Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pojebało mnie do szczętu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pojebało mnie do szczętu. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 września 2018

Nowy długodystans: DAFuq is this?

No i stało się.

Kupiłem grata.

W zeszłym miesiącu pojawił się pewien finans. Był on jak najbardziej planowany, większość zeń miała być (i nadal jest) przeznaczona na spłatę pewnych zobowiązań, jednak pewną jego część postanowiłem spożytkować na spełnienie jakiegoś marzenia. Konkretnie zaś na zakup jeździdła, które dotrzymałoby towarzystwa Skanssenowi i zdjęło z niego część obowiązków - czy to w kwestii dojazdów do pracy (w którym to przypadku priorytetową kwestią byłoby zużycie paliwa), czy też, jeśli udałoby się znaleźć coś rocznikowo odpowiedniego, w temacie rajdów, umożliwiając udziały w nawigacyjno-turystycznej okręgówce. I nie kryję, że patrzyłem głównie na sprzęty z mego niedawnego toptena. Rzecz jasna te tańsze.

Głównym obiektem moich zainteresowań była Mazda 121 zwana Jajeczkiem lub Kapeluszem (w Japonii zaś znana jako Autozam Revue). Nawet znalazłem jeden egzemplarz i byłem bardzo, ale to naprawdę bardzo bliski zakupu. Zaistniały jednak trzy okoliczności, które sprawiły, że to nie mały, japoński sedanik stał się towarzyszem Skanssena.

Po pierwsze - finans, o którym wspomniałem, kazał czekać na siebie troszkę dłużej, niż z początku zakładałem, zaś właściciel Mazdy właśnie wybywał za granicę. Po drugie - pewien dobry znajomy zgłosił potrzebę wspartą... dorzuceniem do finansu. Otóż, jako człek szkolący się właśnie na pilota powietrznych statków pasażerskich, będzie musiał zaliczyć pewną ilość przestworzogodzin, co z kolei skutkuje koniecznością przemieszczania się między miejscem pobytu a wskazanym lotniskiem. A tak się składa, że obywatel ów mieszka na stałe na ziemi synów Albionu, zaś szkolenie odbywa tu - w naszej pięknej krainie miodem z ucha Prezesa i mlekiem posłanki Krysi P. płynącej. Zrodziło to konieczność pozyskania transportu. Rozważane były różne opcje, w tym wynajem. Koszta tegoż byłyby jednak tak wysokie, że za podobną kwotę można by było zakupić zupełnie sensowne używane toczydło, zaś, z uwagi na pobyt stały w kraju znanym z miasta, którego nie ma (Lądek Zdrój jest), obywatel ów nie miał zamiaru bawić się w jakiekolwiek zakupy własne. Dlatego też postanowił zaoferować swym pozostającym w ojczyźnie krajanom piniendze za pożyczenie samochodu. Jakiegokolwiek.

Hmmm... takie piniendze można by było dorzucić do zakupu grata, którym potem przez pewien czas pojeździłby znajomek.

I w tym momencie zaistniała okoliczność nr 3. Kol. Bubu ze Stada Baranów wystawił na sprzedaż swojego ukochanego sprzęta, którym jeździł przez ostatnie 8 lat. I tak się złożyło, że sprzęt również znalazł się w owym toptenie.

Szybkie spotkanie, przejażdżka, krótka (i - mam nadzieję - nieprzekraczająca granic przyzwoitości) negocjacja cenowa i decyzja zapadła. Bierzemy DAF-a Volvo 340. Trzydrzwiowe. Na żółtych.

Z Variomatikiem.


Pierwsza przejażdżka czarną trzystaczterdziestką nie do końca mnie do niej przekonała - wciąż miałem w pamięci niesamowicie żwawe 360 w sedanie, którym zrobiłem krótką rundkę na mecie Rembertowskiego. To właśnie ono sprawiło, że tak naprawdę zapragnąłem trzysety. Tu zaś pod maską siedzi bazowe 1.4, do tego sprzężone z tą słynną bezstopniową skrzynią, która co prawda ułatwia eksploatację w mieście, jednak jej wpływ na osiągi jest... no, taki, jaki jest. Jednak już drugi raz za kierownicą czarnego hatchbacka sprawił... że po prostu się zakochałem.

Obywatelka Pilotka zresztą też.


Zacznijmy od tego, że Volvo 340 w 3-drzwiowej wersji jest po prostu ładne. Nie jest to jednak typ urody, który rzuca na kolana i każe wgryzać się w podłoże w niemym zachwycie - inna rzecz, że nie jestem targetem takich wyrobów (no, może poza DS-em, oczywiście tym prawdziwym, nie tą smętną abominacją, którą Francuzi próbują aktualnie wciskać naiwnym). Zamiast onieśmielać i zachwycać, mały Volviacz budzi sympatię. Pocieszna sylwetka z krótkim kuperkiem kupuje mnie natychmiastowo. Jak zauważyła nie bez racji Obywatelka Pilotka, wygląda troszkę jak owoc romansu Skanssena z Krokodylem. Nie przeszkadza tu nawet pozornie ponury kolor, który okazuje się bardzo dobrze pasować do kanciastego jeździdła. Swoją drogą - nie jestem pewien, czy to czarny metalik, czy bardzo ciemny grafit. Percepcja zależy w tym przypadku głównie od oświetlenia.

Wnętrze, na pierwszy rzut oka równie niepozorne, co tzw. aparycja też szybko przekonało nas do siebie.


Jak się okazuje, jest tu całkiem sporo miejsca. Nie ma większego problemu ze znalezieniem wygodnej pozycji. Wszystkie instrumenta pokładowe są pod ręką a materiały okazują się - jak na tę klasę i rocznik auta - zupełnie niezłe. Obicie foteli mogłoby być nieco mniej gąbczaste, ale poza tym trudno mi się do czegoś naprawdę przyczepić.

A nie. Są dwie takie rzeczy.

Pierwszej przez pierwsze dwa dni nawet nie zauważyłem, jednak w końcu udało mi się dojść do tego, co może tu nieco przeszkadzać. Otóż kierownica jest przesunięta odrobinę w prawo w stosunku do osi fotela. Nie jest to ogromny odchył, jednak po paru dłuższych chwilach za kółkiem może to zacząć odrobinę drażnić.

Druga tyczy się tylnej kanapy - i nie, nie chodzi o brak miejsca, gdyż tego jest tam zaskakująco dużo. Brakuje za to czegoś innego: pasów. Tak, w Volvo. Szwedzi zapewne nie dopuściliby do takiego niedopatrzenia, jednak Holendrzy być może mieli wtedy inne podejście. Na szczęście pasy da się łatwo i bezinwazyjnie zamontować - są punkty mocowania. Jak najbardziej jest to w planach, dzięki czemu już niedługo będzie możliwe zamontowanie fotelika, zresztą holenderskiej marki.

Na szczęście nie znalazłem więcej powodów do narzekań - a będąc profesjonalną marudą i jęczybułą jestem świetny w wynajdywaniu pretekstów do krytyki. Przestrzeń z tyłu robi jeszcze większe wrażenie, niż z przodu (przynajmniej w zestawieniu z oczekiwaniami), dostęp do drugiego rzędu okazuje się zaskakująco łatwy dzięki sprytnie pochylanym oparciom (trochę jak w dwudrzwiowych Oldsmobile'ach) zaś widoczność jest po prostu rewelacyjna.

No i bagażnik. Serio - tu też nie jest źle.


Jak widać na załączonym obrazku, bas w usztywnianym pokrowcu wchodzi, i to bez większych problemów. Nie ma również kłopotów z jego wyjęciem. Co prawda krawędź załadunku znajduje się dość wysoko, ale pragnę przypomnieć, że mamy tu do czynienia z konstrukcją z lat siedemdziesiątych.

Niestety, pociąga to za sobą również wady - takie, jak choćby brak dzielonej tylnej kanapy. Takie jednak były podówczas standardy. Na szczęście bas (a nawet ze 3) da się tu wozić bez bólu, a do poważniejszych zadań mam wszak Skanssena.


Pozostaje jeszcze kwestia tego, jak ten wynalazek jeździ.

Otóż... lepiej, niż z początku się spodziewałem.

Tak - charakterystyka działania Variomatica wymaga pewnego przyzwyczajenia. Szczególnie to, że silnik - antyczny, 68-konny Cleon-Fonte 1.4, identyczny jak choćby w Renault 9 - utrzymywany jest stale na wysokich obrotach. Sprawia to, że prędkości powyżej 100-110 km/h są... no, powiedzmy, że nieszczególnie zalecane na dłuższą metę. Silnik wyje wtedy w sposób budzący obawy co do jego dalszej kariery. Jednak przyspieszenie okazuje się lepsze, niż to się czuje. Wystarczy zameldować but w podłodze, a ten niepozorny potomek upalonego Holendra i kanciastej Szwedki zupełnie żwawo ciśnie do przodu. Co prawda przy samym starcie czuć pewne ociąganie, ale potem, tak do 80 km/h, przyspieszenie jest zupełnie przyzwoite. Wszystkiemu towarzyszy gwizd pasów znajdującej się przy dyferencjale przekładni. Gdyż albowiem tak - to jest transaxle. Jak Porsche 928.

Zawieszenie pracuje dość... dziwnie. Jest jednocześnie twarde i miękkie - ale odwrotnie, niż by się chciało, czyli dość sztywne na wybojach a nieco zbyt chybotliwe w zakrętach. Jednak mimo przechyłów samochód nieźle trzyma się drogi. Pewną niepewność wprowadza również niewspomagany układ kierowniczy z bardzo silnym powrotem do centralnego położenia, ale i do tego da się przyzwyczaić.

Skoro jesteśmy przy zawieszeniu - warto tu wspomnieć o jego nietypowej konstrukcji, przynajmniej z tyłu. Otóż mamy tam tzw. oś de Dion, czyli przedziwną kombinację zawieszenia zależnego z niezależnym. Dyferencjał zamocowany jest na sztywno, zaś półosie nie są uwięzione w jednolitej (no, powiedzmy) obudowie, jak to ma miejsce w przypadku sztywnego mostu, jednak koła połączone są metalową rurą. Wszystko to w serii 300 zawieszone jest... na resorach piórowych.

Transaxle, bezstopniowa skrzynia wykorzystująca pasy i oś de Dion na resorach. Głupiej się nie da.

I jest to kolejny powód, by polubić ten pocieszny sprzęt skonstruowany przez lubujących się w tetrahydrokanabinolu Holendrów.

Szkoda tylko, że już niedługo przyjdzie mi rozstać się na 2-3 miesiące z tym przesympatycznym jeździdłem. Na szczęście będzie w dobrych rękach. Znajomy, który pobiera go w zamiar za walor finansowy, umie w graty - sam jeździł niegdyś Beczką i Citroenem C15. Po powrocie trzeba będzie schować go (Volviątko, nie znajomego) do garażu na przytulne zimowanie, a na wiosnę... na wiosnę startuje kolejny sezon. I okręgówka. Tym razem już nie będzie latania w Openie.

Będą punkciory.


Podsumowanie, czyli zady i walety:

Ostatnia skonstruowana de facto przez DAF-a osobówka to nieco niedoceniony model. Jasne, rozumiem - silniki Renault (z wyjątkiem stosowanej w 360 dwulitrówki), holenderskie pochodzenie i masa dziwacznych rozwiązań sprawiają, że "tru" fani Volvo nie za bardzo uznają trzysetkę za "prawdziwego" przedstawiciela marki. Ja jednak nie zgadzam się z tą oceną. To przede wszystkim przesympatyczne jeździdło, w którym uśmiech nie schodzi z paszczy - przynajmniej wariatom. Takim, jak ja. A że to konstrukcyjnie w dużej mierze DAF, szczególnie z Variomatikiem? Stąd właśnie imię wymyślone przez Obywatelkę Pilotkę: DAFuq.

Tudzież Fajtłap. Też pasuje. Tak samo, jak Fajtłap vel DAFuq i Skanssen pasują do siebie.


Plusy:
  • zupełnie przyzwoity komfort (mimo dość dziwnej pracy zawieszenia)
  • zaskakująco duża przestronność, szczególnie z tyłu
  • świetna widoczność
  • niezły bagażnik
  • dziwaczność sprawiająca, że jeszcze lepiej pełni rolę jaktajmera
  • charakter i fajność ogólna
  • rocznikowa przydatność na turystycznych okręgówkach

Minusy:
  • brak pasów z tyłu (na szczęście da się nieinwazyjnie zamontować, punkty są)
  • przeciętna dynamika
  • kierownica przesunięta lekko w prawo w stosunku do fotela kierowcy
  • okrutnie wysokie obroty przy prędkościach 90+
  • potencjalne kłopoty serwisowe

Co nim wozić:

To, że Fajtłap vel DAFuq nadaje się do transportu basiw, jest dodatkowym plusem, który wcale nie musi być oczywisty w przypadku sezonowego klasyka. Zmieści się w nim każdy "zwykły" bas o standardowej menzurze. Ja jednak najchętniej widziałbym w nim... obrzyna. Zarówno Hohnera, jak i... ale o tym innym razem.

Tymczasem zapraszam na filmik, do którego zapomniałem się uczesać. Trudno.


wtorek, 7 lipca 2015

Czas zmian, cz. 2: decyzja

"Proszę, powiedz mi, że jestem j*bnięty i mam się nie wygłupiać".

Tak brzmiała moja wiadomość do pewnego znajomego, Człowieka Znanego z Tego, Że Się Zna. A zna się naprawdę dobrze więc na jego opinii można polegać. Do wiadomości dołączony był link do pewnego ogłoszenia na jednym z portali typu "kupię-sprzedam-zainkasuję kwotę".

"Czekaj" - odpisał.

Zaczekałem zatem, jednocześnie śliniąc się do zdjęcia w ogłoszeniu. Zdjęcie owo przedstawiało nieśmiertelny wzorzec metra w kategorii kombi, jeden z najłatwiej rozpoznawalnych kształtów ostatnich 30 lat. Niestety, przeoczyłem jeden szkopuł - ogłoszenie było dość stare. I jeszcze bardziej nieaktualne.

Aktualne za to okazało się inne, znalezione przez wzmiankowanego kolegę, który kilkanaście minut później podrzucił mi zdjęcie samochodu, którego dotyczyło. Nie znajdowało się ono na żadnym z portali handlarskich, tylko na Fejsie. Tak, jak Madzia przez pierwszy miesiąc. Czy dwa. Dlatego też nie znalazłem go wcześniej, szukając po wszelakich Otomotach i Oeliksach.

Nie był to ten model, który znalazłem w ogłoszeniu, ale blisko. Bardzo. Nieco młodszy, mocno spokrewniony, przez wielu mylony ze swym ikonicznym już poprzednikiem. I to za Cenę. Którą Mogłem. Co więcej, kolega w zamian za pewien produkt spożywczy obiecał onże wehikuł obejrzeć, jako, że miał niedaleko. Swoimi spostrzeżeniami miał się podzielić późniejszym popołudniem - właśnie wtedy, gdy byłem umówiony na obczajenie Baleno. 

I dlatego idąc oglądać Balonika już wiedziałem, że chyba mamy zwycięzcę.

Oczywiście fachową, godną zaufania opinię, którą można streścić jako "idealny nie jest, ale solidny i warty tej kasy", należało sprawdzić osobiście. Organoleptycznie wręcz. Dlatego następnego dnia rano spotkałem się z właścicielką pojazdu - przesympatyczną Panią Redaktor, która właśnie spieszyła się na spotkanie i najzwyczajniej w świecie zostawiła mi auto do potestowania, co z radością czyniłem przez kolejne pół godziny.

Zakochałem się.

Oczywiście trzeba było ochłodzić nieco rozpalony pożądaniem ośrodek chcenia, dlatego krytycznym wzrokiem spojrzałem na złachane, grzechoczące obluzowanymi elementami wnętrze, przegnite drzwi kierowcy i kolekcję otarć. Jednak wrażenia z jazdy nie mogły wyparować mi z kudłatego łba. Relaksująca choć nie przesadna miękkość zawieszenia, wyjątkowo aksamitnie jak na rzędową czwórkę pracujący silnik, świetne fotele i masa przestrzeni - wszystko to sprawiało, że dłonie pociły mi się dyskretnie a rozporek bardzo niechętnie dawał się dopiąć. Także zerknięcie pod spód nie wywołało we mnie tendencji do opanowania się - całość była po prostu solidna. Integralna, rzekłbym. Tak, ten wehikuł na pewno miał za sobą przygody, jednak nie zmieniły go one w ruinę, tylko w coś, o co trzeba trochę zadbać. Trzeba i warto.

I to właśnie postanowiłem zrobić.

W godzinach popołudniowych, siedząc w kawiarni znajdującej się w budynku, gdzie mieściła się również redakcja zawiadywana przez właścicielkę auta, które zaraz miało stać się moim, po krótkich negocjacjach cenowych na dwóch egzemplarzach ściągniętej z netu i wydrukowanej umowy zostały złożone po dwa podpisy.

W ten oto sposób spełniłem swoje marzenie, stając się właścicielem wozu już niemal klasycznego, bo dwudziestotrzyletniego, będącego dużym, absurdalnie wręcz pakownym, do tego niezwykle wygodnym kombi. Podpisując umowę pogodziłem się z wyższym zużyciem paliwa, droższym OC i koniecznością wykonania kilku napraw, w zamian zyskując świadomość, że ani przewóz sprzętu, ani pakowanie się na wakacyjne wyjazdy nie będą już problemem, zaś zadbawszy odpowiednio o swój nowy pojazd będę mógł cieszyć się nim przez kolejne dziesięciolecia.



A fakt, że jest to akurat Volvo 940, jest jedynie radującym mnie bonusem.


Ma na imię SKANSSEN.

I zmieści się w nim wszystko.


Już wkrótce rozpoczynamy nowy długodystans.

Tak. Jestem szczęśliwy.

Do widzenia się z Państwem.