wtorek, 16 kwietnia 2013

Śmignąwszy: Hybrydowy Auris

Witam wszystkich słonecznie.

Dziś rozpoczynamy drugą pięćdziesiątkę nic nie wnoszących wpisów a zaczynamy ją z przytupem. Przytup jednakże jest cichutki, łagodny i przyjazny środowisku, gdyż mamy do czynienia z tulącą misie polarne, ratującą małe foczki i sadzącą drzewka nową Toyotą Auris Hybrid, czyli w megasuperekologicznej wersji hybrydowej.

Jak już to onegdaj jasno dałem do zrozumienia, nie mam za grosz zaufania do tych wszystkich nowomodnych ekotechnologii, których jedynym prawdziwym celem jest wyciągnięcie tłustej sałaty z kieszeni omamionych marketingowym bełkotem klientów. Nadmieniłem jednak, że robię wyjątek dla hybrydowych Toyot - obiło mi się tu i ówdzie o uszy, że pierwsze Priusy (wypuszczone w 1997 roku) nadal jeżdżą i mają się dobrze a ich baterie trzymają średnio ok. 80% wyjściowej pojemności. Czyli jest zacnie. Niestety nigdy  dotąd nie miałem okazji karnąć się żadną hybrydą - gdy zdarzyło mi się wracać z grania taryfą to jakoś nigdy nie podjechał Prius, a w konkursie polegającym na nakłonieniu hybrydowego Yarisa do rezygnacji ze spalania benzyny nie wziąłem udziału z powodów czasowych, więc gdy dowiedziałem się, że podobny konkurs, tyle, że dotyczący hybrydowej wersji nowego Aurisa, trwa do poniedziałku włącznie, nie mogłem sobie odpuścić. Załadowałem Jazza odzianego w półsztywny piankowy pokrowiec do Madzi (łamiąc tym samym dotychczas dotrzymywane postanowienie, że w ciepłe, słoneczne dni samochodu używam tylko do dojazdu na próby, koncerty i większe zakupy) i ruszyłem w kierunku najbliższego salonu Toyoty aby dokonać pierwszego na niniejszym blogu testu salonowej nóweczki.


Jak widać na załączonym obrazku, nowy Auris prezentuje się całkiem zgrabnie. Nie wywołuje jednak przyspieszonego bicia serca czy uczucia ciasnoty w bieliźnie - do tych celów powstał inny model Toyoty, a konkretnie opracowany wspólnie z Subaru orgazmiczny GT-86 (borzesztymój, jak ja chcę nim śmignąć). Auris Hybrid to, jak sama nazwa dyskretnie sugeruje, hybryda - ma być nowoczesna i ekologiczna, czyli grzeczna, choć przyznaję, że jej pyszczek ma nieco charakteru. Ogólnie - wrażenia wizualne można uznać za miłe.

Ważniejsze są jednak wrażenia z jazdy. A te były zaskakująco przyjemne, choć momentami dość nietypowe.

Kilka pierwszych kilometrów przejechałem jako pasażer - bardzo miła pani, która prezentowała mi samochód, towarzyszyła w jeździe i pilnowała, bym nie łamał regulaminu konkursu, zajęła najpierw miejsce za kierownicą, by pokazać mi, czym taką hybrydę się je. Siedząc na prawym fotelu mogłem kontemplować bardzo dobrą jakość wykonania wnętrza, przyzwoitą przestrzeń z przodu i nader przyjemny komfort resorowania, szczególnie w porównaniu z innymi współczesnymi konstrukcjami, które często sztywnością zestrojenia zawstydziłyby niejedną deskę. Po kilku minutach zamieniliśmy się miejscami i mogłem organoleptycznie zapoznać się z ultrahipernowoczesną technologią. Najpierw jednak... musiałem nauczyć się ruszać. W każdym "normalnym" samochodzie wystarczy przekręcić kluczyk w stacyjce (pamiętając przy tym, jeśli auto jest na biegu, o przytrzymaniu sprzęgła), wrzucić jedynkę (lub - w zależności od sytuacji - wsteczny) i ruszyć, a tu mamy małą procedurkę. Trzeba wcisnąć hamulec (sprzęgła nie ma, gdyż mamy do czynienia z bezstopniowym automatem CVT) a następnie przycisnąć przycisk "Start" znajdujący się po prawej stronie kolumny kierowniczej. I tu nie byłoby problemu - dwie krótkie czynności, dziękuję, jedziemy - ale nie znając jeszcze z własnego doświadczenia działania hybrydy i nie orientując się w znaczeniu niespotykanych w tradycyjnych konstrukscjach kontrolek można tak sobie tkwić, depcząc hamulec i dłubiąc w przycisku. Otóż w zasadzie nie ma żadnych symptomów wskazujących na to, że obudziliśmy hybrydkę i można ruszać. A można. Wystarczy puścić hamulec - i Toyota zaczyna cichutko toczyć się, napędzana silnikiem elektrycznym... To dość ciekawe wrażenie  - praktycznie nic nie słychać póki nie wciśniemy gazu. Jeżeli zrobimy to bardzo delikatnie... nadal będzie cicho. Po nieco bardziej zdecydowanym nadepnięciu w końcu budzi się silnik benzynowy - zwykła, nieprzekombinowana, niewysilona czterocylindrowa jednostka 1.8 o mocy 99 KM, które to parametry budzą nadzieję na długotrwałą eksploatację bez niemiłych przygód. Jej uruchomienie... też jest dość ciche. Jednak słychać, że coś tam pracuje - szczególnie podczas przyspieszania. A jest ono dość specyficzne. Otóż skrzynia bezstopniowa - jak sama nazwa wskazuje - nie posiada czegoś takiego, jak biegi. Przełożenie zmienia płynnie, utrzymując przy tym silnik w optymalnym w danej chwili zakresie obrotów. Niestety, oznacza to również lekkie opóźnienia w działaniu, szczególnie przy mocniejszym wciśnięciu gazu. Silnik najpierw wkręca się na obroty a potem... zostaje na nich, podczas gdy samochód przyspiesza. Robi to zresztą dość sprawnie, bardzo płynnie, ale nie daje przy tym żadnych powodów do ekscytacji. Można jedynie zabawiać się patrząc, jak wskazówka zamontowanego zamiast obrotomierza wskaźnika trybu pracy wspina się z zakresu "ECO" na "POWER", próbując sugerować, że chlorofil został zastąpiony tłuszczami wielonasyconymi i testosteronem. Wystarczy jednak zdjąć stopę z pedału gazu, a wskazówka opada z powrotem na "ECO" a następnie na "CHG", co z kolei przekazuje, że w danej chwili jesteśmy tak zajebiście ekologiczni, że jadąc produkujemy energię, którą z kolei są ładowane akumulatory. Od samej tej wskazówki moja ekoświadomość eksplodowała z rozkoszy.

Niestety, sama zielona ekstaza nie wystarczyła, by zostać mistrzem eco-drivingu. Po zakończeniu rundki,  mimo jazdy z prędkościami dość grzybowymi, komputer pokładowy wskazał średnie zużycie na poziomie 4,6 l/100 km, podczas gdy lider klasyfikacji osiągnął wynik 0,9... Nie wiem, jak on to zrobił. Podejrzewam, że stał w korku i przez 90% czasu korzystał tylko z napędu elektrycznego...

Tak czy inaczej - wrażenia z jazdy można ogólnie ocenić jako pozytywne. Nowy Auris jest bardzo dobrze wykończony w środku, ma komfortowe (ale nie bujające) zawieszenie, prowadzi się bardzo przyzwoicie - co prawda układ kierowniczy mógłby dawać większe wyczucie tego, co się dzieje z przednimi kołami, ale to chyba przypadłość wszystkich współczesnych konstrukcji z elektrycznym wspomaganiem, do tego jest ładny i ma przestronne wnętrze. Przyczepiłbym się w zasadzie tylko do typowej dla nowych samochodów słabej widoczności do tyłu - na szczęście lusterka są spore. Jeśli zaś chodzi o cechy osobnicze wersji hybrydowej - niewątpliwie jest to ciekawy wynalazek, pozwalający realnie zaoszczędzić paliwo. Co prawda obiecany wynik 3,7 l/100 km jest możliwy chyba tylko wtedy, gdy głównie stoimy w korkach, co pozwala na większe wykorzystanie napędu elektrycznego, lub mamy w zwyczaju poruszać się w sposób doprowadzający innych uczestników ruchu do szału, ale wynik mieszczący się w granicach 5 litrów w ruchu miejskim przy sprawnej jeździe jest jak najbardziej możliwy do uzyskania. Osiągi może nie powalają, ale powinny wystarczyć do sprawnego przemieszczania się. Jest to zdecydowanie samochód dla spokojnego kierowcy bez syndromu ceglanego buta.

Pozostaje kwestia ceny. Auris Hybrid na dzień dobry kosztuje ok. 84 000 złotych, co jest kwotą zbliżoną do wołanej za mocniejszego diesla, ja jednak jeździłem abstrakcyjnie wyposażoną wersją Prestige (PRESTIŻ! EKOLOGIA! BEZPIECZEŃSTWO!), której cena niebezpiecznie zbliżała się do 100 tysięcy... To nie są tanie rzeczy, proszę pana.

A, no i najważniejsze - wszak po coś wziąłem ze sobą bas. Po odbyciu przejażdżki wyciągnąłem go z Madzi i przymierzyłem do bagażnika innego egzemplarza Aurisa (też w hybrydowej wersji) stojącego w salonie. Nie wszedł.

Na szczęście niedługo do sprzedaży wchodzi kombiak - również dostępny jako hybryda.

Podsumowanie, czyli zady i walety...

Toyota Auris Hybrid jest droga. Nawet bardzo. Niestety, zawsze było tak, że aby oszczędzać, trzeba najpierw zainwestować. Na szczęście za tę cenę otrzymujemy sporo - a mając wybór między hybrydą a kosztującym 3400 zł mniej dieslem (co przy tych kwotach nie jest porażającą różnicą), brałbym hybrydę. A tak naprawdę gdybym miał taki pieniądz zrobiłbym remont w mieszkaniu, kupiłbym jeszcze ze 2-3 basy zaś resztę wydałbym na jakieś dobre, sprawdzone używane auto - ale to już kwestia preferencji. Jeśli masz gruby portfel, jeździsz spokojnie, lubisz misie polarne i wierzysz w globalne ocieplenie ale nie chcesz wywalać potwornej kasy na Priusa - warto zainteresować się hybrydowym Aurisem. Jest naprawdę dobry. Tyle, że jeśli masz tak gruby portfel to raczej nie jesteś basistą.

Plusy:

* realnie małe zużycie paliwa
* bardzo dobrze wykończone wnętrze
* komfort jazdy
* sporo miejsca w środku
* sprawdzona, solidna technologia

Minusy:

* cena
* niezbyt wielki bagażnik w wersji hatchback (kombi będzie wkrótce)
* słaba widoczność do tyłu
* nie jest to samochód dla entuzjasty prowadzenia

Co nim wozić:

Jakiś eko-bas zrobiony z drewna pochodzącego z ekologicznych plantacji. Lub w ogóle nie zrobiony z drewna, np. w całości grafitowy Status Stealth. Ale jeśli chcesz wersję z główką i masz zamiar wozić ją w bagażniku - poczekaj na kombi.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Weekend rocznicowy, cz. 2

Guten abend.

Zgodnie z obietnicą - dziś kolejny wpis rocznicowy, sam w sobie będący pewnego swego rodzaju jubileuszem, gdyż już 50 raz wywnętrzam się na niniejszym słitaśnym blogasku.

Ale do rzeczy.

Otóż dokładnie rok temu - 14 kwietnia 2012 - zamieszkała z nami Madzia. Czyli Mazda 323P, silnik 1.3, rocznik 1997. Podówczas stan licznika wynosił nieco ponad 207000 km, aktualnie zaś wskazuje trochę powyżej 216, co oznacza dość skromny roczny przebieg wynoszący 9000. Nie jest to dużo, ale wystarczy, by dojść do konkluzji, czy nadal chcemy z Wybranką widzieć ją zaparkowaną pod naszymi oknami.


Chcemy.

Przez ten rok Madzia okazała się być sympatycznym, niedrogim w eksploatacji, niezawodnym jeździdłem. Wszystkie naprawy - łącznie z tzw. "zestawem startowym" - kosztowały nas jedynie ok. 1600 zł, z czego większość stanowiły rzeczy czysto eksploatacyjne, zużywające się co pewien czas i podlegające okresowym wymianom. Został wymieniony pasek rozrządu z pompą wody, do tego rozrząd został uszczelniony z przodu (od strony paska), są też nowe tarcze z przodu, zaś tylne bębny hamulcowe zostały wyregulowane - oczywiście przy okazji został również wymieniony płyn hamulcowy; Madzia dostała także nowe świece, przewody i akumulator, poza tym trzeba było zająć się aparatem zapłonowym i jedną z osłon przegubów przy półosiach. Czy to dużo jak na rok? Niby tak, ale... większość z tego stanowiły rzeczy, które zawsze trzeba ogarnąć przy zakupie używanego samochodu. Tak, zostało kilka rzeczy do zrobienia (przede wszystkim mechanizm zmiany biegów - dźwignia nadal lata sobie tam i nazad), ale większość kosztów już została poniesiona. A teraz zastanówcie się nad tymi kosztami: który Pasek W Tedeiku lub - tym bardziej - Golfik TSI w wieku tużpogwarancyjnym wygenerowałby koszta serwisowe nieprzekraczające 1600 zł? Które warte kilkadziesiąt (lub więcej) tysięcy "cudeńko" nowoczesnej myśli technicznej, ubrane w marketingowy bełkot podkreślający "multiinterfejsowe prestiżowe ekobezpieczeństwo premium", pozwoli ograniczyć kwotę zostawioną co roku w serwisie do niespełna połowy miesięcznej średniej krajowej brutto? W przypadku Madzi było to co prawda ok. 50% ceny jej zakupu... I to w sumie jest jej cecha wspólna z nowoczesnymi, przeładowanymi elektroniką i nadmiernie skomplikowaną technologią wynalazkami: koszty ich serwisu tuż po gwarancji też potrafią wynieść połowę ich wartości rynkowej. A teraz porównajcie kwotę, którą kosztowała Madzia z tą potrzebną do wyasygnowania na 3-letni kompakt (nie, nie chodzi mi o klop) renomowanej marki.

Spójrzcie na mnie. Siedzę w Madzi.

Owszem - Madzisława nie jest pozbawiona wad (poza kompletnym brakiem wyposażenia należy tu przede wszystkim podkreślić smak blachy bardzo odpowiadający rdzy), ale przez cały rok rekompensowała nam je z nadwyżką służąc nam wiernie do wielu zadań. Woziła nas na wywczas...

...łykała znaczne ilości sprzętu...

...dzielnie przetrwała upiornie przedłużającą się zimę...

...aż dojechała do dnia dzisiejszego, który uczciłem wybierając się nią na spocik klubu Mazdy 323.

Na najwyższym, dachowym parkingu Galerii Mokotów zgromadziło się kilka ślicznych Mazdeczek, z czego, rzecz jasna, większość stanowiły 323. Przy czym poza moją Madzią wszystkie reprezentowały bardzo lubianą za swą bezbłędną stylówę wersję F. Wszystkie też były po większym lub mniejszym tuningu... Najsympatyczniejsze wrażenie robiła eFka koleżanki, która przybyła aż z Katowic:

Brawurka - jedyna słuszna Atomówka!
Pozostałe też prezentowały się zacnie:


Niestety, Madzię musiałem schować za Nissanem Terrano, gdyż obok zebranych klubowych TrzystaDwódziestekTrójek zalogował się Władca Parkingu...


WPI - Władca Parkingu Idiocjusz

...który sprawiedliwie otrzymał za swój wyczyn Karnego Kutasa.


Przyjechała też Mazda Premacy, do której się przymierzyłem i która okazała się mieć bardzo wygodne, przyjazne miejsce kierowcy...


...oraz żółty Golf IV, którego fragmencik widać na zdjęciu, i który był jednym z niewielu Golfów, jakie kiedykolwiek mi się podobały.

Spocik był nader sympatyczny - pogadaliśmy (przeważnie od rzeczy), wymieniliśmy się uwagami, i na szczęście nikomu nie przeszkadzało, że zainstalowane w ramach rocznicy podkładki pod tablice miałem z innego klubu, a konkretnie Mazdaspeed...


Tak - oprócz członkostwa na forum Mazdaspeed jestem również fanem Złomnika, o czym wspominałem tu nie raz i nie dwa
I tak minął pierwszy roczek. Będą kolejne?

Na to wygląda. I jakoś nie martwi mnie to.

A tymczasem zapraszam na kolejne 50 wpisów.

sobota, 13 kwietnia 2013

Weekend rocznicowy, cz. 1

Bardzo dobry wieczór.

Zgodnie z obietnicą poczynioną wczoraj - dziś i jutro Wpisy Okazjonalne. A okazje są, a jakże.

Nazbierało się nam w ostatnich dniach wydarzeń - na przykład cudowne przemienienie łazienki (no, przynajmniej jej części podlusternej), które uczyniło ją nieco mniej przerażającą w użytkowaniu. Nazbierało się także rocznic - choćby smutna, skłaniająca do refleksji, przypadająca na 10 kwietnia rocznica pożegnania ukochanej zwłaszcza przez starsze pokolenia pary, którą rzecz jasna były Wartburg i Barkas, a których produkcja zakończyła się właśnie tamtego kwietniowego dnia 1991 roku. Należy tu podziękować kol. Notlaufowi, który przypomniał nam tę smutną rocznicę na swym tematycznym blogu o dźwięcznym tytule Złomnik (polecam wszem i wobec - według mnie to najlepszy blog o tematyce motoryzacyjnej w naszym kraju). Zarówno Wartburgiem (szczególnie kombi) jak i Barkasem można by było przewieźć masę sprzętu - i jakże stylowa byłaby to podróż, szczególnie jeśli wehikuł byłby wyposażony w legendarny już 3-cylindrowy dwusuwowy silnik o budzącym nostalgię brzmieniu, roztaczający z rury wydechowej tak dobrze nam znany z dzieciństwa aromat benzyny zmieszanej z mixolem.

Wartburgowi (i innym radośnie idiotycznym pomysłom na Klasyka Dla Basisty) zapewne poświęcę kiedyś osobny wpis, jednak teraz przejdźmy do dzisiejszej rocznicy.

13 kwietnia 1995 roku wszedłem do nieistniejącego już komisu w al. Jana Pawła II i dokonałem tam zamiany 200 złotych polskich na dzieło enerdowskiej sztuki lutniczej (lub raczej stolarskiej) - Musimę DeLuxe. Mój pierwszy bas.

Oto jak wygląda Musima po 18 latach od trafienia w moje czułe łapki...

Tak, to już 18 lat. Od dziś moje granie może oddawać głos (tzn. mogłoby, gdyby miało na kogo),  legalnie żłopać wódę i oglądać filmy dla dorosłych. Może również zrobić prawo jazdy, ale na niewiele by się to zdało, gdyż raczej nie pożyczyłbym mu Madzi.

W tym czasie wiele się wydarzyło - wszak 18 lat temu byłem szczupłym (naprawdę!!!) 16 latkiem... Od tamtej pory wydłubałem z Musimy progi (a następnie całą resztę gdy rozsypały się potencjometry), utyłem, straciłem nieco objętości owłosienia czaszkowego (choć nadal jest długie), zrobiłem prawo jazdy, pojeździłem paroma samochodami, nabrałem sporo doświadczeń życiowych... i troszkę nauczyłem się grać. Owo nauczenie się poskutkowało zagraniem chyba już setek koncertów (jeśli liczyć regularne granie do kufla z mym składem szantowo-folkowo-coverowym), w tym jednego w wietrznym i dość odległym Chicagówku, nagraniem paru demówek, 6 płyt, które trafiły do oficjalnego obiegu, jednej, która nie trafiła (jest sprzedawana na koncertach a ja wstydzę się za każdy zakupiony przez kogoś egzemplarz...) i jednego DVD "na żywca". W tym czasie przerobiłem 15 basów (w tym tylko dwie sklepowe nówki - obie kupione w nieistniejącym już od lat sklepie Hołdysa na Wspólnej), z których mam nadal 4 - a nawet 5, jeśli liczyć truchło mego pierwszego wiesła. Ponadto miałem 3 comba (z czego 2 typowo do ćwiczeń w domu - jedno z nich mam nadal, jest beznadziejne, dziękuję), 5 głów (ostatnią z nich użytkuję już od lat), 6 paczek (dwóch kupionych jako ostatnie używam naprzemiennie) i zero efektów. Oczywiście chodzi o efekty typu przester, chorus, oktawer itd., gdyż samo moje granie jakieś tam efekty przyniosło. Nie takie, jak bym chciał, ale... nie jest najgorzej. Powiem więcej - jest dobrze.

Granie jako sposób na życie potrafi być cholernie frustrujące, szczególnie, gdy nie robisz takich postępów jako muzyk, jakie byś chciał robić, i jeżeli nie osiągasz wymiernych sukcesów (SPLENDOR, PRESTIŻ I BOGACTWO!), jednak pozwala doznać wrażeń, jakich nie dozna większość innych ludzi. Do dziś pamiętam adrenalinę towarzyszącą mojemu pierwszemu wyjściu na scenę w grudniu 1995 roku. Zwykły przegląd lokalnych zespołów, tylko dwa numery, ale euforia trudna do opisania. Skok na bungee? A po co to komu? Kup tani instrument, zbierz kilku kumpli, ułóżcie parę numerów i zagrajcie koncert! To jest dopiero przeżycie. Jasne, po pewnym czasie nie robi to już takiego wrażenia (a szkoda - tęsknię za tym czasami...), dochodzi wręcz do tego, że jeżeli na wykon przyjdzie ledwie kilka - kilkanaście osób (a i tak się zdarza) czujesz się rozczarowany i zniechęcony, ale wspomnień nikt Ci nie odbierze. Tak samo, jak nikt nie zabierze Ci kolejnego zastrzyku adrenaliny, który towarzyszy wyjściu na na scenę, gdy wiesz, że przed nią czeka kilka tysięcy ludzi. Tak, to też mnie spotkało. Polecam - bardzo warto.

Niedawno zaliczyłem tzw. kryzys. Nie wiem, czy był to kryzys twórczy - z pewnością za to był związany z moimi marnymi dość umiejętnościami w stosunku do czasu uprawiania muzycznego poletka. Były wręcz chwile, gdy zastanawiałem się, czy nie rzucić tego w cholerę. Ba - nadal zdarza mi się zastanawiać... Ale tak naprawdę wiem, że tego nie zrobię. Bo nawet, jeżeli przez nawał roboty i tzw. codziennych zmartwień potrafię przez tydzień nie wziąć basu do rąk to wiem, że on tam jest. Powiem więcej - one cztery tam są (Musimy nie liczę - aktualnie może służyć li tylko jako instrument perkusyjny). I czekają. I gdybym miał na żadnym już nie zagrać, poświęciwszy się w całości "normalnym" zajęciom... Nie sądzę, bym na dłuższą metę był szczęśliwy.

Dlatego myślę, że to było pierwsze 18 lat mojego grania.

Hmmm... Fascinating

Przypominam przy okazji o konkursie, w którym można wygrać płyty i wejściówki na koncert!

A jutro - kolejna rocznica. Sporo mniejsza, ale też miła.

Stay tuna.

piątek, 12 kwietnia 2013

Apdejcik konkursowy

Szanowni,

Posiedziałem ostatnio, a jako, że siedzenie było komfortowe i sprzyjające zamyśleniom, pomyślałem trochę... Spodobało mi się to, więc pomyślałem jeszcze przez chwilę. Poskutkowało to następującym wnioskiem: konkurs był chyba nieco zbyt trudny, gdyż a) jednego z basów użytych do nagrywania płyty nie opisałem jeszcze na blogu (pojawia się jedynie w galerii ze studia), b) natura ludzka narzuca dążenie do lenistwa, które z kolei jest znaczącą przeszkodą na drodze do samodzielnych poszukiwań odpowiedzi na zadane pytanie.

Zróbmy więc tak:

Pytanie zostanie gdzieś w szufladzie i być może któregoś dnia je wygrzebię, kusząc nagrodą ociekającą takim splendorem, że Wasi sąsiedzi popuszczą z zawiści na samą myśl, że rozważacie udział w konkursie. Tymczasem niniejszy konkurs przenoszę na Fejsa (tak, jak każdy szanujący się Celebryta We Własnej Wyobraźni mam fanpejdżyk na fejsiku) i zmieniam jego zasady.

A oto i one:

1. Jeśli tego jeszcze nie zrobiłeś/zrobiłaś, polub mnie na mym fanpejdżu.
2. Udostępnij mówiący o konkursie status u siebie na łolu.
3. ...
4. Profit.

Wśród osób, które zdobędą owe acziwmenty (a przynajmniej 1. i 2.), ROZLOSUJĘ co następuje:

1. zestaw płyta Night Rider "Widzę Czuję Jestem" + zaproszenie na koncert promujący owo wydawnictwo,
2. samą płytę,
3. samo zaproszenie na koncert.

Zaproszenia są dwuosobowe, koncert jest 20 kwietnia (sobota) w warszawskim klubie Herezja a płyta targa mosznę swą zajebistością. Zdobywcy zaproszeń otrzymają je przed koncertem (umówimy się na jakieś wystarczająco idiotyczne hasło) zaś szczęśliwiec, który zaposiądzie płytę, będzie mógł odebrać ją osobiście lub - jeżeli mieszka w innej części galaktyki - otrzyma ją pocztą pantoflową.

Deadline - piątek 19.04, godzina 17.

A tymczasem przygotujcie się na weekend wpisów (tak, będą dzień w dzień, pod rząd), gdyż nadarzają się okazje do wspominek, sentymentalnych westchnień oraz podsumowań różnorakich.

Do jutra.

niedziela, 7 kwietnia 2013

KĄKĄKĄcert, KĄKĄKĄkurs

PRESTIŻ! SŁAWA! ŚWIATŁA JUPITERÓW!!!

I Ty możesz wygrać wspaniałą, świeżutką, pachnącą nowością i splendorem płytę "Widzę Czuję Jestem" zespołu NIGHT RIDER i wzbudzić zazdrość pana Mietka spod monopolowego!

Ale o tem potem.

Najpierw naprawdę srogi news.

Jako, że wydaliśmy z Riderami płytę, należałoby ją jakoś popromować, na przykład uskuteczniając jakiś wykon. I to właśnie nastąpi już niebawem, a konkretnie 20 kwietnia roku bieżącego w mieszczącym się na warszawskiej Woli klubie Herezja. Wejście na ten prestiżowy event będzie wymagało wyasygnowania kwoty 15 złotych polskich ale wiadomo - prestiż kosztuje. Do Cynamonu czy Paparazzi na bauns z celebrytami też nie wejdzie pierwszy lepszy anonimowy Leon z poczty.


A teraz szczegóły zapowiadanego konkursu. Otóż ociekającą zajebistością płytę wygra pierwsza osoba, która odpowie na pytanie:

Jakich basów użyłem do nagrywania "Widzę Czuję Jestem"?

Podpowiedzi znajdziecie na stronie zespołu (galeria - uwaga, może być odrobinę myląca) i na blogu - wystarczy trochę poszukać...

Wśród pozostałych dobrych odpowiedzi (przypominam - muszą być wymienione WSZYSTKIE basy!) rozlosuję 2 wejściówki na koncert Night Ridera. Odpowiedzi wrzucajcie na basistazakierownica@gmail.com - czekam na nie do piątku do godziny 17:00. Wyniki - też w piątek pod wieczór.

I mały disclaimer: ci, którzy mają już płytę (przynajmniej ode mnie - pamiętam, kogo obdarowywałem, aż jak zdemenciały nie jestem... jeszcze), mogą brać udział - ale będą walczyć tylko o wejściówki.

CZAS START.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Wiosna, wiosna, ach to Ty... PRIMA APRILIS

Melduję, że przedwczoraj Madzia pozytywnie przeszła przegląd. Mam w planach przebijać się nią w przez wiosenne zaspy i ślizgać po kwietniowym śniegu tak długo, póki to białe gówno nie stopnieje a podróż zbiorkomem do pracy przestanie być torturą i gwarancją złapania zapalenia oskrzeli lub innego cholerstwa (najpierw w grubej kurtce do zapchanego, dusznego autobusu a potem znów na "rześki chłodek"... a przypominam, że z najbliższego przystanku mam ponad kilometr do biura, z czego ponad połowa po wąziutkim, zasypanym po kostki i oblodzonym chodniczku).

Tymczasem z okazji wielkanocnych śnieżyc życzę wszystkim nadejścia szumnie zapowiadanego przez rozmaitych "specjalistów" globalnego ocieplenia.

Do najbliższego.

środa, 27 marca 2013

Śmignąwszy: Duży Pełzacz

Bąsuar.

Mamy końcówkę marca, początek wiosny, natura teoretycznie powinna budzić się do życia a podmuchy cieplejszego, pachnącego elektrycznością wiatru wywoływać radosny niepokój w lędźwiach. Tymczasem za oknem leży sobie śnieg poprzetykany lodem, zaś słupek w termometrze zatrzymał się tuż pod zerem i ewidentnie zabrakło mu mocy przerobowych co by ruszyć w dalszą podróż wzwyż.

W podobnych, tyle, że jeszcze sroższych warunkach (ok. - 10 w Rioooo, dżuma w Santa Feeeee) przyszło mi karnąć się Peugeotem 406 kombi ze znanym i lubianym silnikiem 2.0 HDi, od relacji z czego rozpoczynam nową serię, opisującą krótkie przejażdżki samochodami wszelakiemi.

Ale po kolei.

Jakieś dwa i pół roku temu, niedługo po zgonie Melodili, miałem okazję pojeździć przez weekend należącym podówczas do pewnego świetnego człeka (a mego dobrego znajomego) Peugeotem 406. Był to przedliftingowy sedan z benzynowym silnikiem 1.8, w absolutnie bazowej wersji wyposażeniowej (korbotronic, zegar zamiast obrotomierza i inne luksusy - z burżujskich wynalazków były tylko wspomaganie i radio) i najczerstwiejszym z czerstwych srebrnym kolorze, upstrzonym dość gęsto dołeczkami, które wskazywały na całkiem solidne gradobicie. Wyglądało to jak motoryzacyjny cellulit. Zostałem do tego ostrzeżony, że są pewne problemy z układem kierowniczym i przednim zawieszeniem (nie pamiętam co to dokładnie było).

Samo jeździdło było jednak - jak to czterystaszóstka - niebrzydkie, zaś wnętrze odznaczało się wysoce satysfakcjonującą przestronnością i relaksującą przytulnością zapewnianą przez obszerne, obite miłym w dotyku materiałem fotele. W ciągu weekendu zrobiłem nim ok. 170 km w trakcie których przekonałem się o jednym: był to najprzyjaźniejszy  w prowadzeniu samochód, jakim do tamtej pory jeździłem i jeden z najprzyjaźniejszych do dziś. Komfort jazdy był świetny - zawieszenie zostało zestrojone "po francusku" czyli ze zdecydowanym ukierunkowaniem na wygodę (ale bez amerykańskiej przesady) zaś fotele mógłbym mieć w domu. Dynamika podstawowego silnika nie powalała, jednak do normalnej jazdy całkowicie wystarczała - przy 150 km/h do których rozbujałem tę sporą kobyłę pozostało jeszcze sporo zapasu, ale wolałem nie przeginać ze względu na moje mizerne wtedy doświadczenie i nienajlepszy stan układu kierowniczego, który przy najechaniu na wybój lub wjechaniu w koleinę próbował być bardzo asertywny w kwestii kierunku jazdy. Nie miałem możliwości przetestować wielkości bagażnika i jego praktyczności (a szkoda - miałbym wtedy jakiś materiał wskazujący na to, czy basista może przeboleć niedostatki sedana w dziedzinie uniwersalności i możliwości powiększania wnętrza), gdyż był zawalony jakimiś papierzyskami, których zakazano mi ruszać. Jednak wnętrze okazało się być wystarczająco pojemne, by z tyłu kanapie umieścić dwa basy i niewielkie combo na 12" głośniku. Zużycie paliwa - zgodnie z przewidywaniami - nie urzekło zbytnio, ale przestronność i relaksujący komfort jazdy były tego warte. Nawet zużyte przednie zawieszenie nie zmieniało faktu, że Pełzaczem jeździło mi się świetnie i oddawałem go ze sporym żalem.

Niestety, nie zrobiłem mu żadnego zdjęcia - mogę jedynie zapewnić, że wyglądał jak zwykły, pospolicie srebrny, nieco zmęczony Peugeot 406 sedan w przedlifingowej wersji.

Zdjęcie za to zrobiłem czterystaszóstce innego mego kolegi (i - w tym wypadku - również wieloletniego współgracza). Niestety, również srebrnej - za to kombi, po liftingu i z najpopularniejszym chyba w Polsce silniku, z jakim ten model występował, czyli niezłym dwulitrowym dieslem HDi.

Zimą na stalówkach - jeśli kiedyś wiosna w końcu przyjdzie, znów pojawią się aluski z letnim obuwiem

W ostatnią sobotę graliśmy z mym szantowo-folkowo-coverowym zespołem w czcigodnym grodzie Wołominie. Pojechaliśmy tam w dwa samochody - oba kombiaki, z czego jednym był właśnie inkryminowany Pełzacz. Właściciel (i lider zespołu), z którym się zabrałem, zostawiwszy uprzednio Madzię pod jego domem, znając mą mało alkoholową naturę a samemu mając ochotę wychylić podczas grania browarek lub trzy, przystał na mą propozycję, że poprowadzę w drodze powrotnej.

Tak też się stało.

Najpierw jednak należało się spakować - zarówno w jedną jak i w drugą stronę. Tu w sukurs przyszedł zacnej pojemności bagażnik sporego kombi. Co prawda nie jest on równie przepastny jak choćby w legendarnym "baleronie" czyli Mercedesie W124 czy nawet nieco mniejszej Skodzie Octavii, ale i tak jest nieźle. Moja paczka 1x15 i główka weszły akuracik, bez konieczności kładzenia tylnego oparcia. Na to zmieściło się jeszcze troszkę sprzętu, w tym jeden z mych basów, za to drugi oraz kolumny mające służyć za nagłośnienie musiały już pójść na kanapę, gdzie zmieściły się bez problemu, mimo obecności fotelika.

Tak, wiem. Zdjęcie z Otomoto. Ale to TEN egzemplarz.
W drogę powrotną zabraliśmy się w takiej samej konfiguracji, tyle, że ze mną za kierownicą.

Pamiętałem, jak wygodnie siedziało się w starszej 406 - tu nie było inaczej... dopóki nie oparłem się mocniej, co zaowocowało lekkim huśtnięciem do tyłu. Okazało się, ze oparcie jest nadłamane w środku, co ponoć wcale nie jest jednostkowym przypadkiem jeśli chodzi o ten model. Drugą niemiłą niespodzianką było straszliwie zaparowane wnętrze, co skutkowało brakiem jakiejkolwiek widoczności. Kwiatki wyrzeźbione przez wiosenny mrozik (przyjazne -10 czy -12, niech cholera weźmie taki marzec) miały prawo się pojawić, ale zamglone szyby były już nieco słabszą sprawą - tym bardziej, że zamontowanej w tym egzemplarzu klimatyzacji opornie szło usuwanie zaparowania.

W końcu było coś tam widać i ruszyliśmy. Od razu zauważyłem, że przy delikatnym operowaniu gazem samochód... nie jedzie. Szczególnie na pierwszych dwóch biegach. Przyzwyczajony do Madzi reagującej na jakikolwiek nacisk stopy na pedał gazu (nawet mimo, że jej 73-konny silniczek nie jest agregatem do wciskania w fotel i nagłych teleportacji) musiałem chwilę przywyknąć do tego, że aby przyspieszać, należy śmielej operować prawą stopą. Jednak po odpowiednio głębokim wduszeniu gazu dynamika okazywała się być nader satysfakcjonująca - solidny moment obrotowy dwulitrowego HDi bardzo żwawo ciągnął niezbyt lekkie auto do przodu. Generalnie - zupełnie inna charakterystyka, niż w przypadku silnika benzynowego, jednak przyzwyczaić można się łatwo. Nieco trudniej przywyknąć do dość gumowato działającego przeniesienia napędu - sprzęgło i dźwignia zmiany biegów nie grzeszą precyzją i bez przyzwyczajenia momentami nieco trudno orzec, czy bieg wszedł, czy nie. Na szczęście pamiętałem podobne doświadczenie ze wspomnianego wcześniej benzynowego sedana i posiadającego wiele wspólnych mechanizmów z 406 Citroena Xantii, którym też raz się przejechałem (i zapewne również o nim tu napiszę - szczególnie jeśli wypali plan porównania go z innym, bardzo ciekawym egzemplarzem... ale o tym póki co cicho sza) więc problemu nie było.

Po takiej oto spokojnej i niedługiej podróży dotarliśmy na miejsce, gdzie przepakowałem mój sprzęt do Madzi i ruszyłem, lekko odzwyczajony od jej żywszych reakcji na gaz, mniej relaksującego charakteru i przede wszystkim niższego komfortu.

Tak - egzemplarz już ma nowego właściciela
Wcześniej miałem okazję pogadać nie raz i nie dwa z posiadaczem owego Pełzacza na temat jego  radosnych doświadczeń z czterystaszóstką. Niestety - nie wszystkie są radosne... Przede wszystkim problemem jest głupiejąca elektronika. W tamtych latach wyroby koncernu PSA zaczęły być wyposażane w multipleksową instalację elektryczną i takową, wraz z komputerem BSI, otrzymał po lifcie Peugeot 406. I szybko elektronika zaczęła sprawiać kłopoty... Na porządku dziennym jest gasnące podświetlenie tablicy rozdzielczej, nie działające wyświetlacze itd. Wiele egzemplarzy ma też podobno problemy z szybko przepalającymi się żarówkami reflektorów. Ponoć pomaga... włączenie ich na 10 sekund przed włączeniem silnika. Tak czy inaczej - problemy z elektroniką stały się również udziałem mego kolegi. Na szczęście były to najpoważniejsze problemy z jego Peugeotem. Mechanicznie samochód okazał się być solidny. Szczególnie cieszy bezawaryjnie działający silnik - diesle HDi zasłużenie cieszą się dobrą opinią, szczególnie starsze wersje z prostszym, trwalszym osprzętem. Silnik ów do tego poza niezawodnością zapewnia niezłe osiągi i cieszące kieszeń zużycie paliwa na średnim poziomie ok. 6,5 litra na 100 km. Pochwalić można również zabezpieczenie antykorozyjne - ani w tym egzemplarzu ani w starszym sedanie rdza po prostu nie występowała.

Podsumowanie, czyli zady i walety:

Zadbanych Peugeotów 406 jest na rynku coraz mniej. Powiedzmy sobie szczerze - to francuskie samochody, czyli nie znoszą niefachowego serwisu. Ponadto kapryśna elektronika późniejszych egzemplarzy rzeczywiście może zniechęcać. Należy tez uważać na powszechne na naszym rynku zajeżdżone diesle - wyposażona we wtrysk common rail seria HDi, choć udana, jest jednak mniej trwała, niż praktycznie niezniszczalne silniki XUD, które zastąpiła (generalnie powiedzieć o jakimkolwiek współczesnym silniku, że jest mniej solidny niż XUD to tak, jak określić dowolny samochód osobowy jako mniej wytrzymały od czołgu). Tych drugich jednak już prawie nie ma na rynku - mimo ich niezwykłej trwałości kosmiczne przebiegi i zaniedbania eksploatacyjne zrobiły jednak swoje, zaś wciąż jeżdżących, zadbanych egzemplarzy właściciele po prostu się nie pozbywają. Bo i po co? HDi zaś, jak każdy nowoczesny diesel, jest wrażliwe na złej jakości paliwo i nieprawidłową obsługę. Rozwiązanie? Długo i wytrwale polować na dobrze utrzymany egzemplarz lub... zdecydować się na wersję benzynową. Też są dobre.

I warto pamiętać, że im sroższy wypas, tym bardziej schizofreniczna i złośliwa elektronika.

Plusy:

* wyśmienity komfort
* przestronne, przyjemnie wykończone wnętrze
* pojemny bagażnik (choć mógłby być nieco szerszy)
* oszczędne i dość dynamiczne silniki HDi, sensowne i niedrogie w obsłudze benzyny

Minusy:

* elektronika poliftingowych egzemplarzy - w najgorszych przypadkach może pod względem złośliwości równać się z poltergeistem
* dość delikatne zawieszenie
* na rynku przeważają słabo utrzymane egzemplarze (szczególnie w przypadku diesli), a zaniedbania mszczą się drogo

Co nim wozić:

To relaksujący, przyjazny w prowadzeniu samochód ze sporym bagażnikiem. Dla muzyka oczywiście lepsze będzie kombi, ale jeśli nie masz dużo sprzętu, sedan też będzie dobry. Do jego bagażnika (lub tylnego siedzenia) będzie pasować miękko, śpiewnie brzmiący fretless - np. któreś z bardziej klasycznie wygladających dzieł Nexusa - albo doskonale sprawdzająca się w jazzie Yamaha TRB. Do tego niewielki zestaw Edena lub SWR-a - i można jechać na sztukę ze składem grającym muzykę równie relaksującą i elegancką co to komfortowe auto.

À bientôt.

niedziela, 24 marca 2013

Bezczelna autopromocja: NARESZCIE

Po trzech latach (!) od pierwszego wejścia do studia.
Po niezliczonych przepychankach, poszukiwaniach wydawcy i rozczarowaniach.
Po przedłużającym się w nieskończoność, coraz bardziej męczącym oczekiwaniu...

W końcu jest.

Debiutancki krążek zespołu NIGHT RIDER - "Widzę Czuję Jestem".

Wydawnictwo MDM (to samo, którego nakładem ukazała się wcześniej płyta Night Rider Symphony), nr 0105.

Siódma (jeśli liczyć jedno koncertowe DVD to ósma, a jeżeli brać uwagę jedynie dostępne w "oficjalnym" obiegu wydawnictwa audio - szósta) płyta, w której tworzeniu brałem udział... i chyba najbardziej wyczekana.

Mam płytkę od wczoraj - w oficjalnym obiegu pojawi się jutro (czyli poniedziałek, 25.03.2013). Jest piękna. I piękne są na niej dźwięki. Troszkę więcej oficjalnych informacji w danym temacie pojawi się na dniach na naszej stronie. Zresztą już pewien czas temu narodził się klip promujący płytę - można obejrzeć go w moim pierwszym wpisie oraz na blogu mej Wybranki. Wkrótce ogłoszę jakiś mały, idiotyczny konkursik, w którym będzie można wygrać egzemplarzyk - jeśli ktoś lubi porządne rockowe granie z progresywnymi naleciałościami to zapraszam.

Najpierw jednak - na dniach - mała relacyjka ze śmignięcia zaprzyjaźnionym Peugeotem 406. Wszakże dawno niczym nie jeździłem...

Stej tjund.

poniedziałek, 18 marca 2013

Basowisko: Egzotyczny Majonez

I znów mnie tu długo nie było.

Powód - taki jak zawsze. Otóż posiadam coś, o czym wśród Nerdów z Piwnicy krążą mroczne legendy i podania, z gatunku takich, które zazwyczaj są przekazywane cichym, pełnym trwożnego szacunku głosem (jednak nie w tym przypadku, gdyż Nerdy komunikują się jedynie za pomocą ICQ i IRC-a; Gtalk jest dla lamerów). Czyli, skrótowo mówiąc, życie. Przytłoczon tymże zwyczajnie nie mam czasu na to, by destrukcyjnie wpłynąć na gospodarkę poprzez podrapanie się po mym z każdym dniem coraz bardziej geriatrycznym dupsku (o wpływ drapania się po wzmiankowanym elemencie rzeczywistości na makroekonomię pytajcie Wybrankę), a co dopiero na spłodzenie kilku idiotyzmów i wysłanie ich w cyberprzestrzeń. W tej chwili także przebywam chwilowo między jednym a drugim zapieprzem, więc będzie dość krótko.

Swego czasu wspominałem mą pierwszą Yamahę - model BBG5S. Było to nader zacne basiwo, zdecydowanie warte swej rozsądnej ceny. To, co je zastąpiło, było pozycjonowane o klasę wyżej a mimo to cena była jeszcze bardziej rozsądna... Pod warunkiem, że było się kupującym.

Gdy któregoś dnia zajrzałem do nieistniejącego już komisu muzycznego w al. JPII, oczy me popieścił wiszący tam akurat bardzo ładny basik pod postacią popularnego w naszym kraju (gdyż i w nim wytwarzanego) Mayonesa Be5. Instrumenty te bardzo mi się podówczas podobały (do tej pory uważam je za nader satysfakcjonujące estetycznie), choćby ze względu na znaczenie literki "e" w nazwie. Otóż oznacza ona "exotic", czyli pochodzenie ładnych drewien, z których instrumenty tej serii strugane są po dziś dzień. I choć zdobywana przeze mnie w późniejszych latach wiedza pokazuje raczej, że egzotyczne drewienka niekoniecznie nadają się na artefakt, którego funkcją ma być wydawanie dźwięków, ten egzemplarz (oraz Nexus, który zastąpił go po pewnym czasie) okazał się być nader trafionym nabytkiem. Gdyż owszem, kupiłem go. Za kwotę, która stanowi ok. 1/5 obecnej ceny nowego basu z tej serii.



Firma Mayones jest znana chyba każdemu polskiemu muzykowi. Jest to bodajże najsłynniejsza w naszym kraju manufaktura wytwarzająca gitary i ich lepszych braci, czyli basy. Ciekawe, w jakim stopniu na popularność wytworów tejże firmy ma wpływ ich godna uznania jakość, a w jakim - dość charakterystyczna nazwa. Ktoś kiedyś (oraz gdzieś) zauważył, że nazwać gitary "Mayones" to tak, jak nie trafić byka w dupę kontrabasem.

Ale nie o tym.

Będąc ciekaw, jakie niewystępujące na naszym kontynencie drzewka dokonały żywota aby ów instrument mógł powstać, zadzwoniłem do biura firmy Mayones i podałem numer seryjny znajdujący się z tyłu główki. Chciałem również upewnić się, czy nie mają zgłoszeń o skradzionych gitarach ich produkcji, gdyż cena była wręcz podejrzanie niska. Okazało się, że miewają takie zgłoszenia, ale na szczęście żadne nie dotyczyło Be5 o numerze 137. Również na podstawie tego numeru udzielono mi uprzejmej informacji, że głównym budulcem basu było amazaque (jak później się dowiedziałem - jest to odmiana ovangkolu), podstrunnica została wykonana z wenge (co zresztą widać od razu po bliższym przyjrzeniu się, gdyż jest to bardzo charakterystyczne drewienko), a gryf... przepraszam, zapomniałem. Gryf też był egzotyczny, do tego pięcioczęściowy. Co ciekawe, w tym egzemplarzu deska została polakierowana. Najwyraźniej lakier był dobry, gdyż wszystko razem brzmiało naprawdę miło i po sprawdzeniu organoleptycznym basiwo zostało zanabyte.


Po zakupie szybko przystąpiłem do intensywnej eksploatacji instrumentu. Rozpoczęła się ona całkiem nieźle - od nagrania demówki z zespołem Viridian, w którego szeregach spędziłem następnych kilka lat. Mayones na nagraniu sprawdził się bardzo przyzwoicie - bas było słychać wyraźnie, dobrze siedział w miksie i generalnie nie budził sprzeciwów u realizatora dźwięku, reszty zespołu ani słuchaczy. Brzmienie oczywiście odbiegało mocno od klasycznych przedstawicieli gatunku zwanego gitarą basową, czyli wszelkich fenderokształtnych - było dość nosowe, ze specyficznym środkowym pasmem i dość uwypukloną, nieco "oderwaną" górką - jednak całość zdawała egzamin. Basik szczególnie dobrze brzmiał przy mocniejszej grze palcami i kostką, fajnie odzywał się z kciuka, do  delikatnego grania oraz tappingu nadawał się za to nieco mniej.  Co ciekawe, Be5 to tak naprawdę... tańsza wersja Warwicka. Spójrzmy: te same drewna, identyczna elektronika elektronika (aktywne przystawki MEC i również aktywna dwupasmowa equalizacja tej samej firmy z możliwością przełączenia w tryb pasywny) , nawet mostek był warwickowski. Dlaczego zatem te same komponenty stosowane przez tego znanego niemieckiego producenta dają łącznie efekt, jakby bas był zrobiony z mielonego gównolitu, zaś germański wytwórca woła sobie za to dwa razy tyle co polski producent?...

Mayo służył mi dobrze przez jakieś dwa lata - w tym czasie zagrałem na nim sporo koncertów z czterema zespołami i nagrałem drugą demówkę, po czym, gdy okazało się, że znaleziony na Alledrogo Nexus może być mój, sprzedałem go bez straty... koledze z jednego ze składów (oprócz fletu poprzecznego i gitary bardzo sprawnie obsługującego w innym zespole również bas). I służy mu do dziś - kilka dni temu nagrał na nim większość linii na debiutancką płytę jego rockowego projektu.



Podsumowując, czyli zady i walety:

Powiedzmy sobie szczerze - Mayonesa z serii Be w takiej cenie, za jaką utrafiłem ten egzemplarz, po prostu nie znajdziecie. W takiej, za jaką sprzedałem koledze - też nie. Aktualnie przy odrobinie szczęścia można upolować za ok. 2000 zł. A bywają różne. Miałem w rękach kilka - ten był zdecydowanie najlepszy. Niektóre były niezłe, a dwa czy trzy brzmiały... penisowato. Czyli tak, jak niemiecki odpowiednik. Ale dobrą sztukę też można złapać. Z trudem, ale można. Po czym ją poznać? Podpowiem: te lakierowane są lepsze. Jeśli zatem lubisz nowoczesne, dość agresywne brzmienie - warto poszukać.

Plusy:

* specyficzne ale dobre brzmienie
* ładny kształt
* solidne wykonanie

Minusy:

* tradycjonalistów na pewno nie zadowoli
* trudno o naprawdę dobry egzemplarz
* nowe Mayonesy Be są zdecydowanie za drogie

Czym go wozić:

Kolega taszczy swojego Mayo w bagażniku niedrogiego, praktycznego, trwałego mechanicznie samochodu, którym jest Astra I kombi. I to w sumie idealny środek transportu dla tych instrumentów.

piątek, 1 marca 2013

Myślę sobie że...

...ta zima kiedyś musi minąć.

I chyba wkrótce minie. Mamy marzec, temperatura wzrosła do poziomu w którym gałki oczne przestają zamarzać, resztki śniegu zamieniają się dziarsko w błoto zaś na trawnikach (czyli o tej porze roku klepiskach) i chodnikach brązowieją wesoło przebiśniegi, podśmiardując i uśmiechając się lepko do podeszew.

A to oznacza, że niedługo zazieleni się, urośnie kilka... no, jakaś trawa urośnie zapewne. Nie wiem jak Wy, ale ja się na to cholernie cieszę.

Choć Madzia i na śniegu spisuje się dobrze. I nawet nieźle się z nim komponuje...


Tymczasem - jakoś tak na początku tego tygodnia - stuknęło jej 215 000 km.


Podejrzewam, że przy odpowiedniej trosce i w miarę pomyślnych wiatrach jest skłonna przejechać drugie tyle.

* * *

To tak tytułem tego (ale ładna aliteracja mi wyszła), że o Was nie zapomniałem.

Normalne (czyli - w przypadku tego bloga - z klasyczną normalnością nie widzące się nawet przez ścianę) wpisy już wkrótce.