Od pierwszego wpisu z cyklu "Gęba i paluchy" minęło już trochę czasu, dlatego stwierdziłem, że wypadałoby uskutecznić drugi. Oto i on.
Gdy po raz pierwszy usłyszałem najbardziej chyba znany hicior niejakiego Iana Dury'ego i jego zespołu Blockheads, długo musiałem szukać szczęki pod łóżkiem. Nie dość, że kawałek sam w sobie jest świetny (i do tego opatrzony cudownie absurdalnym tekstem), to jeszcze linia basu bezlitośnie gniecie mosznę czystym koncentratem zajebistości. To, co wymyślił a następnie zagrał obsługujący tu basetlę niejaki Norman Watt-Roy (swoją drogą, człowiek, który mógłby spokojnie bez charakteryzacji grać Igora we wszystkich opowiastkach o Frankensteinie) znajduje się po prostu poza skalą. Owszem, słychać zdecydowaną inspirację Jaco Pastoriusem, do której Watt-Roy przyznaje się zresztą bez bicia w wywiadach, ale jest to grane na progówce (na fretlessie to już by było za dużo, świat prawdopodobnie przestałby istnieć) a ponadto - a w zasadzie a) przede wszystkim, b) na szczęście - nie jest to jazz. A numer w oryginale brzmi sobie tak:
Długo siedziałem nad tym numerem. Bardzo, bardzo długo. I nadal nie potrafię zagrać go z taką płynnością i swobodą, z jaką robi to Norman Watt-Roy i kilku znanych youtube'owych basowych wymiataczy. Jednak... coś mi tam, powiedzmy, wychodzi. Dlatego też, biorąc pod uwagę, że może to być jedna z ostatnich okazji do nagrania czegoś na Jazzie (gdyż, niestety, jest on sobie na sprzedaż, polecam, #JEDYNYTAKIDLAKONESERAZOBACZ), wziąłem go w łapy, podpiąłem pod moje małe, domowe pierdzipudełko i... gniazdo wpadło do środka. Po rozkręceniu comba poczyniłem próbę nagrania, które okazało się być torturą dla oka i błędnika (służąca za kamerę lustrzanka złapała ostrość gdzieś w okolicach Sochaczewa). Dlatego też podjąłem drugą próbę, która rozpoczęła się od wpadnięcia dopiero co wydobytego i dokręconego gniazda jack do środka piecyka, który trzeba było w związku z powyższym rozkręcić ponownie, raz jeszcze wydłubać gniazdo, przytwierdzić je tym razem z użyciem taśmy klejącej i skręcić raz jeszcze. W końcu, po kilku walnięciach głową o ścianę i bogatym zestawie gróźb karalnych pod adresem właścicieli oraz inżynierów z firmy Line 6, udało się zarejestrować moją wersję "Rhythm Stick". Mam nadzieję, że opisana pokrótce droga przez mękę, która poprzedziła nagranie, usprawiedliwi pewną nerwowość wykonu.
Yndżoj.
Tak, ten numer NAPRAWDĘ potrafi boleć. Ale jest tego wart.