Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Car Of The Year. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Car Of The Year. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 marca 2019

COTY na to?

Tak, wiem - kto późno przychodzi, ten leje jak z cebra. Jednak wicie, rozumicie - robota, życie, codzienność, 27 filmów o tym zrobiłem. A że mam swoje przemyślenia, myślę, że nawet z tak haniebnym poślizgiem mogę podzielić się nimi z tymi ok. dziewięcioma czytaczami, których one obchodzą.

Tak czy inaczej - ogłosili się po raz kolejny.

Już po raz 54. jurorzy europejscy jurorzy zdecydowali, który z nowych samochodów podoba im się najbardziej - lub też który powinien podobać się Generałowi Publicznemu. 

Dwa lata temu zżymałem się z powodu upadku znaczenia plebiscytu Car Of The Year. Wybrany podówczas Peugeot 3008, choć niewątpliwie jest niebrzydkim, przyjemnym sprzętem, nie wnosił nic nowego do świata motoryzacji - był po prostu kolejnym przedstawicielem najmodniejszego segmentu, jakim są nieduże crossovery. Zwycięzcy z kilku poprzednich lat zresztą też nie wnosili nic ciekawego. Rok później, czyli w 2018, wynik też nie był do końca satysfakcjonujący, choć statuetkę zgarnął samochód Najsłuszniejszej z Marek. Jasne - Volvo zasłużyło na ten tytuł już dawno temu, ale fakt, że tytuł po raz kolejny zgarnął SUV/crossover, pozostawiał odrobinę niesmaku.

Tym razem jednak było nieco inaczej - i to nie ze względu na zwycięzcę, który zresztą znów okazał się crossoverem, do tego, zgodnie z duchem czasu, elektrycznym.


Żeby nie było - Jaguar I-Pace jest całkiem ciekawym sprzętem. Owszem, mocno zawiewa od niego duchem czasu (wszak eko-elektryk w modnej formie SUV-a o sylwetce coupe), ale jest pierwszym od dawien dawna laureatem plebiscytu niebędącym generycznym, choć modnie ukształtowanym, anonimowozem dla korporobocików. I nie tylko dlatego, że z maszerującej równym krokiem armii korpożołnierzy na I-Pace'a stać byłoby jedynie korpogeneralicję. Jest... po prostu troszkę inny. Seryjny, stały napęd na 4 koła (akurat żadne osiągnięcie w przypadku elektrowozu), świetne osiągi, niezwykle charakterystyczna i - muszę to niechętnie przyznać - bardzo udana stylistyka... no i to Jaguar, z całą legendą otaczającą tę szlachetną (przynajmniej niegdyś) markę. Samo to jest też swego rodzaju plusikiem - zawsze cieszę się, gdy tytuł zdobywa samochód marki, która wcześniej jeszcze nie dostąpiła tego, khm, zaszczytu.

Jednak, jak już wspomniałem, to nie zwycięzca jest tu najciekawszy.

Zacznijmy od tego, że po raz pierwszy w historii COTY dwa samochody otrzymały taką samą ilość punktów i zdobywcę tytułu trzeba było wyłonić w dogrywce. I choć wybór padł na bardziej oczywistego, zgodnego z zeitgeistem kandydata, to właśnie ten, który stoczył z nim walkę i finalnie zajął drugie miejsce, jest tu najgrubszym strzałem.

Alpine A110.


Pierwszym i - jak do tej pory - ostatnim sportowym autem, które zdobyło tytuł Samochodu Roku, było Porsche 928. Był to rok 1978 i od tamtej pory tytuł zdobywały same "cywilne" osobówki. Dwukrotnie samochodom o sportowym, niezbyt praktycznym charakterze udało się zdobyć drugie miejsce - były to Mercedes R129 w 1990 roku i Toyota GT86/Subaru BRZ w 2013 - ale żaden nie zwyciężył.

W tym roku było blisko. NAPRAWDĘ blisko.

Tytuł Car Of The Year po raz pierwszy od 41 lat mógł zostać ukierunkowany na radość z jazdy samochód sportowy. I po raz pierwszy w historii całego plebiscytu tak bezkompromisowy - A110 to wszak stricte dwumiejscowe coupe z centralnie umieszczonym silnikiem. Przepięknie zaprojektowany sprzęt do szybkiego jeżdżenia, do tego we wspaniałym stylu przywracający do życia legendarną markę, mógł nosić teraz laury niegdyś naprawdę przyznawane najlepszym - albo przynajmniej najciekawszym.

Było tak blisko... Ale nie udało się.

Nie zmienia to jednak faktu, że zjawiskowe Alpine, zbudowane po to, by cieszyć wszystkie zmysły - zarówno podczas jazdy, jak i na postoju, gdy można godzinami delektować się jego stylistyką - otrzymało dokładnie tyle samo punktów, co elektryczny Jaguar, któremu w końcowym rozrachunku przypadło w udziale zwycięstwo. A to, jakby na to nie patrzeć, budzi pewną nadzieję.

Może jeszcze nie zabiliśmy do końca ducha motoryzacji?

poniedziałek, 6 marca 2017

No COTY?

No i ogłosili.

Po miesiącach testów, porównywania, zastanawiania się i mierzenia grubości kopert, Peugeot 3008 został oficjalnie mianowany Samochodem Roku 2017.


Łał. Ziewłem z ekscytacji.

Nie, żeby nowy, jeszcze modniejszy, jeszcze bardziej trendy 3008 był złym samochodem. Pewnie nie jest - nie wiem, nie jeździłem, nie znam się. Jedno, co mogę powiedzieć, to to, że jest ładny. Zgrabny, modny, nawet całkiem gustowny gadżecik. I to tyle.

W sumie wszystko się zgadza - wszak 3008 to, proszę państwa, KROSOŁWER, czyli taki pseudo-SUV do atakowania krawężników w rytmie miejskich beatów. Albo Beat, bo zapewne niejedna Beata skusi się na nowego Peżocika. Aczkolwiek sądzę, że targetem są tu raczej Nikole i Żakliny. Tak czy owak - 100% mody, 100% trendu, 100% rynkowego riserczu wspartego niestrudzonym marketingowym ciśnięciem w kolorowych magazynach i tiwi.


Z drugiej strony - jestem odrobinę zaskoczon. Wszak konkurencja była całkiem zacna: ekscytująca Alfa Giulia, wysmakowane Volvo S/V90 czy choćby inny crossover, czyli przekonująca dostępnością wersji z tak przecież cenionym hybrydowym napędem Toyota C-HR. Właśnie tę ostatnią obstawiałem jako najbardziej prawdopodobnego zwycięzcę - nie dość, że jest przedstawicielem ultramodnego segmentu (do tego w ultramodny sposób pozbawionym jakiejkolwiek widoczności do tyłu), nie dość, że jeżdżąc hybrydową wersją można z pełną jarmużu paszczą popiskiwać o swojej ekowrażliwości, to do tego wszystkiego target jest jeszcze jaśniej zdefiniowany, niż u Peugeota. Nawet sama nazwa mówi, kto najlepiej będzie się czuł wysiadając z nowej Toyotki na korpoparkingu. C-HR, czyli Cipy z HR-u.

A jednak to zgrabny Pełzacz sięgnął po tegoroczne laury - i to mimo tego, że koncern PSA ceniony jest obecnie przede wszystkim za całkiem udane diesle, a przecież ten rodzaj napędu jest aktualnie ble, fuj i weź mi tu nie wjeżdżaj tym smrodem w ogóle.

Po cichu liczyłem, że na najwyższym podium stanie Alfa, która byłaby pierwszą od 30 lat tylnonapędówką z tytułem Car Of The Year (ORZESZWMORDĘŻ, OMEGA MA JUŻ 3 DYCHY!!!1), lub Volvo, które byłoby pierwszym autem tej marki dostępującym tego - powiedzmy - zaszczytu (i które, swoją drogą, jest zwyczajnie zajebiste, nawet mimo dostępności jedynie 2-litrowych silników). Ale nie, to byłoby zbyt ciekawe. I chyba trochę niepoprawne politycznie.

No bo spójrzcie - w ostatnich latach triumfowały głównie samochody nijakie lub bardzo nijakie, dostępne zwykłym ludziom (no, wedle zachodnioeuropejskich standardów) lub przynajmniej mile widziane we flotach. Owszem, dopracowane, ale - poza virtue-signallingiem pod postacią Priusa (którego nota bene lubię), Ampery i Leafa - nie wnoszące totalnie nic nowego do tematu. Co gorsza, trend ten trwa już od niemal 20 lat. Ostatnim naprawdę zasługującym na ten tytuł samochodem (jeśli pominiemy trzy podane przeze mnie wyjątki, których wybór był jednak bardziej komunikatem, deklaracją niż czymkolwiek innym) był według mnie... pierwszy Focus. Tak - rdzewiejący obecnie po szrotach Ford był po pierwsze czymś zupełnie nowym, niemalże rewolucyjnym w segmencie kompaktów, po drugie zaś odświeżył oblicze marki. A był to 1999 rok. Dobra, tytuł COTY dla Yarisa I (2000) i Pandy II (2004) też miał jakiś sens, ale reszta? I nie, nie rzucajcie mi tu Alfą 147, która poza śliczną acz szybko starzejącą się stylistyką i dobrym dieslem 1.9 JTD była przedłużeniem stereotypu o makaroniarskiej wujni. Astra? Błagam. Insignia? Idźta mi z tym. 307? Niech płonie. 308? Ziew. Cała linia generycznych aut ze znaczkiem VW? Idę spać, a wy nie zapomnijcie o regularnych dolewkach oleju.

Tak właśnie wygląda obecny trend w kwestii czegoś, co było niedgyś ekscytującym plebiscytem. Do dziś pamiętam swoje rozczarowanie, gdy tytuł zdobył Fiat Tipo (którego obecnie bardzo lubię) i radość, gdy rok później tytuł przypadł Citroenowi XM. Starsi ode mnie mogą pamiętać, jak statuetkę zgarniały takie konstrukcje, jak Mercedes W116 czy Porsche 928. Samochodem roku był zarówno wesoły, bezpretensjonalny Fiat 127, jak i wymysł absolutnych świrów, jakim było NSU Ro80. Doceniono bezprecedensową uniwersalność Renault 16 i innowacyjność Citroenów GS i CX. Tak - właśnie takie auta były kiedyś nagradzane. Innowacyjne, wnoszące coś do świata motoryzacji, a przede wszystkim ciekawe. Jakieś.

A dziś?

Dziś możemy się jedynie cieszyć, że konkurs nadal istnieje, gdyż znaczy to, że motoryzacja nie została jeszcze zakazana i jest co nagradzać. A że zwycięzcy plebiscytu nikomu, kto lubi czasem powąchać benzynkę, nie podniosą tętna?

No cóż. Signum temporis. Kiedyś może zabraknąć i tego.