrane do tzw. backing tracków, stare numery, w których nagraniu kiedyś tam uczestniczyłem, a w przyszłości zapewne pojawią się tam również nowe.


Na tym jednak nie koniec zaproszeń: już za 11 dni, 24 kwietnia (niedziela) zagram w warszawskich Hybrydach koncert z pewnym dość starym zespołem, do którego dołączyłem niedawno, a który powstał mniej więcej wtedy, gdy zaczynałem swoją przygodę z graniem, czyli w połowie lat dziewięćdziesiątych. Być może niektórzy z Was pamiętają takie numery, jak "Włosy", "Shake Down" czy "Zabić siebie". Ci, którzy kojarzą te tytuły, zapewne skojarzą też nazwę Yokashin.

Zapraszam. Będę ja, będzie muzyka. I będą moje basy.



A muzycznie zapowiada się więcej. Jednak o tym w swoim czasie.

Do najbliższego.


niedziela, 10 kwietnia 2016

Eventualnie: Rembertów Rally

Wiosna, panie sierżancie. A skoro wiosna, to i początek sezonu eventowego.

Przez ponure zimowe miesiące człowiek może zdążyć stęsknić się za imprezami graciarskimi - szczególnie tymi, które polegają na gubieniu się w mało znanych rejonach miasta, odczytywaniu liter z czarnych blach i identyfikowaniu wrastających w parkingi lub podwórka (lub czasopisma) złomów. Owszem, w grudniu odbył się nader sympatyczny ZimoWUK, jednak on jeden wiosny nie czyni (i to nie tylko dlatego, że zima dopiero się podówczas zaczynała).

Wiosnę czyni natomiast fakt, że w końcu po zimowej przerwie zaczęło się nawigacyjno-turystyczne rajdowanie.

Dwie imprezy - Zamieć i ManuWUK - ze względów czasowo-organizacyjnych przeszły mi koło nosa. Zamieci nie żałuję w ogóle (temat przewodni obejmował warszawskie stadiony i piłkę nożną, która nie interesuje mnie w najmniejszym nawet stopniu), za to ManuWUK był rajdem, na który troszkę czekałem i nieco żal mi braku możliwości zauczestniczenia. Na szczęście jednak taką możliwość miałem w przypadku radju, na który zaostrzyłem sobie zębiska (jeszcze kilka mi zostało) już w momencie, gdy dowiedziałem się o nim: I Nawigacyjny Rajd Rembertowski.

Rembertów to dziwna dzielnica. Częściowo wojskowa, częściowo zielona, częściowo zaś ruderowo-pierdolnikowo-zagracona. Do tego wszędzie daleko (na szczęście jest pociąg, dzięki któremu w centrum jesteśmy w kwadrans), drogi nędzne a do tego niedawno zaczął się remont jednego z głównych skrzyżowań - tego, przy którym mieści się najbardziej znany warszawski szrot. A to właśnie przez nie prowadziła droga na miejsce startu od mej Czcigodnej Staruszki (tej, co kiedyś cisnęła Fiestką a obecnie upala Zuzię), pod której opiekuńczymi skrzydłami pozostawion został Młodzież. Tak, o remoncie wiedziałem, jednak skrzyżowanie było do tej pory przejezdne. W dniu rajdu zaś przestało być, o czym poinformowały dopiero barierki i znak zakazu wjazdu postawiony przed rozgrzebanym asfaltem. Jedynymi możliwościami było cofnięcie się aż do Radzymińskiej i przejazd Ząbkowską, Targową, Grochowską i Marsa lub... ciśnięcie przez Ząbki, której to drogi nie znałem. A biuro rajdu miało zostać zamknięte za 25 minut.

Nie będę przyznawał się, jakie liczby wskazywał prędkościomierz Skanssena na ograniczeniu do 40 i jakie wyrazy padły z mego otworu gębowego najpierw w momencie zawracania a później na Marsa, gdzie z Panią Pilot wpadliśmy w korek. Na szczęście telefon do organizatora (któremu niechaj będą dzięki, że podał numer do siebie) z krótkim wyjaśnieniem sytuacji zapewnił nam możliwość startu mimo przybycia z opóźnieniem.

Co zresztą było już kompletnym wariactwem, biorąc pod uwagę, że startowaliśmy z dumnym numerem 1.

Koniec końców - dotarliśmy.

Doskonałe towarzystwo

Pozdrawiamy kolegów i gratulujemy najlepszego możliwego wyboru

Wehikuły gotowe do startu

Ledwie udało się zdążyć na odprawę

Organizatorzy gotowi, by wypuszczać załogi na trasę
Opłata uiszczona, materiały pobrane, numer startowy przyklejony...

...i start.
Pierwsza część trasy, zaraz za odcinkiem dojazdowym, prowadziła przez tereny AON-u. Muszę przyznać, że choć byłem tam już wcześniej, rozległość terenu zaskoczyła mnie. Byłem przekonany, że są tam jedynie służące wykładom budynki Akademii, ewentualnie akademiki tudzież koszary, lecz tak naprawdę jest to po prostu osiedle. Owszem, specyficzne, składające się w zasadzie z malowanych wedle jednego wzoru kolorystycznego budynków pamiętających czasy przedwojennego Centrum Wyszkolenia Piechoty, ale wciąż osiedle, na którym normalnie mieszkają sobie ludzie.

I wrastają graty.

HA HAAAA CHARADE YOU ARE

Nie byłem pewien, czy to był Żuk czy Nysa. Obstawiłem Krula Druk.
Zdarzało się jednak, że graty, które wrastały tam przez naście lat, odjeżdżały nagle, przez co uczestnicy jeździli w kółko, nie będąc pewnymi, czy na pewno obrali dobrą drogę. A droga była dobra. Tylko grata już nie było.

W poszukiwaniu zaginionego Escorta
Niedługo po wyjeździe z terenu AON-u (i po przebrnęciu biegnącej na granicy miasta szutrówki) na uczestników czekał pierwszy checkpoint. Zadanie było prościutkie - należało w jak najkrótszym czasie ułożyć układankę. A ta okazała się bajecznie wręcz łatwa.


Otrzymywało się tam również pytanie, na które odpowiedzi należało udzielić na mecie. Brzmiało ono "który przyszły prezydent obcego państwa wykładał na uczelni w Rembertowie", lecz, jak się  później okazało, nie zadano go każdej załodze.

Dużo bardziej zdradliwy był drugi checkpoint, na którym w momencie naszego dotarcia ustawiła się już niewielka kolejka.


Zadania były dwa: należało odgadnąć, w jakich dzielnicach zostały wydane czarne tablice, a następnie obejrzeć zdjęcia (oczywiście motoryzacyjne) przedstawiające sceny z filmów i odpowiedzieć, z jakich dzieł kinematografii polskiej pochodziły.

I tu poległem sromotnie.

Po pierwsze - nigdy nie wgłębiłem się w tajniki oznaczeń warszawskich dzielnic na czarnych blachach. Zawsze podchodziłem do tematu na zasadzie "ooo, na czarnych, fajnie", i nie wgłębiałem się w szczegóły. Rok wydania, czy urząd, w którym zostały pozyskane, stanowił (i nadal stanowi) dla mnie zagadkę, zaś ludzie, którzy potrafią tak rozszyfrować tablicę rejestracyjną, mieszczą się w mym pojmowaniu świata na półce z szalonymi naukowcami. Po drugie - polska kinematografia lat 90. to dla mnie terra incognita. No, poza "Psami", które nota bene obejrzałem dopiero kilka lat temu. "Kiler", "Chłopaki nie płaczą", "Poranek kojota" - wszystkie te tytuły znam jedynie ze słyszenia. O co chodziło, kto kogo grał i czym jeździł - nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem. Pozostało jedynie strzelać. A ja w zgadywankach jestem wyjątkowo słaby.


Dalsza trasa nie ustępowała w kwestii malowniczości czy zagadek jej wcześniejszej części. Szczególnie pytania z serii CTG potrafiły wywołać opad szczęki, a momentami również konsternację.

I szczery zachwyt.

Gdyby nie dostrzeżony przez jednego z uczestników napis "American" na błotniku, miałbym o kolejny punkt w plecy

Wlać benzynę, zakręcić korbą i ruszy

Ochódzki zlądował w Rembertowie

Dwa wydania francuskiej motoryzacji
Ostatni etap prowadził zielonymi zakamarkami Wesołej, czyli tej samej dzielnicy, gdzie mieścił się start. Również i tam umiejscowiona została meta, na którą dotarliśmy jako druga załoga.


Oczywiście organizatorzy i zapewniający catering food truck (bardzo przeciętny zresztą) byłi już na miejscu.


Organizatorzy bywają również uczestnikami
Na metę systematycznie przybywały kolejne załogi.

Ministrze Antku, prosimy przybyć na metę

Ponoć nie jestem samotny w moim zachwycie nad nim

Reprezentacja Francji tym razem w czerwonych strojach

Reprezentacja Czech i Niemiec też.

Prosimy jeszcze tylko o odpowiedź na pytanie, którego państwu nie zadaliśmy

Woody wagons = miłość

Któregoś dnia naklejki całkiwicie przesłonią widoczność

Na widok Smutka zazwyczaj robi mi się wesoło

Dobrze dobrane kolorystycznie

A, znamy, znamy

Jeszcze 10 lat temu można było mieć takiego za kilka stów. Teraz - żółte blachy, jedynytakizobacz, srylion bez negocjacji

Taki bus dla zespołu to ja poproszę.

Nie złamał się na trasie

Nie złamał się i nie złamie nigdy

Fakt, że ten spoiler przetrwał, jest największym zaskoczeniem rajdu

Zmęczeni czekaniem i gonieni koniecznością odbioru Młodzieża jęliśmy zbierać się do wylotu. W tym jednak momencie rozległo się muczenie.


Obowiązki nie pozwoliły nam jednak na dotrwanie do momentu ogłoszenia wyników, dlatego już wieczorem, po położeniu Młodzieża na zasłużony wypoczynek, niecierpliwie odświeżałem fejsbukową stronę rajdu. Niestety, moment opublikowania wyników był jednocześnie chwilą rozczarowania. 27 miejsce było sporo poniżej naszych oczekiwań, szczególnie po 4 pozycji z ZimoWUK-a. Tak - na pewno przyczyniła się do tego moja całkowita nieznajomość tablic i filmów z drugiego punktu, jednak trudno mi uwierzyć, że przy większości dobrych odpowiedzi na pytania z trasy zepchnęłaby nas ona tak daleko. Bardzo prawdopodobne jest to, że najwyżej punktowane były zdjęcia z trasy - my zaś, skupieni na prowadzeniu i pilotowaniu, jak zwykle nie daliśmy rady ogarnąć wszystkich przedstawionych na fotografiach punktów krajobrazowych.

Mimo dość kiepskiego wyniku bawiliśmy się przednio - trasa została wybrana świetnie i prowadziła po zakamarkach, z których istnienia nie zdawałem sobie sprawy, itinerer był czytelny i w większości przypadków jasny (wątpliwości budziły jedynie zera na choince) a pytania z trasy budziły wręcz podziw w kwestii spostrzegawczości organizatorów, którym udało się wyłowić niejednokrotnie bardzo dobrze zakamuflowane żelaza. Frajdy nie zepsuły nawet rozdarte spodnie, które z charakterystycznym dźwiękiem poddały się, gdy przeskakiwałem przez murek wokół tablicy, z której należało wywnioskować, kiedy założono Towarzystwo Przyjaciół Grochowa.

A wyniki konkursu elegancji okazały się w zasadzie dość oczywiste i łatwe do przewidzenia.


Czy przyjadę za rok? Jasna sprawa. Pytanie tylko, czy zostało jeszcze wystarczająco dużo Rembertowa do objechania.

piątek, 1 kwietnia 2016

Śmignąwszy: Mrówkojad

Choć trudno w to uwierzyć, byłem kiedyś dzieckiem. Najpierw zupełnie maciupkim, potem takim, jak Młodzież teraz, potem poszedłem do przedszkola, następnie do szkoły. I, jak wielu spośród moich ówczesnych kolegów, pasjonowałem się motoryzacją. Z tym było troszkę słabiej, gdyż moi rodzice nie byli jakoś szczególnie sytuowani - ot, zwykła peerelowska rodzinka, która przemieszcza się głównie zbiorkomem. Oczywiście nie byłem od przedmiotów mych marzeń oderwany zupełnie - dziadkowie ze strony mamy mieli Trabanta, dziadek w Gdańsku miał najpierw Malucha a następnie Ładę, zaś mieszkająca w Krakowie babcia woziła się Kaszlakiem, z którego, wyjechawszy do Ju Es Ej, przesiadła się na Pontiaca Le Mans. Najpierw starego, potem tego robionego przez Daewoo na bazie Kadetta. Kaszlak zaś przypadł w udziale nam.

Radości było co niemiara, tym bardziej, że żółty Maluch, rocznik bodajże 1983 (a może 1984?), okazał się wyjątkowo udanym, niezawodnym egzemplarzem. Jednak wiadomo, że człowieka ciągle pcha gdzieś w górę i Maluszek przestał wystarczać. Zresztą i tak ojciec rozbił go furmankę. W końcu jego miejsce zajął szary Polonez "akwarium" (fatalny, ciągle się psuł), następnie drugi, czerwony, o rok starszy (ten z kolei był bardzo dobry), aż w końcu, niedługo po zmianach ustrojowych, co moi rodzice wykorzystali na założenie firmy, ojciec zajechał pod dom czteroletnim VW Passatem B2 kombi. Czerwony, 1.6 benzyna (na gaźniku i z ręcznym ssaniem), opcja "zero czegokolwiek". Ale i tak był wspaniały.

I dlatego gdy będąc w pracy odebrałem telefon od kolegi, który spytał, czy chcę bujnąć się Bedwójką, bo jest akurat w okolicy, zalała mnie fala entuzjazmu zmieszanego z sentymentem. Jednakże, jako, że cała rzecz zadziała się niejako z zaskoczki, nie miałem przy sobie aparatu. Na szczęście telefon był naładowan.


Egzemplarz był piękny. Wiśniowy lakier nie był porysowany ani wypłowiałe, plastiki były całe i na miejscu, znikąd nie wyglądała rdza.  Widać, że kolejni właściciele dbali o Paska przez koło 30 lat jego żywota (w dowodzie co prawda widniał rocznik 1981, ale ewidentnie była to wersja po liftingu przeprowadzonym w 1985 roku).

Również wnętrze prezentowało się wyśmienicie jak na samochód w tak słusznym wieku.


Ciemnobrązowa deska rozdzielcza (czemu teraz nie oferują takiej kolorystyki?), choć wykonana z twardego tworzywa, prawie nie nosiła śladów zużycia. Tak samo kierownica, czy identyczna jak w egzemplarzu z mego dzieciństwa jasna tapicerka. Jedynie gałka dźwigni zmiany biegów została najprawdopodobniej wymieniona - zresztą na dobraną kolorystycznie. Wszystko było czyste, zadbane i wyśmienitym stanie. Widać też było, że była to wyższa wersja wyposażenia, niż CL, z mych wspomnień. Poza radiem (nie wiem, czy fabrycznym - nie przyjrzałem się) był tu najważniejszy chyba dla każdego sprzętotargacza element, którego - o ile pamiętam - brakowało w "moim" egzemplarzu: dzielone oparcie kanapy.


Jako, że przejażdżka była zupełnie niespodziewana, poza lustrzanką nie miałem ze sobą też basu do przeprowadzenia najważniejszego z testów. Jednak to, że sztywny futerał wejdzie w poprzek do bagażnika Passata B2 Variant, jest więcej niż pewne. Kufer jest szeroki, pozostałe wymiary też robią przyzwoite wrażenie. Do tego oparcie składa się całkowicie na płasko - jak w Volvie. Jedyną wadą są tu nadkola dość głęboko wnikające do wnętrza, lecz nawet mimo tego bagażnik starego Passata zasługuje na spore pochwały.

Niestety, w przyrodzie ani nic nie ginie, ani nie przychodzi za darmo - spora wygoda na przednich fotelach oraz przepastny bagażnik w połączeniu z niewielkim rozstawem osi okupione są niewielką ilością miejsca na tylnej kanapie, na którą dodatkowo trzeba się dostawać przez bardzo krótkie drzwi. Nie jest to może powód do płaczu, jednak w tej kwestii sędziwy VW nie zachwyca.

Na szczęście to, jak jeździ prapradziadek aktualnego obiektu westchnień miłośników biesiady, wąsów i sąsiedzkiej zawiści, można zapisać już po stronie plusów. Nawet jeżeli i w tej kwestii znajdziemy pewne niedoskonałości.

Pozycja za kierownicą jest... specyficzna. Nie, nie jest zła - trzeba się jednak nieco do niej przyzwyczaić. Fotele są wygodne, lecz zakres ich regulacji w pionie nie jest zbyt duży. Do tego kierownica nie jest regulowana w jakiejkolwiek płaszczyźnie. Na skutek tego, mimo maksymalnego obniżenia fotela, pokaźne koło kierownicy niemalże smyrało mnie po udach. Da się z tym żyć, jednak osobnikowi wyposażonemu w dupsko o rozmiarach pokaźniejszych od mojego może być już dość ciasno. Na szczęście ergonomia i komfort pozostałych elementów sterowania nie daje już powodów do narzekań. Pedały są dobrze umiejscowione, nie trzeba przysuwać się nienaturalnie blisko kierownicy by ich dosięgnąć, ani też podkurczać nóg jednocześnie trzymając kierownicę niemal wyprostowanymi rękami. Kierownica, mimo braku wspomagania, pracuje zaskakująco lekko - nieco wysiłku wymaga jedynie manewrowanie przy prędkościach bliskich zeru i, oczywiście, na postoju (ludziom utrzymującym, że nigdy się tego nie robi, należałoby kazać wyjechać z równoległego miejsca postojowego spomiędzy dwóch samochodów, które zostawiły po 10-15 cm z obu stron na manewry). W samych superlatywach można wypowiadać się o widoczności - duża powierzchnia przeszklona i relatywnie cienkie słupki sprawiają, że kierowca z łatwością może zorientować się co dzieje się wokół samochodu. Samo skręcanie przebiega dość specyficznie - ze względu na bardzo długi przedni zwis (któremu B2 zawdzięcza przydomki "Mrówkojad" i "Szczupak") przypomina nieco jazdę autobusem: punkt zwrotu znajduje się daleko za mocno "płużącą" przy zmianie kierunku przednią krawędzią pojazdu.

Przód zaś jest tak długi, gdyż przed przednią osią wisi umieszczony wzdłużnie rzędowy silnik.

W przypadku tego egzemplarza był to wesoło klekoczący, swawolnie wibrujący, 70-konny turbodiesel o pojemności 1,6 litra. Tak - były kiedyś czasy, gdy z turbodoładowanego klekota poniżej 2 litrów wyciskało się tego rzędu moce. Samochody były wtedy jednak sporo lżejsze, niż teraz, dzięki czemu Passat B2 z mocniejszym sadzomiotaczem pod maską odpycha się całkiem sprawnie. Oczywiście nie jest to mistrz sprintu, jednak pozwala na uczestnictwo w dość nerwowym warszawskim ruchu na równych zasadach. Niestety ze względu na króciutką przejażdżkę nie miałem okazji sprawdzić, jak 30-letnie auto sprawdza się na trasie szybkiego ruchu, ale mogę przypuszczać, że pozwoliłoby na bezproblemowe utrzymanie rozsądnej prędkości podróżnej, dzięki której nie będziemy wyprzedzani przez ciężarówki.

Krótkie śmignięcie wystarczyło natomiast by sprawdzić charakterystykę prostego zawieszenia z MacPhersonami z przodu i belką skrętną z tyłu. Jak to zazwyczaj bywa w niemieckich konstrukcjach (poza Mercedesem), jest ono dość sztywne, ale nieprzesadnie - nierówny asfalt czy przeprawa nierównym klepiskiem na którym powstał półdziki parking nie powodują wypadania plomb ani przestawiania organów wewnętrznych. Nie ma tu niebiańskiego, bujającego komfortu hydropneumatyki ani dostojnego kołysania kojarzonego z trójramienną gwiazdą, ale absolutnie nie jest źle.

Ot, kawał przyzwoitego samochodu.


Podsumowanie, czyli zady i walety:

B2 to ostatnia "oldskulowa" generacja VW Passata z szybami mocowanymi za pomocą uszczelek, krótkim rozstawem osi i brakiem wspomagania czy choćby regulacji kierownicy w większości wersji. Mimo tego udowadnia, jak niewiele tak naprawdę zmieniły się samochody na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci. Współczesne auta są dużo lepiej wyposażone, mocniejsze i z pewnością, w przypadku srogiego przydzwonienia, bezpieczniejsze, jednak prowadzą się praktycznie tak samo, jak ich poprzednicy sprzed 30 czy więcej lat. Każdy średnio ogarnięty kierowca, który umie hamować bez ABS-u, przejechać łuk bez ESP i nie urwie sobie łapki na parkingu kręcąc kierownicą bez wspomagania, poradzi sobie tu bez najmniejszego problemu. Dodatkowo można tu znaleźć cechy, o które coraz trudniej wśród nowoczesnych konstrukcji: doskonałą widoczność czy szeroki bagażnik do którego bez problemu wrzucimy bas w futerale bez konieczności składania oparcia.

I tak, przyznaję: Passat potrafi być fajny. Ten jest. Czy wolałbym go od Volvo? Na pewno nie. Ale absolutnie nie miałbym oporów by jeździć takim na co dzień.

Plusy:
  • duży, szeroki bagażnik
  • świetna widoczność
  • wygodne fotele
  • solidne wnętrze
  • prosta, trwała, łatwa w naprawach mechanika
Minusy:
  • mało miejsca na tylnej kanapie i wąskie tylne drzwi
  • brak możliwości regulacji kolumny kierownicy (jest nieco za nisko i smyra uda)
  • jednak lepiej mieć wspomaganie niż go nie mieć
  • bardzo trudno o tak zadbany egzemplarz
Co nim wozić:

Stary Passat Variant (tak się nazywa kombi w volkswagenowskiej nomenklaturze) to bardzo dobry wybór dla kogoś, kto chce bezproblemowo wozić swe basiwa samochodem zasługującym już na miano klasyka (choć może nieco niedocenionego), który przy tym nie sprawi zbyt wielu kosztownych problemów. Do jego szerokiego bagażnika będzie pasował równie dobrze Cort GB75, Squier Jazz Bass VM, Sire Macus Miller V7, jak i Sandberg California TT lub VS. Z tym, że ten ostatni podwoi wartość samochodu - ale takie mamy priorytety, nieprawdaż?