Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GSA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GSA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 lipca 2019

Eventualnie: Klasyczny Koneser

Czasem można dobrze się bawić nawet nie będąc oficjalnie czynnym uczestnikiem danego eventu. Tak też stało się w ostatnią niedzielę na imprezie o pięknej nazwie Klasyczny Koneser.

Jak sama nazwa wskazuje, evencik odbywał się na terenie dobrze znanego na Pradze Konesera i obejmował zlot zacnych klasyków i współorganizowany przez jak zawsze solidną ekipę Stada Baranów rajd. I właśnie na tenże rajd... nie udało mi się załapać. Powód był prosty - Obywatelka Pilotka, przytłoczona innymi obowiązkami, stwierdziła, że tym razem nie da rady mnie popilotować. Jak nie to trudno, co robić. Nie znaczyło to jednak, że zupełnie odpuszczę imprezę - wszak można po prostu się przejść, a przy okazji spróbować załapać się do jakiejś załogi.

Jak pomyślałem, tak też uczyniłem, i w niedzielne południe, zostawiwszy Młodzieża pod opiekuńczymi skrzydłami mieszkającej niedaleko Czcigodnej (która zresztą, po 2 tygodniach niewidzenia wnuka, z radością go powitała), udałem się na ul. Ząbkowską, gdzie na - jak to się teraz mawia - zrewitalizowanym terenie dawnej fabryki wódek impreza rozkręcała się już na dobre.














Gdy dotarłem na miejsce, trwała już odprawa.


Pierwsze załogi już szykowały się do startu.


Pozostało jedynie zakręcić się za jakąś gościnną załogą, która, przyjęłaby mnie w charakterze bagażu.

I udało się - znani z licznych rajdów Michał i Aga zgodzili się zabrać mnie na tylną kanapę swojego przepięknego Citroena GSA.


Pierwsza część rajdu prowadziła po starej Pradze.




Następnie itinerer wiódł na Kamionek i Grochów, gdzie - na przestrzeni ok. kilometra - robiło się gęsto od checkpointów.







Grochowski odcinek okazał się szczególnie ciekawy - okazało się, że Warszawa wciąż ma kilka słabiej zeksplorowanych miejsc. Choć, rzecz jasna, trafiały się i znane już widoki. 




Tuż przed metą pożegnałem się z Agą i Michałem i podążyłem do Czcigodnej celem dopełnienia obowiązków ojcowskich, oni zaś pocisnęli z powrotem do Konesera, gdzie odbywała się dalsza część eventu.


Rajd okazał się krótki i, rzekłbym, relaksujący - acz trudno dobrze ocenić jego trudność siedząc na tylnej, bardzo komfortowej kanapie i wspomagając załogę jeno czytaniem pytań i drobnymi podpowiedziami na punktach kontrolnych. Dość jednak rzec, że całą trasę udało się przejechać w niecałe dwie godziny.

Impreza jednakowoż nadal trwała, korzystając zatem z ładnej pogody postanowiłem podjąć kolejną próbę zainteresowania Młodzieża szlachetną zabytkową motoryzacją i ponownie podążyłem do Konesera - tym razem w towarzystwie mego spadkobiercy.

A tam czekała na nas masa blaszanego piękna.












Niestety - Młodzieża niezbyt zainteresowały przecudne graty. Na szczęście znalazło się jednak również coś dla niego - w jednej z alejek czekała masa atrakcji dla dzieciaków - malowanie fizjonomii, balony, wata cukrowa i teatrzyk.

Tymczasem na scenie, gdzie wcześniej odbyła się odprawa a później miały być ogłaszane wyniki, grała muzyka.


Uczestnicy natomiast powoli zbierali się do wymarszu.




Trochę szkoda, że Młodzież nadal nie złapał graciarskiego bakcyla. Ja sam w jego wieku byłem już niewąskim świrem, który wycierał nosem szyby wszystkich dość licznie podówczas gnijących Syrenek, zaś zardzewiały Garbus jawił mi się jako szczyt piękna.

Ale najważniejsze, że i on mógł tego dnia coś skonesować.


niedziela, 19 maja 2019

Eventualnie: Lemoniada na stulecie

Co tu się odelhaemia, znowu wpis dzień po dniu! No ale okazja była. Wieczorem chill u Volvo, a wcześniej...

Oj, wcześniej działo się jeszcze grubiej.

Jak moi czytacze zapewne wiedzą, jedną z mych absolutnie ulubionych marek (poza Volvem, rzecz jasna) jest Citroen. Ich ostatnie modele nie budzą może jakiegoś szczególnego mrowienia w rejonie mych lędźwi, ale to, co Francuzi odstawiali od połowy lat 30., to naprawdę gruby temat. Najpierw pojawił się słynny Traction Avant, łączący przedni napęd z samonośną konstrukcją, później, już po śmierci założyciela marki, opracowano pierwsze prototypy 2CV, której produkcja ruszyła zaraz po wojnie, zaś w 1955 roku świat zaliczył srogi opad szczeny gdy na paryskim salonie zaprezentowano rewolucyjny model DS. Ale historia marki zaczęła się wcześniej - konkretnie zaś... 100 lat temu.

Tak - Citroen obchodzi właśnie setkę. I z tej okazji urządził bardzo piękny evencik.

A co ciekawe, dziewięćdziesiątkę też obchodził. I też tam wtedy byłem.


10 lat temu piękne zabytkowe (i nie tylko) Cytryny przybyły na Nowy Świat, gdzie została ustawiona rampa. Kolejne żelaza wjeżdżały na nią, właściciele opowiadali kilka słów o swych rydwanach a potem podjeżdżały kolejne. Klimat był sympatyczny, a sprzęty - wspaniałe. A zdjęcia zachowały się do dziś.





Przez ten czas mój stosunek do starych Citroenów nie uległ zmianie - może, co najwyżej, przestałem kibicować firmie w kwestii nowych produktów (bo i za bardzo nie ma czemu) oraz stwierdziłem, że lepiej będzie, jeśli niektóre z moich marzeń (takie, jak choćby XM) nie wyjdą poza tę sferę. Jednak zarówno Dwacefałka (z pochodnymi) jak i DS nadal znajdują się na szczycie mojej prywatnej automobilistycznej hierarchii. A tych na obchody stulecia przyjechało co niemiara.

FRANCUZKI SZMELC, JUŻ SIE ZEPSÓŁ, HEHEHEHEHEEEE
 Oczywiście nie tylko Dwacefałki i DS-y przybyły na zlot - nie brakowało choćby starszych tematów.


Oczywiście godnie reprezentowany był legendarny Traction Avant, jako ten, od którego rozpoczęła się legenda Citroena jako producenta samochodów awangardowych i wyprzedzających trendy lub idących im pod prąd.


Jednak to właśnie DS i 2CV rządziły na zlocie.









Oczywiście nie zabrakło też klasyków nieco młodszych - BX-y, CX-y czy niedoceniona (niesłusznie!) seria GS/GSA również miała swą zacną reprezentację. Obok siebie stali dziadkowie i wnuczkowie, czyli DS-y i XM-y. Były fastbacki, hatchbacki i kombiaki, był furgonik (Acadiane) i sedanik (pocieszny Ami 6 z ujemnym kątem pochylenia tylnej szyby). I przede wszystkim masa piękna. I klimatu.























Nie zabrakło również znajomych - zarówno zwiedzających, jak i czynnie uczestniczących (choćby mój imiennik i jego piękny CX Break, którego nie złapałem na żadnym zdjęciu, PRZEPRASZAM). Wisienką na torcie był natomiast wóz strażacki z szewronami na grillu - konkretnie ostatnia chyba ciężarówka Citroena, czyli równie charakterystyczny co ówczesne osobówki tej marki Belphegor.


Zabrakło w zasadzie tylko jednego: komfortowych warunków. Pogoda co prawda dopisała, jednak wcześniej - w nocy i rano - lało przeokrutnie. W efekcie trawiasty placyk na tyłach położonego koło Łazienek Ermitażu zmienił się niemalże w błotniste bajoro. Po niedługim czasie chodzenia wśród ślinotocznych piękności moje buty przemokły na wylot, zaś spodnie były ubłocone niemalże do kolan. Spowodowało to konieczność w miarę sprawnego powrotu do domu celem przebiórki, droga  natomiast zajęła mi tyle, że nie miałem szans wyrobić się z powrotem na start citroenowej parady.

A następna dopiero za 100 lat.

Zastanawiające jest natomiast to, że jeden z najciekawszych, najbardziej fascynujących modeli -  zjawiskowy SM - nie pojawił się na imprezie. Stał za to kilkanaście metrów dalej, zaparkowany spokojnie przy Myśliwieckiej. Może nie chciał ubrudzić opon?


A jak komuś mało - jest film. Zapraszam.