poniedziałek, 16 grudnia 2013

Basowisko: Pedulla

Hello and welcome w dzisiejszym - ostatnim już w tym roku - odcinku zachwytu nad basową pornografią.

Kilka lat temu miałem ogromne szczęście polecieć z Night Rider Symphony do Chicagówka, gdzie  razem z tamtejszą Paderewski Orchestra uskuteczniliśmy gromki wykon w prestiżowym, premiumowym i multiinterfejsowym Harris Theater. Cały pobyt (z koncertem na czele) można spokojnie nazwać przygodą życia. Oczywiście, były też niedogodności - wożenie gratów samolotem bywa kłopotliwe a czasem wręcz niebezpieczne dla sprzętu. Dlatego zawczasu ogarnęliśmy sobie możliwość wypożyczenia instrumentów na miejscu. Zaznaczyłem, że potrzebuję porządnej piątki, najlepiej dwóch (progówki i fretlessa). Niestety udało się załatwić tylko jedną. Za to JAKĄ.

Tego, jaką, nie wiedziałem aż dotarliśmy na miejsce. Usłyszałem jedynie, że to dobry bas i że będę zadowolony.

I rzeczywiście. Byłem. Bo jak tu się nie cieszyć z możliwości pogrania na przepięknej Pedulli MVP 5?




Michael Pedulla jest jednym z najbardziej znanych i najwyżej cenionych amerykańskich lutników. Struga przepiękne instrumenty od 1975 (czyli zaledwie ok. 5 lat krócej niż czarodzieje z Alembica) a jednym z pierwszych modeli stworzonych przez niego był właśnie MVP. Od lat założenia w zasadzie się nie zmieniły - konstrukcja neck-thru-body z wykonanymi z pięknego klonu płomienistego skrzydłami korpusu doklejonymi do klonowego gryfu z dwuoktawową podstrunnicą. Sama podstrunnica bywała robiona z różnych drewien - na początku często zdarzał się palisander, od pewnego czasu jednak głównie spotykany jest heban. Z takiego też drewna była podstrunnica w "mojej" Pedulli. Nie zmienił się też kształt deski, przypominający nieco kleszcza lub ośmiornicę z kosmosu. Taki sam od lat pozostaje również dostawca elektroniki - od przełomu lat 70. i 80. jest to znana i lubiana firma Bartollini, która poza ogólnie dostępnymi modelami przygotowuje również przystawki specjalnie dla Pedulli. I ewidentnie robi to świetnie, gdyż brzmienie MVP 5 jest wprost fantastyczne.

Mówi się, że basy o konstrukcji NTB mają nieco "konturowe brzmienie" z podbitym dołem, który ma tendencje do rozlewania się na cały miks i bezlitosnego zamulania go. Mówi się, że nowoczesna aktywna elektronika przez jej naturalną kompresję morduje dynamikę instrumentu, czyniąc zabawę artykulacją bezcelowym wysiłkiem. Takie słowa padają z ust doświadczonych muzyków i realizatorów, których zdanie poważam i od których wiele się nauczyłem. Jednak... nie w przypadku Pedulli. Tak samo, jak Alembic, Pedulka ma swoje własne, charakterystyczne brzmienie, z pewnością bardziej nowoczesne niż w przypadku klasycznych konstrukcji Fendera, ale jest to sound zaskakująco naturalny. Pasywne przystawki Bartollini w dość popularnym (szczególnie w latach 80., gdy Pedulla MVP zdobywała popularność) układzie PJ przekazują w charatkterystyczny dla siebie, nieco "warkotliwy" sposób, wszystkie niuanse artykulacyjne. Co ciekawe, charakterystyczna dla tego układu rozbieżność między brzmieniem niższych i wyższych strun występuje w bardzo ograniczonym stopniu - owszem, da się ją zauważyć, ale nie razi. Generalnie do soundu nie dało się przyczepić.. Nie brakuje tu tak ważnego w gitarze basowej niskiego środka, są też pozostałe częstotliwości - w takich proporcjach, w jakich być powinny. A jeśli komuś te proporcje nie odpowiadają, może pobawić się ustawieniami aktywnego preampu opracowanego tak samo, jak pasywne przystawki w MVP, przez Billa Bartoliniego. Poza głośnością i balansem między przystawkami mamy tu regulację tonów niskich i wysokich oraz przełącznik którym można podbić lub obciąć środek. Ja wszystko ustawiałem na płasko - skoro działa doskonale tak, jak jest, to po co psuć? Zresztą było to 5 lat temu a ja nie dość, że byłem zbyt zaaferowany całą sytuacją (OBORZEOJEŻUSTANYCHICAGÓWEKKONCERTZAGRANICO), by skupiać się nawet na tak świetnym instrumencie, to jeszcze nie wiedziałem, że będę prowadził słitaśnego blogaska, na potrzeby którego warto zbadać wszystko jak najdokładniej. Inna rzecz, że nie za bardzo był na to czas.

Był za to czas na podziwianie doskonałej jakości wykonania MVP. Pod tym względem to podobna półka, co Alembic - wszystko wykonane jest niezwykle solidnie i z pochwały godną atencją co do detali. Trzymanie tego basu w łapach to po prostu przyjemność.

Co zatem nie było przyjemnością? Pewien kłopot z wyważeniem instrumentu - przez dość krótki górny róg Pedulla MVP 5 lekko "leci na główkę". Nie jest to jednak największa wada tego basu. Jest nią... cena. Inna rzecz, że instrument tej klasy po prostu musi kosztować swoje. I MVP oraz jej bezprogowy bliźniak, czyli Buzz (Pentabuzz w przypadku piątki, Hexabuzz w przypadku szóstki...) - jeden z najgenialniej brzmiących fretlessów w historii ludzkości - są warte każdego grosza.



Podsumowanie, czyli zady i walety:

Pedulla MVP 5 to typowa hi-endowa piątka: doskonale wykonana, szlachetnie (ale nie sterylnie!) brzmiąca i kosztująca równowartość nerki, płuca, nogi i połowy mózgu. Mimo podobnej konstrukcji to nieco inne zwierzę, niż dyponujący potężnym, bezlitosnym "dzwonem" Alembic. Można pokusić się o stwierdzenie, że jest bardziej uniwersalna. Nie można stwierdzić, czy jest lepszym, czy gorszym basem, niż Essence - na tak wysokiej półce trudno o instrumenty posiadające istotne wady (poza ceną, rzecz jasna). Mi osobiście bardziej odpowiada "dominujący" charakter Alembica (pisałem już, że ma u mnie dożywocie?), ale nie zmienia to faktu, MVP jest wspaniałym instrumentem. I biorąc pod uwagę znane mi nagrania oraz charakter obu basów, gdybym miał wybrać jeden z nich, ale nie progówkę, tylko fretlessa, zdecydowanie skłaniałbym się ku mniej "fortepianowej", bardziej śpiewnej Pedulli.

Plusy:

* brzmienie - szlachetne, ale nie sterylne
* spora uniwersalność
* doskonała jakość wykonania
* wyjątkowość

Minusy:

* cena
* wyważenie (tendencje do lecenia na główkę)

Czym ją wozić:

W ejtisowym toptenie sugerowałem Cadillaca Eldorado. Jednak po dłuższym zastanowieniu stwierdzam, że jeszcze lepszy byłby Jeep Grand Cherokee pierwszej lub drugiej generacji. Obowiązkowo z V8 pod maską. Oj, woziłbym nim Pedulkę. I nie tylko.

piątek, 6 grudnia 2013

Top 10: Mikołajkowy łiszlist sprzętowy

Grudzień właśnie postanowił się obudzić. Nie da się ukryć, że efekt jest srogi: śnieg, zimno, wściekłe korki w całym mieście, a nad tym wszystkim gromkimi podmuchami hula sobie niejaki Ksawery. Nic tylko zostać w domu, sprokurować sobie solidny kubek gorącej herbaty i zasiąść do tworzenia kolejnego dzieła z cyklu "Kochany Mikołaju". To też właśnie postanowiłem uczynić.

10. Porządny preamp basowy

Na lokalne sztuki z mym składem szantowo-folkowo-chałturniczym, do studia i do nagrywania w domu. Bardzo, bardzo chcę - szczególnie do tego ostatniego zastosowania. Najlepiej Aguilar Tone Hammer.



9. Dobre, lekkie combo

Na sztuki z tymże składem na troszkę większych scenach. Bardzo by się przydało. Może być MarkBass, może  być Phil Jones, może być SWR z serii LA, o taki:



8. Rickenbacker 4003

Fantastyczny, rockowy sound. Kochą i nie tylko. Ależ lubię te basy. A czemu 4003 a nie 4001? Ma ponoć bardziej stabilny gryf. Ale ja się tam nie znam.



7. Precel

Niekoniecznie Fender - tak czy owak dobry Precision to w zasadzie podstawa. To brzmienie zawsze się przydaje. Alez bym grał. A najbardziej podobają mi się te w dziwacznym kolorze Antiqua. Ja go nazywam slimeburst (choć słyszałem też określenie phlegmburst - bardzo trafne). Zajebiaszczy.



Ale, jak już napisałem, nie musi to być Fender. Nie musi nawet wyglądać jak Fender. Ma mieć jedynie precisionową konstrukcję (bolt-on, pasyw, przystawka typu "split' w odpowiednim miejscu). A prezentować się może tak:



6. Hand Box Red Fighter

Lubię mojego Carvina, ale nie jest to najlepsza główka, pod którą się podpinałem. Niedawno miałem okazję przetestować nowy wyrób polskiej firmy Hand Box - głowę Red Fighter. Zdarła ze mnie spodnie przy pierwszym walnięciu w strunę. W niczym nie ustępuje SWR-om, które bardzo lubię. Rewelacja. Poproszę.



5. Aria SB-1000

Ten bas opisywałem już w moim pierwszym toptenie, w którym przedstawiłem 10 najważniejszych według mnie basów z lat 80. Zajęła 3 miejsce. To o czymś mówi. To, że grał na takiej nieodżałowany Cliff Burton niewątpliwie też o czymś mówi, ale nie lubię Metalliki, więc znacznie bardziej przemawia do mnie fakt, że używali takiej m.in. John Taylor i Trevor Horn. Tłusty ejtisowy sound. BORZE JAK POŻĄDAM.



4. Dobra, lekka paczka 4x10 (a jeszcze lepiej zestaw 4x10 + 2x10)

Henryk (którego wciąż nie sprzedałem) jest świetną paką. Jednak waży mniej więcej tyle, co krzywa wieża w Pizie, jest wściekle nieporęczny, zaś salka w której gram z NR jest na piętrze a windy rzecz jasna nie ma... Dlatego marzę o lekkiej, dynamicznej kolumnie (lub dwóch) o "szybkim" lecz soczystym brzmieniu. SWR Golight, MarkBass czy nasz rodzimy Noisy Box (najlepiej rewelacyjny G.Noiz) bardzo dałyby radę. Bardzo bardzo.



3. Bezgłowkowa piątka

Przechodzimy do pierwszej trójki, czyli artefaktów, których pożądam najbardziej. I wszystkie trzy to basiwa.

Na pierwszy rzut - piąteczka, która mogłaby zastąpić Alembica w miejscach, do których wolałbym go nie zabierać. I chodzi mi nie tylko o lokale, gdzie nie mam zbytniego zaufania do publiki, lecz głównie o ewentualne sztuki zagraniczne - kto wie, może trzeba by było przewieźć bas samolotem... Dlatego ogromnym plusem byłby grafitowy gryf. A warunkiem koniecznym - brak główki. Nie ma główki - nie ma co się ułamać. No i do tego cholernie mi się podobają. Przepraszam.



2. Bezgłówkowa piątka fretless

Na drugim miejscu pod względem stopnia pożądania ląduje kolejny pięciostrunowy obrzyn - tyle, że bezprogowy. Bas, który zastąpiłby Malinka. Piękny, śpiewny... i bezgłówkowy.

Ja naprawdę uwielbiam obrzyny.


I wreszcie przyszła pora na zwycięzcę, a jednocześnie najmniej niestety realistyczne (ze względu na koszt) marzenie, którym jest...

1. Wal Mach II (ale i Mach I by wystarczył)

To brzmienie. Ten klimat. Ta stylówa. Ubóstwiam te basy całym swym jestestwem. Mają w sobie coś, co sprawia, że na samą myśl o posiadaniu takowego muszę zmieniać bokserki. Jeden z najwspanialszych instrumentów, jakie wyszły spod ludzkiej ręki. Równie wspaniały, co Alembic. Ale Alembica już mam.

A dlaczego Mach II? Nie chodzi mi tu o 24-progową podstrunnicę - 21 progów którymi dysponuje Mach I w zupełności by mi wystarczyło. Po prostu jeszcze bardziej mi się podoba.

A najlepiej byłoby mieć dwa: progówkę i fretlessa. Przy czym bezprogowy nie musiałby być najbardziej klasycznym Machem. Wystarczyłby pasywny Pro z jedną przystawką przy mostku.



Tak. Zdecydowanie poproszę oba.

A tak naprawdę... Poprosiłbym cokolwiek z tej listy. Ależ by była radość.

niedziela, 1 grudnia 2013

Spacerkiem bez rowerka: Autorski Mikromix Toskański

Buona sera (pytanie, jaki ser ma błonę)!

Pozdrawiam Was ciule z okazji Światowego Dnia Walki z AIDS. Mamy już grudzień, pogoda jest parszywa, za to jeszcze dwa tygodnie temu we Włoszech było całkiem znośnie. Wiem, gdyż właśnie wtedy - głównie w Prato, ale też trochę we Florencji i odrobinę w podrzymskim Fiumicino - była tam "w biznesach" moja Wybranka. O jej biznesach już wkrótce na mym fąpażu, ale teraz przejdźmy do niewielkiego acz bardzo treściwego zbiorku żelaza, które udało się jej tam upolować. Oczywiście zgodnie z moją prośbą.

Panie i Panowie, oto pierwszy tutaj miks autorski. Powitajmy brawami mą Wybrankę i jej ociekające rdzą zdjątka.

Zacznijmy jednak nie od żelaza, ale od futra. Włoskie koty, w przeciwieństwie do włoskich samochodów, są zazwyczaj w rozmiarze XXL. Wielkością przypominają niewielkiego psa, są puchate i głównie śpią. I jest ich dużo. I jakoś nikomu nie przeszkadzają, robiąc to, w czym Włosi celują, czyli leniuchując sobie na słońcu.


A teraz żelazo.

Zaczynamy w Prato - położonej niedaleko Florencji miejscowości, którą Wybranka nazwała "włoskim Radomiem". Aczkolwiek biorąc pod uwagę nagromadzenie przemysłu odzieżowego, lepszym określeniem byłaby "włoska Łódź". Inna rzecz, że po łódzkich fabrykach zostało jedynie wspomnienie, "Ziemia obiecana" i Al. Włókniarzy, zaś w Prato przemysł włókienniczo-odzieżowy ma się dobrze.

Tak czy inaczej, w Prato (jak i w wielu innych miejscach we Włoszech) jednym z głównych środków transportu jest Fiat Panda pierwszej generacji. Jest ich tam naprawdę mnóstwo - i trudno się dziwić. Praktycznego, prostego, taniego w eksploatacji jeździdła nie ma co się pozbywać, póki pełni swoją funkcję. A pełni ją dzielnie.

Normalny samochód do pracy

Jeździć aż odpadną koła - a te nie mają zamiaru odpadać

W kraju, gdzie na ulicach rządzi oryginał, kopię traktuje się jednak nieco gorzej.

Przywieź Marbellę do krainy Pandy, zgnij ją, profit

No i oczywiście coś, na co liczyłem najbardziej. I nie zawiodłem się.

Pięćsetki.

Uwielbiam te auta, w moim osobistym rankingu na najbardziej pluszowy samochód wszechczasów zostawiają wszystko inne daleko w tyle. Powinno się robić przytulanki w kształcie Fiata 500. Nie, czekaj - one podobno już są. Tak czy inaczej, Pińćsetka jest u nas cennym klasykiem (i w sumie trudno się dziwić), a we Włoszech...

Najzwyklejszy w świecie dejli drajwer w stanie "upalam i się nie martwię" - gruba punktacja na Nitach zapewniona

Stare vs nowe - 3 rozmiary różnicy
Największym jednak hitem, strzałem w dziesiątkę, czymś, co zryło mi mózg, wypadło mi oczy i wywołało bolesną ciasnotę w spodniach oraz niekontrolowany ślinotok było to:

Najprawdziwsza Giardiniera w stanie przepięknym. Z kurołapami! I faltdachem! Pożądam priapicznie!!! Zwracam też uwagę na ukrytego zaraz za nią prawdziwego jaktajmera.
Po otrząśnięciu się z szoku wywołanego Giardinierą (wzwód jednak nie ustąpił do dziś) można było przystąpić do dalszego przeglądu fotograficznych trafień. A były naprawdę przyzwoite.

O, papież przyjechał do Prato

Jestem dziwnie spokojny, że to też jest dejli drajwer
Poza pięknymi okazami Motoryzacji Wiecznie Żywej, jest też mnóstwo współczesnych tzw. mikrosamochodów, do których Włosi masowo przesiadają się ze skuterów w okresie jesienno-zimowym. Jedne i drugie najprawdopodobniej trzymają na balkonie. I nie są to jedynie Smarki (choć tych ewidentnie jest najwięcej, jak to określiła Wybranka, "co smarknięcie to Smark", co swoją drogą dziwi mnie dość mocno - badziewne, awaryjne i drogie, wolę starą Pińćsetkę), ale też licznie występujące francuskie wynalazki w stylu tego oto Ligiera:

Takie coś kosztuje tyle, co "prawdziwy" samochód. A ludzie to kupują. Because fuck logic.

Z Prato przenosimy się do pobliskiej Florencji, gdzie czas pozwolił na ustrzelenie tylko jednego egzemplarza, za to bardzo konkretnego. Co ciekawe, wedle oznaczenia na szybie, ów egzemplarz był używany przez osobę niepełnosprawną. Na pewno nie była to jednak niepełnosprawność gustu.

Pierwszy plan brytyjski, drugi plan niemiecki, trzeci plan typowo włoski

Właśnie - włoski trzeci plan. Poza pierwszą Pandą, zdecydowanym królem włoskich ulic jest Piaggio Porter do spółki z Piaggio Ape. Co prawda Wybranka nie upolowała żadnego ładnego egzemplarza, za to zrelacjonowała mi jeden z widoczków - dwóch bardzo rosłych Włochów dosłownie ubranych w sfatygowanego Portera.

Arrivederci!

poniedziałek, 25 listopada 2013

Wspominatoza 4: Saabolot

God kväll!

W piątek koło południa moja Wybranka zlądowała na Okęciu powróciwszy ze słonecznej Italii, skąd przywiozła nie tylko artefakty wokół których będzie kręcić się jej biznesik (nie omieszkam poinformować na moim fąpażu, uczulam na to szczególnie płeć piękną) ale również niewielką za to bardzo treściwą paczuszkę zdjęć wspaniałych wehikułów spotykanych na włoskich ulicach. To jednak za dni kilka. Dziś natomiast wrócę do zawieszonego ponad rok temu cyklu "wspominatoza", kończąc go jednocześnie. A to dlatego, że z motoryzacyjnych wspomnień pozostało mi już tylko jedno - krótkie, pozbawione happy endu, za to bardzo żywe i wciąż powracające przy każdym kolejnym rajdzie Złomnika czy Stada Baranów.

W zamieszczonym całkiem niedawno miksie prawobrzeżnym prezentowałem m.in. widoczki spod mojej sali prób - są one nader mięsne i pieszczą oko każdego miłośnika tlenku żelaza i aromatu płynów eksploatacyjnych. Tam też zaczęła się (i zakończyła) moja przygoda z wehikułem, który był onegdaj mym największym motoryzacyjnym marzeniem a i do dziś plasuje się wysoko w rankingu "ależ bym jeździł" - a konkretnie z Saabem 900, znanym wszem i wobec jako Krokodyl.


Pewnego dnia pod salą prób zaobserwowałem piękny egzemplarz przedliftowej "dziewięćsetki" w dość rzadkiej wersji. Był to 4-drzwiowy sedan, podczas gdy większość widywanych do dziś Krokodyli występuje jako 3-drzwiowy hatchback. Egzemplarz był polakierowany na piękny rudobrązowy kolor doskonale współgrający z utrzymanym w podobnej tonacji wnętrzem oraz z dość licznymi wykwitami rdzy. Jedynym niezbyt pięknym elementem były tandetne hipermarketowe kołpaki, nie przeszkadzały one jednak moim gruczołom w dziarskiej produkcji śliny, która następnie malowniczo spływała mi po brodzie, nadając memu pyskowi dość naturalny dla mnie wygląd wskazujący na daleko posunięte zidiocenie. Saabina pojawiała się i znikała, co było dość oczywistą wskazówką, że jeździ, ja zaś każde jej pojawienie się witałem radosnym acz dość luźno związanym ze znanymi jednostkami leksykalnymi kwikiem, dalszą nadprodukcją śliny oraz z góry skazaną na niepowodzenie walką z gwałtownym rozluźnieniem zwieraczy. Następną, nieco bardziej świadomą reakcją było zazwyczaj wyciągnięcie dłoni z majtek i pochwycenie w nią aparatu (tym razem fotograficznego) celem zrobienia kolejnych 724734523835 zdjęć przepięknemu pojazdowi. Większość z nich ze względu na pełne ekstazy drżenie mego ciałokształtu nie nadawała się na jakąkolwiek pamiątkę (choć patrząc na tzw. sztukę współczesną zastanawiam się, czy po dorobieniu odpowiedniej ideologii nie uczyniłyby mnie one bogatym), jednak kilka fotek było wystarczająco dobrych, by ozdobić mą twardodyskową kolekcję i towarzyszyć mi następnie w samotne wieczory.


Pewnego razu Saabolot przestał się pojawiać. Zrobiło mi się trochę przykro, ale starałem się o tym nie myśleć - miałem cicha nadzieję, że nadal gdzieś tam jest, że turla się i generalnie wszystko z nim w porządku. Jak się później okazało, całkowicie w porządku nie było, ale Krokodyl jak najbardziej egzystował.

Upłynęło trochę czasu i piękna "dziewięćsetka" znów pojawiła się pod próbownią. I już tam została. Okazało się, że podczas pokonywania niespodziewanie głębokiej kałuży woda dostała się do silnika i skutecznie sobie z nim poradziła, w związku z czym została zakupiona i zainstalowana druga jednostka, jednak coś z nią było nie tak. Saabolot został zatem przywleczony pod salkę, gdzie w warunkach warsztatowych miał być powoli doprowadzany do pożądanego stanu. Niestety właściciele powoli tracili do niego serce, może też nie mieli czasu, prawdopodobnie również trochę brakło im kasy - tak czy inaczej piękny Saab stał. 

A potem... Potem był już mój.

Nie będę wchodził w detale tego, w jaki sposób trafił w moje ręce, jednak było to w dużej mierze zasługą K. (właściciela pięknej Coupety), który wiedział o moim uwielbieniu do Saabów oraz o tym, że Melodila właśnie dokonywała żywota. Tak czy inaczej - przepiękny Saab 900, moje marzenie od wielu lat, nieprawdopodobnie charakterny (i charakterystyczny) wehikuł był moją własnością. Tylko trzeba jeszcze było doprowadzić go do stanu dobrze jeżdżącego.

Niestety, tu już nie było tak pięknie.

Saabolot i Melodila w dniu, gdy odjechała do krainy wiecznie równych autostrad

Saabolot i Fiestka, którą - po zgonie Melodili - przyjeżdżałem bezproduktywnie zastanawiać się nad dłubaniem przy nim

Krokodyl owszem, odpalał, ale po pierwsze niechętnie, po drugie zaś trzeba było go od razu wkręcać na dość wysokie obroty - poniżej ok. 2000 od razu gasł. Jednak gdy udawało się go kręcić, jeździł. I to jak.

Ze względu na jego ogólny stan i brak przeglądu nie wyjechałem nim na drogę publiczną. Kręciłem się nim po okolicznym, dość sporym terenie, co wystarczyło, by stwierdzić, że tak prowadzący się i tak komfortowy samochód odpowiada mi bardzo. Podstawowa, nieuturbiona dwulitrówka (zagazowana, jednak karmiłem go jedynie benzyną przynoszoną w kanisterku z pobliskiej stacji) całkowicie wystarczała, by sprawnie katapultować nielekkie przecież auto do przodu, zaś zawieszenie sprawnie połykało wądoły, które stanowiły zdecydowaną większość powierzchni terenu. Do tego siedzenia - jedne z najlepszych, na których siedziałem w życiu. Mogę bez cienia przesady stwierdzić, że były po prostu genialne. No i ten charakterystyczny zapach starego samochodu, który zawsze kochałem i kocham do dziś. Całość składała się na prawdziwy wulkan charakteru. Jak nigdy wcześniej zrozumiałem, co widzą w tych autach ich miłośnicy. Tak naprawdę mogłem z niego nie wysiadać. I zazwyczaj nie wysiadałem dość długo.

Kabina pilota
To żyje!

Jednak Krokodyl - jak zresztą każdy inny samochód - to nie wrażenia estetyczne tudzież olfaktoryczne, lecz również mechanika. A tu trzeba było zrobić dużo. I to był chyba główny powód tego, że nasz potencjalnie piękny, szczęśliwy związek nie wypalił.

Na początku byłem pełen zapału. "Wszystko się ogarnie, będzie śmigał jak złoto" - myślałem sobie. I niestety na tym myśleniu się skończyło. Czemuż? Otóż moja wiedza dotycząca spraw mechanicznych i serwisowych jest zbliżona do rozeznania Władysława Łokietka w kwestii bezzałogowych lotów kosmicznych. Potrafię wymienić uszczelkę pod głowicą równie sprawnie, co Stephen Hawking jeździć na motocyklu crossowym, zaś w ustawianiu kąta wyprzedzenia zapłonu osiągnąłem podobne mistrzostwo, co Antoni Macierewicz w mówieniu do rzeczy (i nie chodzi mi tu o żarliwe przemowy wygłaszane do szafy, co zresztą w przypadku wzmiankowanego pana nie zdziwiłoby mnie zanadto). Byłem (i nadal jestem) wzorcowym idiotą w kwestiach naprawy samochodu. Umiem co prawda zmienić koło, akumulator, świece (o ile nie są, cholery jedne, zapieczone na amen w głowicy) a nawet filtr powietrza, podejrzewam także, że poradziłbym sobie z wymianą żarówki w reflektorze (jak do tej pory nie musiałem), ale dowolna czynność wymagająca jakiejkolwiek rzetelnej wiedzy i zrozumienia tematu jest już daleko poza moim zasięgiem. Przyznaję to ze sporym wstydem, gdyż motoryzacja jest moją pasją od wczesnych lat szczenięcych - także pod względem praktycznym. Zawsze marzyłem o praktycznej umiejętności upieprzenia się smarem. To znaczy podejrzewam, że upieprzyć się umiałbym bez problemu, ale nie wynikałaby z tego jakakolwiek zmiana w mechanicznej kondycji wehikułu (prawdopodobnie nastąpiłoby wręcz drastyczne pogorszenie stanu), a mi chodzi o upieprzenie się produktywne i skuteczne. Mam być upieprzony a w wyniku tego samochód ma jeździć. Niestety - nigdy jakoś nie miałem okazji nabyć tej wiedzy. Zawsze miałem inne rzeczy do roboty, inne obowiązki, lub po prostu wrodzony mamwdupizm skutecznie powstrzemywał mnie przed nauczeniem się czegoś sensownego w tej kwestii. Co prawda jak zawsze nieoceniony K. oferował mi swoją pomoc, ale chyba i jemu w końcu opadły witki na moją ciągłą niemoc twórczą polegającą zazwyczaj na byciu gdzie indziej. Do tego doszedł aspekt finansowy. Zabawa w doprowadzanie tzw. klasyka do pożądanego stanu zawsze kosztuje jakiś tam pieniądz. Może być to pieniądz stosunkowo niewielki, jak choćby w przypadku Skody 105/120, do której części są dostępne w warzywniakach i kosztują mniej niż nadgniła rzepa, do tego jej konstrukcja jest do ogarnięcia przez średnio rozgarniętego bakłażana, jednak ani części do Saaba 900 nie należą do tanich, ani też jego konstrukcja nie cechuje się zbytnim nagromadzeniem prostych w rozkminieniu rozwiązań. W skrócie - żeby uczciwie wziąć się za renowację Krokodyla trzeba mieć trzy rzeczy: czas, umiejętności i pieniądze. Czyli dokładnie wszystko to, czego ja właśnie nie miałem.

Jakiekolwiek plany zostały finalnie pogrzebane przez utratę przeze mnie pracy w lipcu 2010 - następna, jaką udało mi się znaleźć, polegała na siedzeniu na słuchawce i wciskaniu ludziom chłamu, którego nie potrzebowali, na skrajnie nieuczciwych warunkach. Jak nietrudno się domyślić, nie byłem w tym zbyt dobry, czego efektem był osiągany przeze mnie dochód w wysokości ok. 600 zł miesięcznie. Walka o inną pracę chwilowo nie przynosiła efektów, powoli acz skutecznie pogrążałem się w długach (m.in. dwukrotnie wyłączano mi prąd), zaś Saabina stała i gniła smętnie. Widywałem się z nią jedynie w dniach, gdy przyjeżdżałem na próby - czasem podnosiłem imponującą maskę i gapiłem się bezmyślnie, czasem wsiadałem do środka, ale piękny wehikuł już w ogóle nie odpalał.

Nie mam pojęcia, co tu się dzieje

Jest taki samotny wrost...

Mijały kolejne tygodnie, mijały i miesiące, spadł śnieg i w końcu stało się jasne, że za Saabolota już się nie wezmę. Było mi z tego powodu cholernie przykro oraz zwyczajnie głupio w stosunku do K. dzięki któremu wszedłem w posiadanie tego niegdyś wspaniałego pojazdu a teraz (czyli w momencie jego wrastania) już tylko nieruchomości. Nie chciałem jednak, by Krokodyl zgnił do szczętu, wystawiłem go więc na sprzedaż.

I poszedł. Za pińcet.

Otrzymałem telefon - "właśnie jadę lawetą, proszę o wskazówki jak dotrzeć". Pół godniny później transakcja była już dokonana a Saabinka została wciągnięta na rzeczoną lawetę i uniesiona na niej w kierunkiu Mińska Mazowieckiego.

Mam nadzieję, że Saabolot już śmiga. Lub że przynajmniej próbuje. Lub chociaż że facet uczciwie próbował go zrobić. Ja niestety poległem w tej walce - i nie była to walka z mechanikaliami, gdyż tej nie podjąłem w ogóle. Poległem w walce z własnym brakiem umiejętności, czasu, pieniędzy i sił. A to dyskwalifikuje mnie jako saabiarza. Niestety.

Pa pa, Saabolocie

Podsumowanie czyli zady i walety:

Saab 900, Krokodylem zwany, jest zwierzęciem specyficznym: posiadanie go wymaga dobrej znajomości mechaniki (szczególnie tego konkretnego modelu) i odpowiedniej ilości kasy na robienie tego i owego. Nie dlatego, że to szczególnie awaryjny model - jest tak naprawdę dość trwały, ale trapią go pewne problemy, na których mało kto się zna, do tego części są DROGIE. Bardzo. A jeżeli wchodzimy w posiadanie egzemplarza, który - tak, jak tenże Saabolot - kwalifikuje się do solidnego remontu, musimy być bardzo dobrzy w mechaniczne klocki, mieć bardzo dużo kasy i bardzo dużo czasu. A jako, że dwie ostatnie rzeczy się wykluczają, trzeba mieć bardzo bardzo dużo kasy. To podwójne bardzo. Ale tak naprawdę warto - pięknie utrzymany Krokodyl cieszy oczy swoją bezbłędną stylówą oraz resztę zmysłów komfortem i prowadzeniem, a do tego jest absolutnie nie do pomylenia z czymkolwiek innym. To już w zasadzie motoryzacyjna legenda. I słusznie. Ale legendy mają swoje wymagania - Saab 900 nie jest samochodem dla początkujących miłośników motoryzacji starszej. Jeśli nie masz grubego portfela i solidnego skilla - zacznij od rzeczy tańszych i prostszych. O ile naprawdę jesteś gotów się za nie brać. Ja chyba już jestem - bo wtedy nie byłem, i to nie tylko na Krokodyla. Zresztą na niego nadal na pewno bym się nie porwał. A żałuję.

Plusy:

* charakter i wyjątkowość
* komfort
* przyjemność z prowadzenia
* świetny klub Saaba, gdzie w razie czego można szukać pomocy
* ogromny bagażnik

Minusy:

* koszty eksploatacji
* ceny części
* utrudniony serwis

Co nim wozić:

Niestety, nie miałem okazji wozić Saabolotem żadnego sprzętu. A szkoda, bo bagażnik jest w stanie łyknąć naprawdę dużo. Tak czy inaczej - niebanalnym autem można wozić niebanalne basy. Alembic, Wal, Status czy choćby ośmiostrunowy szwedzki Hagstrom z przełomu lat 60. i 70. - każdy z nich będzie czuł świetnie w Krokodylu. I Ty też - pod warunkiem, że umiesz o ten piękny samochód odpowiednio zadbać.


 BØRK!

środa, 20 listopada 2013

Spacerkiem i rowerkiem: Niewielki Mix Śródmiejski

Dzień dobry.

W naszych (znaczy moich) peregrynacjach po stolycy nadeszła pora by odwiedzić jej serce, tętniące biznesem (i seksem - wszak Warszawa, tak samo, jak Radom, Turek, Ostrołęka i wiele innych, to miasto seksu i biznesu), handlem, ulotkami, dyskretnymi wymuszeniami rozbójniczymi i zmysłowo nawołującymi do radosnego zadłużania się witrynami banków, czyli Śródmieście. Zazwyczaj nie widać tam zbyt wiele interesującego żelaza - królują taksówki i służbowe nośniki prestiżu - jednak czasem wyczulone na prawdziwą motoryzację oko jest w stanie wychwycić interesującego gruchota.

Zaczynamy od północnej, najspokojniejszej i najbardziej mieszkalnej części Śródmieścia, czyli Muranowa. Jest to jedyna chyba część miasta stołecznego, gdzie częściej usłyszymy okrzyki sławiące Polonię niż Legię (wiem, gdyż mieszkałem tam wiele lat temu przez pewien czas) i gdzie nietrudno o sympatyczne żelazo zalegające gdzieś przy ulicy.

Takiego Golfa to ja rozumiem. Jeździłbym mimo mojej niechęci do VAG-ów.

Chwilę przed uchwyceniem ten oto Malczan zalogował się na swym miejscu i wysiadła z niego obywatelka w wieku ok. 253 lat

Chwilę później zza rogu wyjechało piękne Carry. Tymoooon!

Nawet jeśli nie jest jeżdżony jestem dziwnie spokojny, że wystarczyłby nowy akumulator i można ruszać choćby na drugi koniec Europy
Opuszczając Muranów i podążając zakosami troszkę bardziej na południe możemy znaleźć takie oto sympatycznostki:

Stanowiła jedno z pytań z Rajdu po Skarpie

Ładne chromy

Zakaz fotografowania

Antyczny wehikuł i English Level Master

Złowiony bardzo dawno temu - mam nadzieję, że nadal dzielnie się turla

Wiem, to nie złom, ale mieć coś takiego jako bus zespołowy... i jeszcze własną rafinerię

Notlauf dobrze zna ten egzemplarz

Jedziesz sobie Marszałkowską i spotykasz Tatę. Konkretnie Sumo.

Stoi sobie między Zbawixem a pl. Konstytucji

...a w podwórku obok takie rzeczy. Kiedyś mieszkał tam Saab 99 z pierwszego wypustu i to jego szukałem, a zanalazłem to

Ktoś gnije sobie DWA Accordy Aerodecki (Qropatwa, dla Ciebie!)

W okolicach al. Ujazdowskich widywany jest natomiast PRZEORGAZMICZNY Amazon. Moja pierwsza postać z Wilkołaka miała takiego.

Dla odmiany Ascona mieszkająca na stałe pod Rock'n'Rollem orgazmiczna nie jest

Przedliftowa Corsa I. W sedanie. Kto da więcej?

Zaczęliśmy Golfem i Golfem kończymy. Tak, tym też bym jeździł, poza asfaltem zawstydzając krawaciarzy w nowoczesnych SUV-ach
To tyle jeśli chodzi o rejony śródmiejskie. Już wkrótce - jak buk da a partia pozwoli - pierwszy u mnie gościnny mix zagraniczny. I miejmy nadzieję, że nie ostatni.