wtorek, 6 czerwca 2017

Basowisko: straciłem głowę

Czasem człowiek sobie marzy.

Marzyć można o różnych rzeczach: o domku z ogródkiem, o Insigni (żeby można było w rodzinnych Swędziworach powiedzieć, że zostało się derektorem we Warszawie, a oni uwierzo), o kolorowym odlocie na Paragwaj (albo tylko szarym i byle gdzie) czy choćby, szczególnie w pewnym wieku, o zdrowych i regularnych wypróżnieniach.

Będąc tzw. muzykantem, można też marzyć o takim czy innym instrumentarium.

Ja na ten dany przykład marzyłem o headlessie. Czyli obrzynie. O basie bez główki, znaczy.

Gdy zaczynałem grać, obrzyny nie podobały mi się w ogóle. Bas w moim mniemaniu musiał być wyposażony w główkę, najlepiej o symetrycznym ułożeniu kluczy. Z czasem nauczyłem się również doceniać rzędowe główki typu fenderowskiego, jednak w headlessach wciąż coś mi nie grało.

Do czasu.

Muszę tu przyznać, że jestem dzieckiem lat osiemdziesiątych. Na tę dekadę przypadło moje dzieciństwo i moje pierwsze nieco bardziej świadome kontakty z muzyką. A cóż było większą ikoną ejtisów, niż bas bezgłówkowy?

Jak się okazało, można wyrzucić człowieka z ejtisu, lecz ejtisu z człowieka nie wyrzucisz nigdy. I ze mnie też nie.

Najpierw, jeżdżąc jeszcze Madzią, zacząłem nieśmiało myśleć o obrzynie jako o oszczędzającym miejsce rozwiązaniu idealnym na wykony chałturnicze. Potem przypomniałem sobie przecudowne "Love Like Blood" Killing Joke i podczas oglądania klipu dotarło do mnie, że cholernie chcę taki bas, jaki trzymał tam w rękach nieodżałowany Paul Raven. A był to właśnie bezgłówkowy Status.

Nie oszukujmy się - na Statusa mnie nie stać i raczej jeszcze długo nie będzie. Chwilowo raczej nie mógłbym sobie pozwolić także na nieco tańsze a równie ciekawe obrzyny, jak np. dość rzadki Westone Super Headless. Jednak rynek instrumentów używanych czasem ma do zaoferowania budżetowe, a mimo to zupełnie przyzwoicie dające radę rozwiązania.

Takie, jak np. Hohner The Jack.


Niemiecka (nnno, założona w Niemczech) firma Hohner kojarzona jest głównie z niezłymi harmonijkami ustnymi (czyli organkami, przez małe "o") oraz tzw. syntezatorami marszczonymi znanymi też wśród muzyków jako wstyd. Był jednak czas, gdy Hohner był znany także z produkcji zupełnie przyzwoitych, niedrogich gitar. Największą popularnością cieszyły się akustyki i klasyki, jednak najbardziej charaktystycznym elementem gitarowej oferty była seria bezgłówkowych gitar i basów na licencji Steinbergera.

Pozbawione główek wiosła Hohnera były w zasadzie kopią Steinbergerów - identyczny mostek i zaczep na końcu gryfu, taki sam kształt zminimalizowanego korpusu - zaś jedyne (choć istotne) różnice stanowiły tańsza elektronika i materiał użyty do budowy gitar. W odróżnieniu od grafitowych oryginałów, hohnerowskie obrzyny wykonane były z klonu, zaś podstrunnica, zamiast z kompozytu stosowanego przez Steinbergera, zrobiona była z palisandru.

Taką też konstrukcję miały wprowadzone pewien czas później bezgłówkowe instrumenty z nowej serii nazwanej The Jack, odróżniającej się od "klasycznych" headlessów pełniowymiarowym korpusem.

I takie właśnie basiwo udało mi się upolować.


The Jack ma stylówę dość typową dla późnych lat 80.: kształt dechy jest nieco "lżejszy", bardziej wysmukły, niż instrumenty popularne na początku dekady, zaś brak główki nadal był wtedy dość popularnym ficzerem. Typowa dla tamtych lat jest również konstrukcja neck-thru-body, od której później nastąpił odwrót wraz z powrotem mody na bardziej klasyczne brzmienia i ogólnie pojęty wintydż. Jak już wspomniałem, mimo zdecydowanie nowoczesnej (na owe czasy) koncepcji, producent pozostał przy raczej klasycznych drewnach: gryf i skrzydła korpusu wystrugano z klonu, zaś dwuoktawowa podstrunnica wykonana jest z palisandru. Całość - przynajmniej w moim egzemplarzu - została pokryta przejrzystym lakierem o ciemnomiodowym odcieniu, i jest to zdecydowanie najładniejsza opcja wykończeniowa, jaka występowała w tym instrumencie.


Estetyka to jedno, ale dużo ważniejsza jest ergonomia - i tu jest... nierówno. Na samą wygodę gry nie ma co narzekać - korpus jest przyjemnie wyprofilowany, gryf co prawda okazuje się dość gruby, ale ma przyjazny dłoni profil, bas nie waży zbyt wiele (choć na pewno nie jest wagi piórkowej) zaś bezgłówkowa konstrukcja skutkuje świetnym naturalnym balansem przy grze na stojąco. Niestety The Jack wyróżnia się jednymi z najdurniej umieszczonych potencjometrów, jakie kiedykolwiek widziałem. Ich usytuowanie sprawia, że przy grze kostką bardzo łatwo niechcący trącić dłonią potencjometr głośności przystawki gryfowej, ściszając ją. Tak naprawdę trudno tego nie zrobić.

Kolejnym minusem jest sposób ustawiania menzury na mostku. Aby to zrobic, trzeba odkręcić nieco śrubki znajdujące się w jego bocznych ściankach, następnie poluzować struny i na końcu na chybuił-trawfił przesuwać siodełka licząc na to, że po ponownym nastrojeniu na dwunastym progu będzie idealna oktawa. Podobnie debilny system zastosowany został w basach Spectora. Prawdopodobnym wyjaśnieniem tej zagadki jest fakt, że oba te mostki projektował ten sam człowiek - Ned Steinberger.

Na szczęście ergonomicznych plusów jest więcej niż minusów. A najciekawsze są te wynikające z braku główki.


Po pierwsze - wspomniany już balans. Zawieszone na pasku basiwo ustawia się niemal idealnie względem ciała. Nie ma tu lecenia na główkę - może dlatego, że jej nie ma - jest za to poczucie lekkości.

Po drugie - stabilność stroju. Pogłoski, że obrzyna wystarczy nastroić raz po zmianie strun i do następnej nie trzeba już nic robić, są co prawda przesadzone, ale rzeczywiście przewożony w miękkim pokrowcu bas nie rozstraja się tak łatwo, jak tradycyjne konstrukcje z kluczami na główce.

Po trzecie - mniejsze ryzyko uszkodzeń w transporcie czy na scenie. Brak delikatnej główki oznacza, że nie ma się co ułamać. Do tego nie trzeba się martwić, że w scenicznym szale zdzieli się kolegę (lub koleżankę) nie do końca kotrolowaną końcówką gryfu.

Po czwarte - wymiana strun trwa tu 3 minuty. Niestety potrzebny jest tu komplet typu "double ball", jednak konieczność zamawiania nieco droższych, nie zawsze dostępnych od ręki strun jest rekompensowana z nawiązką faktem, że upierdliwy proces ich zdejmowania i zakładania jest tu zredukowany do minimum. Szczególnie cieszy brak konieczności nawijania końcówki struny na kołek klucza - kilka ruchów pełniącymi funkcję kluczy pokrętełkami na mostku i voila, bas nastrojony.

Po piąte - dostęp do pręta napinającego gryf jest idealny. Nie trzeba niczego odkręcać, nie trzeba luzować strun by móc swobodnie kręcić kluczem ampulowym - po prostu wsadzamy go w otwór na końcu gryfu i kręcimy ile trzeba.



Jak wiadomo, aby z elektrycznego instrumentu wydobyć dźwięk, potrzebne są przystawki. A te w Jacku są... nieco dziwne. Niby zwykłe "mydełka", najprawdopodobniej humbuckery (nie, szerokość obudowy nie musi być tu wyznacznikiem), na pewno pasywne, z nieprodukowanej już chyba serii Select by EMG. Jednak ich rozmiar jest nieco nietypowy, zaś jeszcze bardziej nietypowe jest ich mocowanie w plastikowej ramce i regulacja wysokości dodatkowymi, umieszczonymi w ich osi śrubkami. Konstrukcja taka przypomina bardziej przetworniki gitarowe i sprawia, że może być problem ze znalezieniem zamiennika.

Jeśli chodzi o elektronikę, opcje były dwie. Naraz. The Jack wyposażony był w aktywną elektronikę z koncentrycznymi potencjometrami pasma niskiego i wysokiego, jednak była ona wyłączana za pomocą małego, zgrabnego pstryczka. Aby dodać więcej ejtisowego "blingu", jej działanie sygnalizowane jest czerwoną diodą umieszczoną nad potencjometrami głośności przystawek. Gdy aktywny układ jest wyłączony, dioda pozostaje uśpiona. Po włączeniu zasilanej jedną dziewięciowoltówką elektroniki, dioda wesoło rozbłyskuje czerwonym światłem, co sprawia, że każdy, kto został obdarzony choćby szczątkowym poczuciem obciachu, pozostaje w trybie pasywnym.

I dobrze, bo Jack brzmi wtedy po prostu lepiej.

Pierwsze wrażenie soniczne jest barzdo pozytywne - na sucho, ze świeżymi strunami, Hohner odzywa się bardzo przyjemnym, nieco fortepianowym soundem. Po podłączeniu natomiast... jest tak:



  1. Palce, przystawka gryfowa
  2. Palce, obie przystawki
  3. Palce, przystawka mostkowa
  4. Kostka, obie przystawki
  5. Kostka, przystawka gryfowa
  6. Kciuk, obie przystawki
  7. Kciuk, przystawka gryfowa
  8. Tapping, obie przystawki

Jak słychać, bezgłówkowy Hohner odzywa się pełnym, okrągłym dźwiękiem. Przy grze na samej przystawce gryfowej mocno dominuje niskie pasmo, w przypadku zaś mostkowej - dołu zaczyna nieco brakować, na front wysuwa się za to wyrazisty, punktowy środek. Góra, w przeciwieństwie do większości nowoczesnych basów z wklejanym gryfem, jest "sklejona" z resztą pasma, co stanowi sporą zaletę. Co ciekawe, najwięcej wysokich tonów słychać przy grze na obu przystawkach - i to w takim ustawieniu The Jack brzmi tak, jak oczekiwałem od ejtisowego obrzyna: nieco twardo, troszkę "fortepianowo", soundem idealnym pod kciuk. Czyli do techniki najpopularniejszej właśnie w latach 80.

Wszystkie próbki nagrywałem w trybie pasywnym. Tak też gram na obrzynku za każdym razem, gdy biorę go do rąk. Czemu? Po prostu odzywa się wtedy dużo lepiej. Aktywna equalizacja Hohnera sztucznie "pompuje" brzmienie, dół staje się "rozlany", znika punktowość ataku, a góra odrywa się od reszty pasma. Czyli bas zaczyna brzmieć jak... Warwick. A to ostatnia rzecz, której bym chciał.


Podsumowanie, czyli zady i walety:


Hohner The Jack to nieco zapomniany już model nieco zapomnianego na rynku gitarowym producenta. Czy słusznie? Absolutnie nie - za nieduże pieniądze stałem się właścicielem fajnie brzmiącego, przyjaznego instrumentu, który do tego spełnił moje marzenie o basie bez główki. Jasne, do ideału nieco mu brakuje - choćby lepszych przystawek, które lepiej wydobędą to, jak ten basik odzywa się "z drewna" - ale już teraz wiem, że póki nie stać mnie na Statusa, Bezgłowy Jacek zostanie ze mną na trochę dłużej.

Plusy:
  • ergonomia
  • przyzwoite brzmienie w trybie pasywnym
  • szanse na jeszcze lepsze brzmienie po wymianie przystawek
  • relacja ceny do jakości
  • stylówa
Minusy:
  • idiotycznie umieszczone potencjometry
  • kretyńska regulacja menzury na mostku
  • kiepska elektronika
  • takie sobie przystawki - do tego trudne do wymiany
Czym go wozić:

Jacka przywiozłem z okolic Nidzicy, rzecz jasna Skanssenem - i to nim podróżuje ze mną za każdym razem. Jednak jego kompaktowa konstrukcja sprawia, że bez problemu wszedłby do bagażnika niewielkiego kompaktu - takiego, jak Madzia, czy choćby Golf II. A dzięki temu, że po założeniu na plecy nie wystaje zanadto nad głowę, zaś brak główki sprawia, że odpada główny element do ułamania, można go wozić nawet rowerem.



czwartek, 1 czerwca 2017

Spacerkiem i rowerkiem: South-East, czyli lasy, bloki i rudery

Nie ma co się oszukiwać - materiałów na mixy mam jeszcze naprawdę sporo, ale o kolejne będzie coraz trudniej. Warszawa jest coraz dokładniej zeksplorowana, większość gratów poutykanych gdzieś po kątach została już wydobyta na światło dzienne za pomocą obiektywów staołecznych żelazoodkrywców, a i sporo wrostów najzwyczajniej w świecie zdążyło już zostać zutylizowanych.

Nic to - na razie jeszcze możemy cieszyć się obfitością, której kolejna porcyjka dziś skapnie nam wszystkim na ekrany.

Ostatnim razem włóczyliśmy się po lewobrzeżnym południu Warszawy. Dziś przedostajemy się na prawy brzeg Wisły, by poodkrywać co ciekawsze rdzawe kątki ukryte na niezwykle zróżnicowanym (co zresztą sugeruje sam tytuł) południowym wschodzie miasta stołecznego.

Yndżoj.

W którymś momencie Garbusy poznikały. Od jakichś dwóch-trzech lat pojawiają się niemalże en masse - często w charakterze nieruchomości

Kontynuujemy temat wawerskich dwudrzwiowych Volkswagenów

Swego czasu chyba najpopularniejszy grzybowóz w Polsce

No, prawie

Proszszsz, wreszcie i ja je znalazłem

...OCH <3

Gran Turismo po japońsku

Gran Zgnilizmo po polsku

Zasłużony odpoczynek po pracy. Oby tylko nie wieczny.

Zacny stan i czarna blacha, gratulubom dymi czacha

JO KCA

Subaru Liberał

Z ziemi WUOskiej do Polski

OBORZE OBORZE PIĘKNO NAWET KOLOR IDEALNY - cz. 1

Kaczy kuper zza krzaczka

OBORZE OBORZE PIĘKNO NAWET KOLOR IDEALNY cz. 2

Ponoć nie ma mixa bez BX-a. A tu mamy już drugiego.

Croma z dżemorem

No w sumie to nie bardzo jest inne wyjście

Starzy Japończycy na WF-ie

Jest gleba, jest splendiż

Dwusuwowy atak kolorystyczny (fot. Paweł W.)

Bardzo Citroena Vielbię

Reklama stacjonarna

Warczy I Grzechocze

O, Blok Ekipa przyjachała na Saską Kępę

Tymczasem w 1994...

Z miasta Łodzi pochodzi

Będę je robił

Tego raczej też
W następnym odcinku - północna część prawobrzeża. I obiecuję, że też będzie smakowicie.

Dobranoc.

sobota, 27 maja 2017

Top 5: Fajne auta niefajnych marek

Od ostatniego topsryliona minęło już prawie 9 miesięcy. Wystarczająco długo, by zdążył urodzić się kolejny.

Nie kryję się ze swoimi sympatiami motoryzacyjnymi. Każdy regularny czytacz i większość okazjonalnych zaglądaczy wie, jakie marki cenię najwyżej. Z moich antypatii też zresztą nie robię żadnej tajemnicy. Każdy, kto zna mnie na tyle dobrze, żeby wchodzić ze mną w polemiki motoryzacyjne, zdaje sobie sprawę z otchłani despaktu, którym darzę kilka marek. Zaznaczyć tu jednak należy, że moja opinia tyczy się współczesnych produktów tychże firm (czyli, powiedzmy, pochodzących z tego wieku), gdyż, jak również wiadomo, wszelkiego rodzaju złomy klasyki stanowią dla mnie całkowicie osobną kategorię.

Jednakowoż od większości reguł jest jakiś wyjątek (który niczego nie potwierdza, co za debil wymyślił to powiedzenie w ogóle). I tu właśnie postanowiłem je przedstawić.

Warunki były zasadniczo dwa: ma być to marka, której większość współczesnych modeli poważam równie wysoko co psi klocek, sam model zaś musiał być produkowany jeszcze w tym wieku. "Jeszcze", co oznacza, że mógł wejść do produkcji np. w latach 90., jednak nie mogła być ona zaprzestana przed rokiem 2001 - inaczej samochodu większość ludzi nie mogłaby zaliczyć do współczesnych.

Ja co prawda mógłbym, ale nie jestem do końca normalny. Z czym zresztą też się nie kryję.

Lecim.

5. Seat Cordoba Vario


Oborze, Seat. Najmniej potrzebna firma motoryzacyjna w Europie, jeśli nie na świecie. A jednak kilka znośnych aut udało im się stworzyć - choćby bardzo zgrabnego pierwszego Leona czy spokrewnione z nim Toledo II. Mój wybór pada jedak na Cordobę Vario, czyli kombi. Choćby właśnie dlatego, że to kombiak - i to z zaskakująco ustawnym jak na tę klasę bagażnikiem. Wiem, bo przymierzałem się m.in. do Polo kombi, które było Cordobą Vario ze znaczkiem VW. I tak - tam naprawdę sporo by weszło.

Całkiem pojemne choć niewielkie kombi, tanie w zakupie i eksploatacji. Mnie to przekonuje.

4. Audi A2


To właśnie z Audi, nie z Seatem, miałem największy zgryz. Prawie żaden z nieantycznych modeli tej marki nie budzi we mnie czegokolwiek poza mniej lub bardziej skutecznie tłumionymi odruchami wymiotnymi.

Prawie.

Pierwszym wyjątkiem była pierwsza generacja A4 (oznaczona kodem B5), która praktycznie od zawsze najzwyczajniej w świecie mi się podoba. Jest zgrabna, ma więcej wyrazu od swojego następcy, czyli bezpłciowego B6, i nie epatuje prestiżagresją jak późniejsze modele. Jednak to nie B5 finalnie trafiło do zestawienia. Zamiast tego zdecydowałem się wyróżnić nieudany pod względem rynkowym eksperyment znany jako A2. Dziwaczna stylistyka, bardzo ciekawa konstrukcja, wynikająca ze słabej sprzedaży relatywna rzadkość występowania a przede wszystkim to, że bardzo mało w nim charakteru Audi - wszystko to sprawia, że A2 zasługuje, by znaleźć się na tej liście.

3. BMW E39


Żeby pokazać się publicznie w którymś z nowych modeli BMW, potrzebowałbym odpowiedniej wielkości torby na zakupy z wyciętymi otworami na oczy. Rzecz jasna, torba musiałaby być dizajnerska, np. z logiem Vitkaca - wszak to BMW - jednakże byłbym skłonny nawet wydać pół pensji na to, by zakupić tam skarpetki celem jej pozyskania, byleby tylko nie zostać rozpoznany. Wśród produkowanych w ostatnim 20-leciu modeli tej niegdyś zacnej marki są jednak wyjątki, a najważniejszym z nich jest seria 5 trzy generacje wstecz, czyli typ E39.

BMW E39 zagościło niedawno na Automobilowni, gdzie zostało ocenione jako bodajże ostatni model tej marki, w przypadku którego nie razi widok wysiadającego zeń nobliwego profesora uniwersytetu, włączony zawczasu kierunkowskaz albo niezwłoczne zjechanie na prawy pas autostrady po zakończonym wyprzedzaniu. I była to ocena nader trafna. "Piątka" z lat 1995 - 2004 była pozbawiona ostentacji i zwyczajnie elegcka. Owszem, jej elegancję można określić mianem sportowej, ale nie zmienia to faktu, że całość prezentuje się klasycznie, wręcz szlachetnie. Poza tym to kawał cholernie solidnego sprzętu.


2. Opel Omega


Ostatni fajny Opel. I pisząc "fajny" mam na myśli "zajebisty".

Spójrzmy: duży sedan w nieco amerykańskim stylu (nawet trafił do USA jako Cadillac Catera - sprzedało się k. 18 egzemplarzy, 17 zgniło), jeszcze większe kombi z przepastnym bagażnikiem, tylny napęd i komfort babcinej kanapy. Do tego bezproblemowa dostępność niedrogich części. Na minus - nędzne zabezpieczenie antykorozyjne (w każdym razie w przypadku drugiej generacji po lifcie - wcześniejsze nie miały go w ogóle). No ale niestety to Opel.

Ale i tak bardzo mi się podoba.

Powiem tak: mocno brałem go pod uwagę. A to o czymś świadczy.

1. VW T4


Gdy w 1990 roku Volkswagen pokazał nowego Transportera, konkurencja wyskoczyła z obuwia, po czym bardzo długo go szukała. T4 w zasadzie zredefiniował segment niewielkich dostawczaków i opartych na nich vanów. I właśnie takim vanem - czy byłoby to Caravelle, czy jeszcze tłustszy Multivan - mógłbym cisnąć na co dzień. Niesamowita praktyczność, "użytkownikoprzyjazność", gigantyczny wybór wersji i silników (była nawet 5-cylindrowa benzynówka przeznaczona głównie na rynki, gdzie popularne były przeróbki na LPG) a do tego solidność konstrukcji - wszystko to sprawia, że Transporter 4 generacji i jego pochodne to najlepszy nowożytny model VW. I zdecydowanie najfajniejszy.

I tak. Jeździłbym. I nawet nie przeszkadzałby mi fakt, że to Volkswagen.

niedziela, 21 maja 2017

Spacerkiem i rowerkiem: stołeczne południe

Dobry wieczór się z Państwem. Właśnie kończy się przepiękna, słoneczna niedziela, co oznacza, że jutro dzień, na który czekacie wszyscy: poniedziałek. Dzień, w którym będziecie wyglądać za okno swego ukochanego zakładu pracy, by podziwiać pogodę, którą przez kolejne pięć dni będziecie mogli 8 godzin dziennie cieszyć się jedynie zza szyby. Aby jednak nie dopuścić do Waszej utraty zmysłów z radości, zapraszam niniejszym na mix.

Ostatnio zwiedzaliśmy północno-zachodni kącik naszego pięknego kraju. Tym razem pora wrócić do Warszawy. Poprzedni odcinek stołeczny zakończył się w Mordorze. Robimy zatem krok na południe aby znaleźć się w zachodnim rejonie Ursynowa, skąd będziemy poruszać się zygzakami na wschód, aż - na samym końcu - wylądujemy w Wilanowie.

Proszszsz.

To w końcu jest POLSKI Fiat (c) Hurgot Sztancy

Taką Cromę to bym chrupał

Lifty sędziwych konstrukcji wyglądają jak Jocelyn Wildenstein

W220 w stanie naturalnym

Raczej diaks.

I'm driving in the rain, just driving in the rain

Coś w tym jest, że młodsze pokolenie jest bardziej cherlawe

Tak, wiem, obsrana szyba

NIby jest to najczystsza forma samochodu generycznego, ale ja go rozpoznaję zawsze, od razu i z radością

250pp

Prawie ideał

Coraz ich mniej. Choć nadal nie są megainteresujące

Nie jestem fanem gleby, ale tutaj nawet nie wygląda źle

Żródło Maluchów chyba nieprędko wyschnie

No lubię, nic nie poradzę, lubię bardzo.

Niby bandziorka, ale gustowna

Czy pierwsze Legacy to już jaktajmer?

Bo o Laurela nawet nie trzeba pytać

TAK SIĘ NIE GODZI

Właściciel poszedł po pompkę

205 - check, czarne - check. Wszystko się zgadza

One tak szły seryjnie?

Bo teraz raczej seryjnie wrastają

Potwierdzam - słyszałem i inhalowałem

Prestiżowa nieruchomość
 Teraz wystarczy zjechać w dół Skarpy Warszawskiej i lądujemy w lemingo-słoiczym Wilanowie.

To wygląda jak zaczątek kolekcji

Proszę, oto co się teraz wrasta. 

Bo te to już od dłuższego czasu

Popularny niemiecki samochód w wersji na rynek USA w wieku mocno dojrzałym trafia do Polski. Sens?

Szczepan, patrz, Bornit!

O, to troszkę też, tylko nieco jaśniejszy. I niemetaliczny. I na Nivie.

Eko-Żuk

KamuflaŻuk

Kończymy dwoma grubymi wilanowskimi strzałami od Ascota

Jednak istnieją auta, do których pasują chromowane felgi
Gdzie udamy się następnym razem? Mam już pewne pomysły. I naprawdę dużo materiału.

Do najbliższego.