To był smutny tydzień. W czwartek Kosiarz osobiście (OSOBIŚCIE) pofatygował się po Terry'ego Pratchetta, zabierając nam jeden z najcenniejszych mózgów jakie funkcjonowały w naszym uniwersum, dziś natomiast po kilkuletnich zmaganiach ze stwardnieniem zanikowym bocznym wymeldował się Mike Porcaro, znany głównie jako basista Toto. Obaj panowie zbyt krótko zaszczycali planetę Ziemię swą obecnością (Sir Terry przeżył jedynie 66 lat, zaś Mike Porcaro nie dożył nawet sześćdziesiątki, do której zabrakło mu dwóch miesięcy). Ale dobrze, że na niej byli. Choć wielu z nas wolałoby, aby zostali jednak dłużej.
Wróćmy jednak na nasze podwórko.
Pod koniec ostatniego lata miałem okazję zrobić małą traskę przedstawicielem segmentu, z którym nie miałem wcześniej styczności jako kierowca - noszącym dostawcze geny 9-osobowym Oplem Vivaro. Okazał się jeździdłem zaskakująco łatwym i przyjaznym w prowadzeniu - ot, osobówka, tylko szersza i sporo wyższa. Przyzwyczajanie się do wymiarów i nieco innego spojrzenia na drogę zajęło może z 5 minut. Tym bardziej ciekaw byłem, ile zajmie mi ogarnięcie sporej, dużo bardziej typowo roboczej kobyły, jaką jest Mercedes Sprinter pierwszej generacji.
I dziś wreszcie miałem okazję.
Poprzednik Sprintera - Mercedes T1, zwany Kaczką ze względu na swój charakterystyczny dziób - od paru lat jest gatunkiem ginącym. Owszem, widuje się jeszcze gdzieniegdzie jeżdżące egzemplarze, ale większość została już dawno zakatowana bezlitośnie przez ekipy budowlane i rolników wożących ziemniaki i cebulę na targ. Zresztą była to konstrukcja bardzo ceniona ze względu na swą solidność oraz ułatwiającą naprawy prostotę konstrukcji. Niestety, Sprinter, który zajął miejsce Kaczki, mimo początkowego zachłyśnięcia się ogromnym skokiem w kwestii komfortu pracy kierowcy, aż takiej renomy nie zdobył. Powód? Rdza. Sprintery pierwszej generacji są potwornie wręcz chrupane. Był to zresztą problem wszystkich Mercedesów zaprezentowanych w latach 90. Powtarzający od lat, że bez gwiazdy nie ma jazdy hodowcy wąsów i miłośnicy sweterków z kolekcji Kononowicz Stajl ze łzami w oczach patrzyli, jak ruda bestia pałaszuje ich wymarzone Okulary W210, zaś odgłos rdzawych ząbków wbijających się w porażające beznadzieją Vito budził nocami zrozpaczonych właścicieli. Pierwszy Sprinter nie był wiele lepszy. Tak naprawdę w ogóle nie był lepszy. Natomiast lepsze - w każdym razie od ówczesnej konkurencji - było miejsce pracy kierowcy.
Dziś może nie robi to już wrażenia (a jeśli robi, to raczej słabe), ale w 1994 tak wykończona kabina dostawczaka to było coś. Brak gołej blachy, całkiem wygodne siedzenia w klasycznym dla tej klasy 3-osobowym układzie, sporo umilających jazdę opcji wyposażenia - to wszystko wpłynęło przynajmniej w jakimś stopniu na to, że Sprinter zdobył tytuł Van of the Year 1995. Podejrzewam, że jurorzy mieli frajdę z patrzenia na klasyczne, typowo mercedesowskie wskaźniki na tablicy rozdzielczej.
Inna rzecz, że trzeba na nie patrzeć z wysoka.
Pozycja za kierownicą Sprintera jest niemalże "ciężarowa". Kierownica jest umieszczona pod dużym skosem, przez co ręce przy skręcaniu chodzą nie "góra-dół", jak w osobówce (tak, to spore uproszczenie), tylko raczej "przód-tył". Mimo tego można się łatwo przyzwyczaić, tak samo, jak do ciężko chodzących pedałów czy długiej, mocno drżącej dźwigni zmiany biegów, wyglądającej do tego niczym organ dużych rozmiarów zwierzęcia. Trzeba przyznać, że budzi to pewien dyskomfort psychiczny - masz łapać za plastikowy odlew znajdującego się w pełnym wyprężu słoniowego wawrzona i majdrować nim. Najgorsze jest zaś, że wzmiankowany penisoidalny drąg na niskich obrotach wibruje z wyraźnym entuzjazmem. Musiałem powtarzać sobie w myślach, że jest to jeno kawał tworzywa. A i tak po kilkunastominutowej przejażdżce czym prędzej pobiegłem umyć ręce.
Nie musiałem za to obmywać czoła, gdyż sprawnie działające wspomaganie o dobrze dobranej sile oraz typowa dla Mercedesów zwrotność sprawiły, że manewrowanie nie wyciska z kierowcy potów - ani siódmych, ani nawet trzecich. Do tego świetne, ogromne lusterka bezbłędnie pokazuje, gdzie kończy się kolubryna. Dzięki temu dla w miarę wprawnego kierowcy manewrowanie na żyletki nie powinno być szczególnym problemem, samo cofanie zaś jest czynnością lekką, łatwą i przyjemną.
Lekko, łatwo ani przyjemnie nie jest za to silnikowi. Wolnossący diesel o pojemności 2,3 l generuje skromne 79 KM. Wprawianie w ruch pojazdu o masie i powierzchni czołowej domku letniskowego jest dla niego ciężkim zadaniem. Przyspieszenie poza króciutkim pierwszym biegiem liczone jest w erach geologicznych - Sprinter z podstawowym silnikiem, wystartowawszy w prekambrze powinien osiągnąć ok. 100 km/h mniej więcej w tym roku. Tyle, że rozpędzanie go do takiej prędkości mija się z celem - pracujący blisko kresu sił diesel żłopie podówczas absurdalne dość ilości paliwa. Optymalną prędkością przelotową podwyższonego Sprintera 208D jest ok. 90 km/h.
Pewnie również ze względu na słabowity silnik ładowność tej wersji ograniczono do 900 kg - a szkoda, gdyż ogromna przestrzeń ładunkowa bez problemu przyjęłaby towar sporo cięższy. Inna rzecz, że oprócz silnika, który mógłby odmówić podówczas podjechania pod łagodne nawet wzniesienie, zaprotestować mogłyby też resory - a wątpię, czy powstawała wersja na polskie warunki, gdzie do furgonu o ładowności niecałej tony Cytryn z Gumiakiem wrzucają półtorej.
Mimo kilku wad, Sprinterem jeździ się zaskakująco przyjaźnie. Po paru kilometrach za jego kierownicą doszedłem do wniosku, że mógłbym bez większego bólu jeździć czymś takim zarobkowo. Tyle, że gdy wsiadłem do Madzi i ruszyłem do domu, zdała mi się niesamowicie szybka. I zaskakująco wygodna. Tylko przez kilka chwil miałem wrażenie szorowania zadem po asfalcie.
Mimo kilku wad, Sprinterem jeździ się zaskakująco przyjaźnie. Po paru kilometrach za jego kierownicą doszedłem do wniosku, że mógłbym bez większego bólu jeździć czymś takim zarobkowo. Tyle, że gdy wsiadłem do Madzi i ruszyłem do domu, zdała mi się niesamowicie szybka. I zaskakująco wygodna. Tylko przez kilka chwil miałem wrażenie szorowania zadem po asfalcie.
Podsumowanie, czyli zady i walety:
Przyznaję bez bicia - w temacie dostawczaków jestem całkowitym lajkonikiem, a wręcz dylematem. Czy jakoś tak. Mimo to udało mi się oswoić Sprintera - a to dzięki temu, że oswaja się go łatwo. Trzeba pamiętać o rozmiarach oraz nędzy w kwestii dostępnej mocy, odpowiednio używać lusterek, przy ciasnych skrętach brać poprawkę na spory rozstaw osi - i to w zasadzie wszystko. Mercedes Sprinter pierwszej generacji jest łatwym i przyjaznym w użyciu narzędziem pracy - a do tego pod względem mechanicznym to kawał przyzwoitego żelaza. Żeby jeszcze nie ta rdza...
Plusy:
* łatwość opanowania przez kierowcę bez doświadczenia w prowadzeniu takich aut
* mechaniczna solidność
* wygodna kabina
* widoczność
* zwrotność
Minusy:
* rdza
* słaby silnik
* niezbyt wygodna pozycja za kierownicą
* dźwignia zmiany biegów może przerażać ludzi o chorej wyobraźni
Co nim wozić:
Calutki sprzęt. Wejdzie spokojnie. Inna rzecz, że jeśli zespół liczy więcej niż 3 osoby i nie wozi ze sobą własnych, ogromnych przodów i konsolety, lepszym wyborem będzie Sprinter z dwoma rzędami siedzeń. A jeśli jesteście triem - wystarczy wersja krótka, z niskim dachem, która do tego mniej spali.
Tylko szukajcie mocniejszej wersji z silnikiem OM 602. No chyba, że możecie na podróż przeznaczyć cały dzień.
Tylko szukajcie mocniejszej wersji z silnikiem OM 602. No chyba, że możecie na podróż przeznaczyć cały dzień.