Pokazywanie postów oznaczonych etykietą basowisko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą basowisko. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 lipca 2019

Eventualnie: Zgierz grający dołem

Który to już raz, bo nie pamiętam?

Tak czy inaczej - już tradycyjnie ostatni weekend czerwca oznacza gratkę dla basistów z całej Polski. To właśnie wtedy pewne niewielkie miasteczko w samym centrum naszego pięknego kraju rozbrzmiewa dźwiękami zajmującymi niższą część tonalnego spektrum. I, rzecz jasna, wybrałem się tam i w tym roku.

Zgierskie wysypisko gruzu
Tym razem ludności było jakby mniej, niż na poprzednich edycjach. Oczywiście na to wrażenie mógł mieć wpływ fakt, że przybyłem (jak zazwyczaj) jedynie na drugi dzień, poprzedni zaś najprawdopodobniej skończył się spożyciem napojów w ilościach hurtowych, co z kolei skutkować mogło umiarkowaną zdatnością do funkcjonowania uczestników owej konsumpcji.

Taki stan rzeczy miał swój niewątpliwy plus - można było udać się celem potestowania sprzętów. Na pierwszy rzut poszły świeżutkie dzieła warszawskiej pracowni lutniczej Silent Scream.


Panów z Silent Scream (szczególnie Adama) znam już od dłuższego czasu - to oni zajmowali się m.in. moim Westonem, zanim odjechał gdzieś w Polskę. Od niedawna natomiast, oprócz serwisu, zajmują się również tworzeniem nader ciekawych gitar. Ich dzieła wyróżniają się dość nietypową stylistyką, bardzo dobrą jakością wykonania i - w przypadku jednego z nich - wyjątkowo ciekawą, rozbudowaną elektroniką opartą na filtrach, nieco podobnie jak w Alembicach czy Walach. Niestety, akustyka pomieszczenia, setup nie do końca taki, jak lubię, oraz nieco zjechane już struny sprawiły, że nie miałem większych szans naprawdę wsłuchać się w to, co potrafią te sprzęty. Obaczym - może jeszcze będzie okazja.

W sąsiedniej sali też było  co popodziwiać.

Nie sfociłem stanowiska importera MarkBassów - trzeba było ratować się kadrem z filmu
Największe pomieszczenie parteru zgierskiego MOK-u zajęli importer wzmacniaczy włoskiej firmy MarkBass oraz twórca nowej marki na polskim rynku lutniczych instrumentów - Birdland. Marków chyba przedstawiać nie trzeba - solidne a jednocześnie lekkie główki, paczki i comba. Sam niegdyś miałem LittleMarka 250 i wspominam go dość ciepło, nie tylko ze względu na jego znikomą masę własną. Niestety, nie starczyło mi czasu, by przetestować inne sprzęty tej firmy. Czasu zabrakło również, by bliżej zaznajomić się z Birdlandami - zresztą nie tylko on był tu przeszkodą. Basiwa te, choć wyglądają na świetnie wykonane, zaś jeden z egzemplarzy nader zacnie brzmiał w dłoniach innego uczestnika, odrzucają mnie na kilometr dizajnem główki. Jasne, warto tworzyć oryginalne projekty, ale ten, zwany przez niektórych stopą cukrzycową (to pewnie ona posłużyła do montażu Dacii 1310), jest... no, powiedzmy, że kontrowersyjny. Nie zmienia to faktu, że mocno trzymam kciuki za kolejnego polskiego twórcę dobrej klasy instrumentów.


Gdy wspominam o braku czasu, wiadomo, że musiał mieć on jakąś przyczynę. W tym konkretnym przypadku jej część znajdowała się w pokoju obok, gdzie, ściśnięte na niewielkiej powierzchni, znajdowały się basiwa innej polskiej firmy - Buzz.


Miałem już okazję testować jednego Buzza i był on tak zacny, że byłem niezwykle ciekaw innych. Próbki brzmień kilku różnych egzemplarzy, które miałem okazję słyszeć, tylko rozbudzały tę ciekawość. Do tego Mateusz ostatnio wypuścił kilka piątek - a ich entuzjastyczne recenzje, powtarzane również przez ludzi, którzy z zasady uznają tylko 4-strunowe basy, sprawiły, że nie mogłem sobie odpuścić takiej okazji.

I miałem rację.


Każdy z krótko ogranych przeze mnie Buzzów był sprzętem wysokiej klasy, ale wiśniowy, pięciostrunowy Jazz (czyli Dagonfly - ciekawe, czemu Mateusz nie pozostał w przypadku piątek przy nazwie Wasp) oraz czerwony Precel (w Buzzowej nomenklaturze - Hornet) z klonową podstrunnicą absolutnie zamiotły temat. Grały dokładnie tak, jak lubię - wściekła, żywa sprężyna, która jak przecinak wlazłaby w każdy rockowy mix (nie mylić z miksami graciarskimi). Poproszę oba. Albo trochę inne - Dragonfly'a ciemnozielonego i bez płytki a Horneta czarnego, oczywiście z klonem. Jak tylko uda się sprzedać nerkę.

Zresztą nie tylko ja doznałem opadu szczęki biorąc do rąk poskładane w Toruniu basetle.


Kolejną, niestety ostatnią atrakcją Graj(mi)dołu były - tradycyjnie już - warsztaty, mające w zasadzie charakter swego rodzaju prelekcji. W sobotę Zgierz odwiedził - również już tradycyjnie - Marcin Pendowski, w niedzielę pierwszy panel zagospodarował Łukasz Gorczyca, ja zaś najbardziej zainteresowany byłem drugim, prowadzonym przez bardzo cenionego jazzmana Tomasza Grabowego.


Co prawda nigdy nie byłem fanem jazzu (próbowałem kilka razy, a im bardziej próbowałem, tym bardziej się nie udawało), ale bardzo ciekawie było posłuchać o tym, jak należy (a przynajmniej warto) konstruować walkingi. I oczywiście samych walkingów.


Tomek zapewne nie byłby sobą, gdyby nie przywiózł ze sobą fretlessa. Nie był to co prawda 6-strunowy obrzyn, z którym zawsze był kojarzony, ale z powodzeniem udający kontrabas akustyczny Furch też świetnie zabrzmiał w rękach Mistrza.


W zasadzie nie napiszę nic nowego stwierdzając, że było warto. I że w przyszłym roku też mam zamiar się pojawić. I że mam nadzieję, że uda się wreszcie zaliczyć oba dni. Choć, znając mój "rozkład jazdy", pewnie znów się nie uda.

Tymczasem obejrzyjcie filmidło. I posłuchajcie. Szczególnie posłuchajcie.


niedziela, 11 listopada 2018

Basowisko: Bzyk Osa

Dziś mija równy, okrągły wiek, odkąd Polska odzyskała niepodległość. Oczywiście można dyskutować, czy owa niepodległość trwa nieprzerwanie od 100 lat, czy należy odliczyć od niej okres narzuconego nam przez Sowietów reżimu, jednak fakt jest faktem - od 11 listopada 1918 roku Polska nieprzerwanie znajduje się na mapie Europy.

Tak czy inaczej - jest co świętować.

Jedni w tym celu poszli na marsz by pomachać flagą i poczuć się, no, wzniośle. Inni swe patriotyczne uczucia wyrazili w tym samym (lub innym) marszu wznosząc okrzyki dobitnie wyrażające ich stosunek do wszystkiego, co nie jest nimi samymi, ich klonami oraz ewentualnie Legią Warszawa, oczywiście uprzednio w przypływie odwagi cywilnej zakrywając fizjonomię (na szczęście, o ile mi wiadomo, w tym roku obyło się bez patriotycznych bójek i patriotycznego demolowania miast). Ja natomiast dziś - i na co dzień - wolę cieszyć się tym, że kolejna polska marka ma szansę odnieść sukces. 

Kilka razy już pisałem o toruńskiej Restauracji Gitar. Sam zresztą kupiłem tam już trzy basy: 2 Fernandesy (Precla i Jazza) oraz Foundera. Wszystkie z nich zostały wyprodukowane w Japonii, lecz do pełni używalności zostały doprowadzone przez Mateusza i spółkę już tutaj. Pewien czas temu Mateusz wpadł na pomysł, by ofertę rozszerzyć o instrumenty lakierowane przez niego na miejscu - stare wykończenie jest zrywane a na jego miejsce kładzione jest nowe, jednak według starych receptur, które miały wpływ na brzmienie m.in. Fenderów z lat 60. i 70. A skoro już prawie cały warsztat był na miejscu...

No właśnie. Prawie.

W Restauracji można gitary, prawdaż, restaurować, można je lakierować i robić im pełen (wyśmienity zresztą) setup, ale nie ma możliwości produkcji korpusów i gryfów. Mimo to pomysł, by robić coś według własnego pomysłu, pod własną marką, pozostał. No, może nie do końca według własnego pomysłu - chodziło tu o bardzo dobre instrumenty "fenderokształtne", wiernie oddające styl i przede wszystkim brzmienie oryginałów z  dawnych lat. O lepiej wykonaną, lepiej odzywającą się alternatywę dla sklepowej masówki, również noszącej to "prawdziwe" logo. W końcu udało się nawiązać współpracę z jednym z japońskich producentów, który zgodził się dostarczać surowe deski i gryfy, które w Restauracji są wykańczane i montowane, po czym zyskują dobry, markowy osprzęt i własne logo: Buzz.

I taki właśnie Buzz trafił do mnie na kilka dni. Konkretnie Buzz Wasp, czyli japońsko-toruński Jazz Bass.


Pierwsze wrażenie jest niezwykle pozytywne: ten sprzęt wygląda po prostu rewelacyjnie. Kształty są oczywiście doskonale znane - wszak jest to zasadniczo stary (choć nowy) dobry Jazz. Natomiast trudno przejść obojętnie obok niezwykle smakowicie dobranej kolorystyki - piękny odcień zieleni na korpusie i główce współgra tu doskonale z płytką w delikatnie miętowym odcieniu i ciemnym palisandrem podstrunnicy ozdobionej prostokątnymi markerami i jasnym bindingiem. Przywodzi to na myśl wysokopółkowe Fendery z wczesnych lat 70-tych - z tą różnicą, że całość jest świetnie wykonana. Wykończenie jest bez zarzutu, wszystko jest zmontowane z precyzją spotykaną zazwyczaj w instrumentach kilkukrotnie droższych, co niestety nie było domeną gitar z logiem Fendera, w których, by uwolnić ich pełen potencjał, niejednokrotnie trzeba było poprawiać fabrykę.


Oczywiście można tu przyczepić się do takich nieistotnych detali, jak stylistycznie niezbyt pasujące logo, które dużo lepiej wyglądałoby na czymś w kształcie Ibaneza z pierwszej połowy lat 90-tych czy kalkomanię z owadem wyglądającą jak naklejka przyklejona przez młodocianego właściciela oraz zwrócić uwagę na... no, powiedzmy, że nie do końca oryginalny projekt główki (ponoć ma się troszkę zmienić), ale nie są to cechy, które mają większy wpływ na całość.


Konstrukcyjnie jest to pełna klasyka - i to w wersji finalnej, czyli "oryginał z ulepszeniami". Korpus wykonany został wykonany z jesionu zaś przykręcony do niego czterema śrubami gryf to tradycyjnie klon. Palisandrowa podstrunnica została wyposażona w 20 równiutkich, doskonale wykończonych progów. Przystawki to fenderowskie Custom Shop 60s, natomiast pasywna elektronika jest taka sama, jak w każdym klasycznym Jazzie: dwa potencjometry głośności i pokrętło tonów. Zero bateryjek, żadnej aktywnej equalizacji - prosto, na temat, klasycznie i tradycyjnie. Do tego dochodzi jedno z ulubionych ulepszeń "pofabrycznych", popularnych szczególnie w Jazzach: nieprodukowany już, ciężki mostek Badass. Całości dopełnia oldskulowo umieszczony thumbrest - i była to jedna z niewielu rzeczy, które w Buzzie mi się nie podobały. Ale do tego jeszcze wrócimy.


Wygoda gry jest - ponownie - typowa dla dobrego Jazza. Bas jest dość ciężki, ale ergonomiczne wyprofilowanie deski i dobre wyważenie całości w znacznej mierze to rekompensują. Gryf jest taki, jaki powinien być w starym Jazz Bassie - dość wąski przy siodełku, jednocześnie z solidnym profilem. Do tego dochodzi rewelacyjny wręcz setup. Serio - chyba nie zdarzyło mi się wziąć do ręki nowego instrumentu prosto z pudełka (no, z solidnego futerału) który byłby tak doskonale ustawiony. Jednakże to już jest cecha charakterystyczna praktycznie wszystkich instrumentów wypuszczanych przez Restaurację.

Niestety, jest tu jeden element, który trochę przeszkadza: wspomniany już thumbrest. Normalnie umieszczany jest powyżej struny E, by można było - zgodnie z nazwą - oprzeć na nim kciuk w innym miejscu, niż na przystawce. Tu jednak Mateusz postanowił przykręcić go tam, gdzie znajdował się głównie w Preclach z lat 50-tych i 60-tych, gdy wielu basistów opierało na nim palce i grało używając kciuka troszkę jak kostki. Przy grze palcami to zasadniczo nie przeszkadza, ale przy slapie, czyli użyciu kciuka w nieco bardziej współczesny sposób (o ile można tak nazwać technikę wynalezioną prawie 50 lat temu), ten kawałek plastiku zawadza okropnie. Gdybym miał kupić ten bas, odkręcenie tej cholernej podpórki byłoby pierwszą rzeczą, którą bym zrobił.

Wprowadzenie kolejnej modyfikacji czyniącej obsługę Waspa prawdopodobnie już bym sobie odpuścił, gdyż wymagałaby ona wycięcia dziury w maskownicy (i być może w desce) w miejscu, gdzie gryf styka się z korpusem. Otóż chodzi tu o dostęp do pręta napinającego gryf. Jako, że nie zdejmowałem płytki, nie wiem, czy pod spodem jest rowek, dzięki któremu można dostać się ampulkiem do końcówki pręta i wyregulować jego naprężenie (co jest konieczne przynajmniej 2 razy do roku). Jeśli jest, to pół biedy, jeśli jednak go nie ma, trzeba w tym celu... odkręcić gryf. Tak, wiem - tak było w starych Fenderach i wielu ich kopiach. Ale naprawdę nie ma sensu aż tak trzymać się tradycji, razem z jej idiotycznymi przejawami.


Najważniejsze w każdym instrumencie jest jednak brzmienie - a tu trudno mieć jakiekolwiek sensowne zarzuty.

Wasp brzmi jak... tak, zgadliście: jak Jazz Bass. Dodam - jak dobry Jazz Bass. Słychać tu, jaką rolę odgrywa jakość każdego zastosowanego komponentu - od drewien przez osprzęt aż po lakier. Oczywiście trudno oczekiwać, by nowiutki instrument zagadał tak, jak 40-letni, zrobiony z drewien, które wtedy jeszcze były dostępne (zanim w '84 spaliły się zapasy firmy Martin) a następnie rozgrywanych przez 4 dekady. Jednak w porównaniu z basami z ostatniego trzydziestolecia Buzz w zasadzie nie bierze jeńców. Jest to charakterystyczne jazzbassowe "warknięcie", jest solidny, zbalansowany dół, mocny cios w niskim środku i dość agresywna górka. Jak na mój osobisty gust słyszę tu za mało "dzwona", który pomaga uzyskać mosiężne siodełko (jego instalacja byłaby zapewne drugą rzeczą, jaką bym tu zrobił), poza tym troszkę brakuje mi "strzału" typowego dla klonowej podstrunnicy, jednak są to kwestie całkowicie subiektywne, a różnica między klonem a palisandrem jest tak subtelna, że można ją uznać za niemalże pomijalną. Zdecydowanie najlepiej brzmi kombinacja obu przystawek i tonu odkręconego na full. Przy grze na samej przystawce mostkowej soundomierz robi się według mnie nieco za ostry do zastosowań, w których zazwyczaj się ona sprawdza, zaś z samego pickupa gryfowego Jazz niemalże z definicji po prostu nie brzmi - jeśli chcemy tego charakterystycznego nosowego soundu, lepiej po prostu wziąć Precla. I nie jest to wina Waspa - tak sprawa się ma w każdym Jazzie. Za to grając na obu przystawkach na raz, uzyskujemy pełne, soczyste, wyraziste brzmienie, które sprawdzi się praktycznie w każdym gatunku muzyki. Czyli tak, jak to powinno być w dobrym Jazz  Bassie.

Zresztą... posłuchajcie sami (próbki wchodzą od ok. 2:40):




Podsumowanie, czyli zady i walety:

Buzz Wasp to ni mniej ni więcej, tylko świetnie wykonany, pięknie wykończony, zawodowo brzmiący Jazz Bass. Klasyka klasyki, w każdym znaczeniu tego zwrotu. Brzmieniem może stawać w szranki z najlepszymi, zaś jakością wykonania nokautuje całą znaną mi konkurencję. Z radością przytuliłbym egzemplarz - tylko najchętniej z klonową podstrunnicą. Czarny lub antiqua (kocham zieleń, ale z klonem nie współgrałaby najlepiej). I z mosiężnym siodełkiem.

I bez tego cholernego thumbresta.

I ograłbym jeszcze Horneta, czyli Precla. Jakoś jestem dziwnie spokojny, że jest równie dobry.


Plusy:
  • jakość wykonania
  • brzmienie
  • wygoda gry
  • bezbłędna estetyka
Minusy:
  • niewygodnie umieszczony thumbrest
  • bardzo upierdliwie rozwiązana regulacja pręta w gryfie

Czym go wozić:

Nie ma (niestety) polsko-japońskich samochodów. Właściciel firmy natomiast śmiga Imprezą... i chyba pasowałoby.

piątek, 5 października 2018

Basowisko: ponownie straciłem głowę

Pisałem o tym już wielokrotnie: lubię obrzyny.

Mam do nich dziwną słabość. Przemawia do mnie ich, powiedzmy, nietypowa estetyka, przywołująca na myśl moje ulubione lata osiemdziesiąte. Do tego przekonują mnie ich walory praktyczne, na czele z mniejszą ilością zajmowanego miejsca (kluczowa sprawa zarówno w przypadku wąskich bagażników, jak i ciasno załadowanego zespołowego busa) i wyższym bezpieczeństwie na wykonach, głównie weselnych, gdzie na scenę w każdej chwili może załadować się napruty jak dzika świnia kosmiczna wujek Marian.

Dlatego, po kupieniu mojego pierwszego bezgłowego basu, wciąż gdzieś z tyłu głowy pałętała mi się myśl, że warto by było jeszcze jeden. Najlepiej piątkę. I właśnie teraz, gdy spłynęło mi nieco gotowizny, znajomy z pewnego forum basowego wystawił na sprzedaż taki właśnie instrument. A gdyby tego było mało, nie dość, że była to bezgłówkowa piątka, ale do tego została wyprodukowana przez pewnego znanego mi człowieka, którego jedno dzieło już miałem. I po jego sprzedaży obiecałem sobie, że kiedyś kupię kolejne.

Efekt nie mógł być inny, niż uszczuplenie stanu mojego konta.


Pierwsze wrażenie po przybyciu basiwa było... dziwne. Przede wszystkim nie dało się zrobić setupu - i to mimo prostego gryfu. Struny były chyba z centymetr nad podstrunnicą i nie dało się opuścić ich niżej. Do tego stare, kapciowate struny nie pozwalały usłyszeć tego, jak ten instrument naprawdę brzmi. Decyzja mogła być tylko jedna: sprzęt musi trafić do jego twórcy. 

I, jak się okazało, była ona ze wszech miar trafna. Niedługo po powrocie z wywczasu mój nowy (choć 28-letni) bezgłówkowy Nexusik był wreszcie gotów do gry.

Jak w przypadku większości dizajnów Jacka K., stylówa obrzyna jest niezwykle charakterystyczna. Obłe, miękkie linie przeplatają się tu z ostrymi cięciami, jednak całość wygląda równie harmonijnie, co oryginalnie. Widać tu inspirację innymi projektami - głównie Pedullą (rogi korpusu) i niemieckim LeFayem (ogólny kształt). Dolna krawędź deski niejako zapowiada tu przedstawiony nieco później klasyczny już nexusowy model Belial - zresztą według mnie idealnie dopasowany swym kształtem do bezgłówkowej konstrukcji. Całość jest, jak to u Nexusa, bardzo wygodna i ergonomicznie ukształtowana.


Bas został w całości wykonany z egzotycznych drewien. Na dechę poszedł kawałek drzewa o interesującej nazwie bodo - przez pewien czas zastanawiałem się nawet, czy z tego względu onemu obrzynu nie dać na imię Eugeniusz, jednak brzmienie owego imienia nieszczególnie pieści moje uszy. Gryf został zgrabnie wystrugany z - bodajże - azobe, zaś 24-progowa podstrunnica to wycięta została z iroko.

Sama konstrukcja nie jest tak wymyślna jak drewna, ale również trudno nazwać ją ortodoksyjną. 


Jednoczęściowy gryf jest wklejony metodą set-in, przy czym powierzchnia klejenia, w przeciwieństwie choćby do Gibsonów, jest bardzo duża, co gwarantuje stabilność i lepsze przenoszenie drgań. Elektronika jest najprostsza, jak się da - dwie pasywne przystawki niemieckiej firmy Schaller (bardziej znanej z kluczy i mostków), po jednym potencjometrze głośności dla każdej z nich i pokrętło tonów. Tyle. Żadnych bateryjek, żadnych dodatkowych układów equalizacji. Pełna klasyka. Resztę osprzętu za to trudno nazwać klasyczną. Na dole mamy ciężki, solidny, mosiężny mostek ABM zaś na końcu gryfu, tam, gdzie w normalnych basach jest główka, znajduje się coś, co szybko okazało się największą chyba wadą tego wiesła.

Nie, nie przeszkadza to przy grze. Nie stanowi też problemu natury estetycznej, jeśli nie liczyć wystających końcówek strun po przycięciu. Problem pojawia się w momencie, gdy chcesz zmienić struny.


W Hohnerze sprawa jest prosta: kupujesz struny typu double ball (czyli zakończone kółkami z obu stron), pokrętłami do strojenia luzujesz siodełka na mostku, jedno kółko zahaczasz o siodełko, drugie o wycięcie na nakładce na końcu gryfu, stroisz, voila. Całość zajmuje max 5 minut w zrelaksowanym tempie. A tutaj? Tu najpierw, oczywiście po poluzowaniu strun na mostku, trzeba odkręcić metalową sztabkę na końcu gryfu. Nie do końca, wystarczy poluzować śruby zostawiając szparę wystarczającą do przewlekania końcówek strun, jednak już to będzie trudnym zadaniem. Gdy śruby puszczą (prawdopodobnie po zepsuciu 1-2 kluczy ampulowych), zdejmujemy struny i ostrożnie zakładamy nowe. Zwykłe, "jednokółkowe". Oczywiście siodełka na mostku trzeba maksymalnie poluzować, by był, że tak powiem, margines naciągu. Następnie struny musimy maksymalnie naciągnąć ręką i przykręcić śruby, tak, by sztabka utrzymała je na miejscu. Jednocześnie trzecią ręką wyrastającą dogodnie z okolic biodra przytrzymujemy struny na mostku by nie poodczepiały się z siodełek. Przykręcamy śruby jeszcze mocniej. Następnie jeszcze trochę, krzywiąc lub wyokrąglając trzeci ampulek. Gdy jesteśmy już pewni, że struny można nastroić, kręcimy pokrętłami na mostku. Nieprzycięte końcówki strun dyndają przy tym na drugim krańcu basetli, dzwoniąc wesoło i zahaczając o co się da. Gdy bas jest już nastrojony i jesteśmy pewni, że sztabka na gryfie trzyma je wystarczająco mocno, przycinamy końcówki.

W tym momencie struna G wyskakuje spod sztabki. Jest już przycięta, więc nie ma jej jak złapać by zamocować ją ponownie. Oczywiście by zamocować nową musisz mocno poluzować sztabkę. Wiesz, że grozi to wyskoczeniem pozostałych strun, więc luzujesz je na mostku. Znajdujesz jakąś używaną ale wciąż sprawną strunę G zdjętą z basu z główką, zakładasz...

I w tym momencie spod sztabki wyślizguje się struna D.

W ten sposób zmarnowałem cały nowiutki komplet strun i strunę G z kolejnego.

Wniosek: obrzyn - jak najbardziej TAK. Ale TYLKO na double-balle. Co ciekawe, wedle słów twórcy basu właśnie tak z początku było. Na końcu gryfu znajdował się ABM-owski uchwyt  (tzw. headpiece - nie mam pojęcia, jak ta część nazywa się po polsku) pozwalający mocować oba typy strun. Ktoś po drodze jednak go wymienił na to, co jest teraz. Kto i po cholerę - pozostaje tajemnicą. Jasnym jest za to, że planuję takową końcówkę gryfu zakupić i założyć. Problem polega jednak na tym, że kosztuje ok. 80 ojro.

Tak czy inaczej - po wykonaniu głębszego frezu pod mostkiem przez Twórcę a następnie setupu "pod siebie" już w domu po kolejnej zmianie strun, mogłem wreszcie w pełni ocenić jak gra się na Nexusowym obrzynie.

A gra się fajnie.


Pierwsze, co zauważa się po wzięciu tego basu do ręki, jest jego ciężar. Ciężar przez okrutnie wielkie "C". Kamień, który Syzyf mozolnie pchał pod górę, musiał być tak naprawdę kawałem Eugeniusza drewna bodo. Na szczęście, jak już wspomniałem, korpus jest bardzo wygodnie ukształtowany. Gryf natomiast okazuje się... dość dziwny. Dość płaski profil nie zaskoczył mnie jakoś szczególnie - taki sam wszak miałem w Shiningu. Zaskoczeniem była za to jeszcze bardziej płaska podstrunnica. Zasadniczo zupełnie płaska. Zerowy radius. Nie spotkałem się chyba wcześniej z takim rozwiązaniem. Na szczęście przyzwyczajenie się do tego nie zajęło mi zbyt wiele czasu. Więcej czasu za to trzeba na przywyknięcie do bardzo wąskiego rozstawu strun na mostku, wygodnego do gry palcami czy kostką ale utrudniającego młóckę kciukiem.

Brzmienie "na sucho" jest wyrównane, żywe, ale łagodniejsze niż w przypadku basów z przykręcanym gryfem. Po podłączeniu owa łagodność nie zanika - bas ma zdecydowanie ciepłe, mruczące, dość miękkie brzmienie. W przypadku struny H nawet trochę zbyt miękkie - acz być może inaczej odezwałby się ze strunami ze stalowym oplotem, zwężającym się przy mostku (tzw. taper core). Grając z mocniejszym atakiem można wyciągnąć z niego nieco ostrości, szczególnie na strunach D i G, jednak wyraźnie słychać, że nie są to jego klimaty. Nexusowy obrzyn to - mimo wyglądu i masy własnej - łagodne stworzenie o nieco "generycznym" choć ciepłym i przyjemnym głosie, przy czym najlepiej brzmi gdy obie przystawki są maksymalnie "odkręcone". Sama mostkowa odzywa się jeszcze całkiem fajnie, z mocnym, przebijającym się środkiem,  lecz gdy gramy na samej gryfowej dzwiekrobi się nieco zbyt nosowy i mało wyrazisty. Gdy grają obie, a potencjometr tonów jest w pozycji "otwartej" otrzymujemy zdecydowanie nowoczesny soundomierz o łagodnym charakterze, najlepiej spisującym się przy klasycznej grze palcami, choć z kciuka też można wyciągnąć bardzo przekonujące brzmionko. Charakter ten jest idealny, rzekłbym, do fusion, popu (takiego dobrego, z żywym instrumentarium) lub klimatów a'la Toto. GONNA TAKE A LOT TO DRAG ME AWAAAAY FROM YOUUUUUUUU

Podsumowanie czyli zady i walety:

Nexus headless, jeszcze bez nazwy modelu, to ósmy bas stworzony przez Jacka Kobylskiego - niezwykle zdolnego, ale podówczas, w 1990 roku, jeszcze mało doświadczonego lutnika. Ten brak doświadczenia nie wpływa jednak na ogólną miodność instrumentu. Owszem, widać go w detalach typu równość frezów pod przystawki czy pokrętła, być może również z niego wynika płaskość podstrunnicy (chyba, że był to świadomy zabieg), jednak ogólna jakość i solidność wykonania oraz brzmienie są na naprawdę wysokim poziomie. Sam soundomierz nie jest może tak uniwersalny, jak choćby w Jazz Bassie, ale w niezbyt brutalnych brzmieniowo gatunkach, wymagających bardziej ciepłego dołu i okrągłego środka niż agresywnej górki, sprawdzi się wyśmienicie. Tak, wiem, egzotyk, olej, tralala. Miałem nie kupować takich basów. Ale kupiłem. Brzmi zupełnie inaczej od pozostałych - i dobrze. Czy uczyniłbym z niego podstawowy bas? Niekoniecznie, chyba, że grałbym głównie pop-rock czy fusion. Ale jako uzupełnienie "palety sonicznych barw" sprawdza się doskonale.

Poza tym jest zwyczajnie fajny. I absolutnie jedyny w swoim rodzaju.


Plusy:
  • bardzo wygodny korpus
  • solidna budowa
  • przyjemne, ciepłe brzmienie
  • świetna stylówa i absolutna wyjątkowość

Minusy:
  • koszmarnie kłopotliwa wymiana strun (po wymianie "headpiece'u" na oryginalny problem zniknie)
  • mała uniwersalność
  • zbyt mało wyrazista struna H
  • wąski rozstaw strun (acz jest to rzecz subiektywna)
Czym go wozić:

Bezgłówkowy Nexus to bas równie fajny co nietypowy i jako taki zasługuje na równie wariacki transport. Chociaż większość zdjęć ma w towarzystwie Skanssena (w którym zresztą, jak każdy bas, czuje się świetnie), idealnym samochodem do jego transportu jest chyba ten, w którym przyjechał po raz pierwszy do domu, i którym został zawieziony do swego Twórcy na przegląd, czyli pewien holenderski Szwed ze skrzynią jak w skuterze.


Poza tym... bez względu na to, jaki bas (lub basy) wieziemy, w kwestii wyboru środka transportu warto trzymać się jednej, podstawowej zasady, którą już od dawna wpaja nam red. Z. Łomnik:


niedziela, 24 czerwca 2018

Eventualnie: jak co roku w Zgierzu

Jak co roku pod koniec czerwca Zgierz rozbrzmiał nieco bardziej basowo niż na co dzień. I jak (niemalże) co roku znów pojechałem tego doświadczyć. I, oczywiście, znowu na jeden dzień.

Tym razem niezastąpiony Zakwas zaprosił takie osobistości, jak Olaf Deriglasoff, Piotr Witwicki, Robert Szewczuga oraz, tradycyjnie już, Marcin Pendowski. Zazwyczaj przyjeżdżałem na drugi dzień Graj(mi)dołu, tym razem jednak, ze względu na Deriglasoffa i Witwę, wybrałem sobotę, czyli dzień pierwszy.

Uzbroiłem się w aparat i pożyczone GoPro 2, które leżało mi w szufladzie od kilku miesięcy. Na miejscu jednak z przerażeniem skonstatowałem, że aparat nie chce się włączyć (po powrocie okazało się, że wystarczył tydzień bezczynności, by bateria sama z siebie się wypłaszczyła), zaś GoPro po wyłączeniu w połowie dnia celem oszczędzania baterii również odmówiło dalszej współpracy, z tą różnicą, że podładowanie w domu nic nie pomogło.

Ja + technika = samolot rozbił się przed startem.

Dlatego też zdjęcia (i część filmiku, który poniżej) robiłem rukwią wodną (i za pomocą GP, póki działało). Nie jestem w stanie ogarnąć, jak ktokolwiek mógł polecić Xperię XA1 jako telefon z dobrym aparatem. Człowiek, który uznał jakość zdjęć wykonywanych przez to urządzenie za choćby w przybliżeniu satysfakcjonującą, najprawdopodobniej był niewidomy.

Trudno jednak, co było robić. Pozostało przywitać się z ludźmi, ograć trochę sprzętów oraz posłuchać tego, co mieli do powiedzenia Szanowni Prelegenci.

Tak, jak w zeszłym roku, po prawej stronie od wejścia ulokowała się pomocna ekipa Silent Scream

No nie jestem fanem, co zrobię jak nic nie zrobię

Spectory były, niestety zabrakło Nicka Beggsa

Kiedyś wydawało mi się, że to miejsce jest większe. A może to ja byłem mniejszy? Wszerz na pewno.

#krzywymostek

Trochę żałuję, że go nie przetestowałem, ale i warunki były takiese

Niektórzy wieszają na nich psy, wombaty i rododendrony, ale to naprawdę fajne sprzęty

Fuj.
Pierwszym gościem tegorocznego Graj(mi)dołu był Olaf Deriglasoff, który podszedł poruszał biznesowo-psychologiczną stronę zagadnienia "jak nie rzucić tego w cholerę".


Następnym prelegentem, zgodnie z zapowiedzią, był Piotr Witwicki, którego można było spytać o dowolny aspekt sztuki lutniczej.


Niestety, nie miałem możliwości zostać do końca spotkania z Witwą (ani tym bardziej na zapowiedziany na 20:00 koncert Cyrku Deriglasoff) - obowiązki wszakże wzywały.

A wrażenia? Obejrzyjcie film. Do końca. Zresztą jest odrobinę lepszej jakości niż zdjęcia. Co swoją drogą nie jest wielką sztuką.


czwartek, 10 maja 2018

Basowisko: nowy, lepszy Westone

Rzadko się zdarza, bym tę samą rzecz opisał dwa razy. Zasadniczo nie ma to, prawdaż, większego sensu - po co wszak pisać o jednym i tym samym? Czasem jednak zdarza się drobny wyjątek od tej reguły (który jednakowoż niczego nie potwierdza, wbijcie sobie to do głów, wielbiciele gwałcących logikę powiedzonek). Szczególnie, jeśli ponownie opisywany artefakt nie jest już do końca taki sam.

Nieco ponad 2 lata temu stałem się posiadaczem bardzo ciekawego basiwa wyprodukowanego przez japońską manufakturę Matsumoku pod marką Westone. Zakup uznałem za nader udany - szczególnie biorąc pod uwagę relację ceny do jakości i brzmienia. No i, nie ukrywajmy, basik zwyczajnie mi się podobał.


Niestety, jak to bywa ze sprzętami za Bardzo Mały Piniondz, było z nim kilka drobnych problemów. Żaden nie był szczególnie palący, ale z jednym - dość drażniącym moją naturę estety - uporałem się dość szybko. Problemem owym były klucze. Otóż te zamontowane w moim egzemplarzu były dostosowane do rzędowej główki, podczas gdy tu mamy do czynienia z układem 2 + 2. Zakup niedrogiego, ale zupełnie przyzwoitego kompletu koreańskiej produkcji rozwiązał problem - a do tego dzięki temu uzyskałem możliwość ucinania końcówek strun już po ich założeniu i nastrojeniu, co - nie ukrywajmy - mocno skraca czas zazwyczaj dość upierdliwej wymiany.

Co nie zmienia faktu, że w obrzynie i tak zmienia się je szybciej.


Na tak oto delikatnie zmodyfikowanym Westonie grałem przez pewien czas, nawet nagrywając na nim większość wciąż niestety niewydanej płyty Amaze. Jednak jego dość ciemne brzmienie z wyraźnie stłumioną górką powoli przestawało mnie satysfakcjonować. A biorąc pod uwagę klonowo-jesionowy korpus i jasny dźwięk przy grze na sucho, winowajca był w zasadzie oczywisty: przystawka.

Oryginalny przetwornik, wkręcony w dechę Westone'a, był japońską konstrukcją mocno wzorowaną na Modelu P słynnej firmy DiMarzio. O ile jednak oryginał, choć nieco ciemniejszy w brzmieniu od klasycznych konstrukcji opartych na magnesie AlNiCo, miał trochę górnego pasma, japońska wersja brzmiała niemalże jakby bas miał na stałe skręcony potencjometr tonów. Dlatego też zapadła decyzja: wymieniamy przystawkę.

Niestety, najlepsze do klasycznego preclowego brzmienia przystawki Fendera kosztują swoje. Na szczęście istnieje znacznie tańsza, a ciesząca się bardzo dobrą opinią alternatywa - i to polskiej produkcji. Otóż w małym zakładzie mieszczącym się w Olsztynie powstają sensownie wycenione przystawki pod nazwą Merlin. I właśnie takowego Merlina postanowiłem sobie sprawić.

Aby mieć pewność, że nic nie zostanie skopane,  wymianę postanowiłem zlecić zaprzyjaźnionemu lutnikowi. Stwierdziłem przy tym, że skoro basiwo i tak będzie w jego czułych rękach, warto np. zrobić mały szlifik progów, który - biorąc pod uwagę uporczywe brzęczenie w okolicach 2 i 3 progu - powoli stawał się koniecznością. A jak się okazało podczas fachowych oględzin, konieczność była już dość mocno paląca.

Ze względu na stan progów, całość prac trwała nieco dłużej i kosztowała nieco więcej, niż  z początku planowałem. Ale efekt... efekt jest naprawdę zacny.


Przede wszystkim, co czuć nawet bez podłączania basiwa, mocno wzrósł komfort gry. Struny można opuścić dużo niżej niż dotychczas, a brzęczenie o progi pozostaje pod kontrolą. Jednak najważniejszą różnicą jest oczywiście brzmienie. Sound zrobił się dużo bardziej wyrazisty, nieco agresywniejszy. Słychać mocno zaznaczoną górkę, której tak mi wcześniej brakowało, do tego czuć silniejszy "cios" w środkowym paśmie. Uzyskałem tym samym cechy, których oczekiwałem po basie "preclopodobnym".

Zresztą... posłuchajcie sami.

Palce, odkręcony potencjometr tonów:


Palce, skręcony potencjometr tonów:


Kostka:


Kostka + przester:


Kciuk:


Tapping + chorus:


Oraz film:



Podsumowania (czyli zad i walet) nie będzie - było już w pierwszym wpisie traktującym o Westonie. Można jedynie dodać, że dzięki wymianie przystawki znikła jedna z pierwotnych wad, czyli zbyt ciemne (jak na mój gust) brzmienie. Nadal jest to świetnie wykonany, fajnie gadający, charakterny Japoniec z wygodnym gryfem i niebanalną stylówą.

I tak, nadal wożę go Skanssenem. Choć ostatnio, niestety, dużo rzadziej, niż bym chciał. I to nie tylko dlatego, że częściej wożę fretlessa. Bo i na nim gram zdecydowanie za rzadko.


środa, 14 marca 2018

Basowisko: kopia lepsza niż oryginał

Szukajcie a znajdziecie, jak to ktoś kiedyś gdzieś powiedział. Nie powiedział jednak, ile to szukanie ma trwać. Zdarza się bowiem, że człowiek szuka przez całe lata zanim znajdzie coś, co choćby w przybliżeniu przypomina to, czego poszukiwał. 

Mi na szczęście zajęło to sporo mniej.

Jak już wspominałem (kilkukrotnie), Ibanez dość niespodziewanie znalazł nowego właściciela, i to nie byle jakiego. Tym samym zostałem bez fretlessa. Co prawda niektórzy twierdzą, że na bezprogu "dzisiaj się nie gra", ale jako człowiek mający w serdecznym gdziesiu to, co mówią przelotne mody, a jednocześnie uważający grę na basie bezprogowym za jedną z niewielu naprawdę ogromnych przyjemności, których można zaznać w ubraniu, i tak rozpocząłem intensywne poszukiwania następcy.

Najpierw zainteresowałem się rozwiązaniami dość budżetowymi (choć niezłej jakości). Niestety, okazało się, że me wymagania w kwestii fretlessa poszły nieco zbyt wysoko w górę, bym miał bez poważniejszych zastrzeżeń zdecydować się na taki instrument. Były też inne pomysły, jednak brak możliwości ogrania (400 km w jedną stronę to sporo, jeśli nie masz pewności, czy się zdecydujesz) czy nagrania sensownych próbek spowodował, że i one zostały odrzucone.

Pojawiło się jednak jeszcze jedno ogłoszenie. Instrument nie zachwycał mnie pod względem estetycznym, ale był po pierwsze ciekawy, po drugie niedaleko (pod Warszawą), po trzecie zaś niewiele powyżej budżetu. Na tyle niewiele, że dałoby się go jeszcze troszkę naciągnąć.

Pojechałem zatem. I... wróciłem już z basem.


Miałem już doświadczenia z wyrobami polskich lutników. Niektóre bardzo dobre, inne nieco mniej, ale nigdy nie schodziły poniżej pewnego poziomu. Do tego pan Jarosław Bąk - gdyż jego dziełem jest instrument, który finalnie zanabyłem - cieszy się sporym uznaniem, szczególnie w Małopolsce, gdzie działa jego pracownia pod nazwą Guitarmanus. Dlatego z tym większą ciekawością podążałem w umówione z dotychczasowym właścicielem miejsce.

I doprawdy, opłaciło się.

Zacznijmy jednak od wrażeń estetycznych.

Dzieło p. Bąka jest utrzymane w stylistyce lat dziewięćdziesiątych. W sumie trudno by było inaczej - wszak wizualnie bas jest wzorowany na wczesnych Ibanezach z serii SR. Nie jestem zbytnim fanem tej stylówy, ale też nie jest ona najgorsza. Jedyne, co tak naprawdę przeszkadza mi w wyglądzie, to główka, konkretnie zaś jej lekkie przechylenie w stronę niższych strun i wynikające z niego rozmieszczenie shallerowskich kluczy. Sprawia to, że końcówka struny A (w 5-strunowym basie znajdującej się dokładnie w osi symetrii instrumentu) od siodełka do klucza nie biegnie prosto, tylko zagina się nieco do góry (lub w lewo, jeśli patrzymy na bas stojący pionowo). Niby pierdółka, a jednak nieco razi mój zmysł estetyczny.


Ibanezowate kształty mają swoją zdecydowaną zaletę: wystrugany z jesionu bagiennego korpus jest przyjemnie wyprofilowany, co zdecydowanie wpływa na komfort gry. Ponadto bas nie waży ani za dużo, ani za mało (zbyt lekkie instrumenty często mają niezbyt długi sustain, co w przypadku fretlessa jest poważną wadą) i, co istotne, jest dobrze wyważony. Niestety, dość wierne trzymanie się designu oryginału pociąga za sobą też pewną wadę. Jest nią niezbyt fortunne umieszczenie gniazdka: siedzi ono dość głęboko pod kątem na brzegu korpusu, co nieco utrudnia trafienie końcówką kabla.


Równie wygodny co deska okazuje się klonowy gryf, przykręcony do korpusu za pomocą czterech niesymetrycznie rozmieszczonych śrub. Jest zauważalnie grubszy, niż wyścigowe wręcz szyjki Ibanezów SR, jednak jego wyprofilowanie sprawia, że świetnie leży w dłoni. Sama jego konstrukcja jest dość ciekawa. Co prawda gryfy klejone z kilku części, zazwyczaj nieparzystej ilości, tak, by klejenie nie przechodziło przez oś symetrii, są bardo często spotykane (wpływa to na stabilność szyjki), jednak poszczególne części biegną przez całą długość. Tutaj zaś środkowa część gryfu podzielona jest na dwie części - zaraz za główką zaczyna się pasek zrobiony z pięknego klonu wzorzystego. Przypomina to nieco fenderowskie rozwiązanie znane jako "skunk stripe" - pręt napinający gryf instalowany jest wtedy od tyłu, po czym wstawia się pasek ciemniejszego drewna - jednak po pierwsze jest ono stosowane w gryfach jednoczęściowych, tutaj natomiast mamy trzy części (jeśli środkową uznamy za całość), po drugie zaś w tym przypadku użyty został szerszy pasek wykonany z innej odmiany klonu. Muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie spotkałem się z takim rozwiązaniem.


Oczywiście bardzo ważnym elementem każdego basu bezprogowego jest podstrunnica. Tutaj mamy płat pięknego hebanu z 24 klonowymi markerami. Co ciekawe, w rozmowie z p. Bąkiem, do którego zadzwoniłem wypytać o szczegóły konstrukcyjne, okazało się, że basiwo rozpoczęło życie jako progówka. Dopiero po latach jeden z właścicieli oddał sprzęt do innego lutnika celem przeróbki, która zresztą została wykonana bardzo przyzwoicie. Wyjaśnia to również, czemu na gryfie znajdują się duże, okrągłe markery pozycji, które nie za bardzo pasują do wyglądu fretlessa.

Inną ciekawostką, której dowiedziałem się podczas rozmowy, jest fakt, że umieszczone w hebanowych obudowach przystawki również zostały wykonane samodzielnie przez twórcę basu. Są to pasywne single (czyli przetworniki jednocewkowe), przekazujące sygnał do gniazdka przez również pasywną elektronikę składającą się z dwóch potencjometrów głośności i dwóch pokręteł obcinających tony wysokie - po osobnej parze dla każdej z przystawek.

A jak działa całość? Nie będę ukrywał: wyśmienicie.


Dzieło p. Bąka brzmi tak, jakby od początku było pomyślane jako bas bezprogowy. Brzmienie jest niezwykle śpiewne, szczególnie wtedy, gdy używamy jedynie przystawki mostkowej, do tego wyrównane we wszystkich pozycjach. W paśmie dominuje okrągły, ciepły niski środek, jednak nie brakuje ani niskich, ani wysokich częstotliwości. Po odkręceniu głośności obu przystawek na full bas traci nieco fretlessowego "miauknięcia", jednak brzmienie nadal pozostaje użyteczne. Mimo braku progów, zupełnie przekonująco odzywa się z kciuka. Nieco mniej przekonuje sound z samej przystawki gryfowej - jest nieco zbyt nosowy i mało wyrazisty, jednak takiego ustawienia i tak w zasadzie nigdy nie używam. Tu jednak oczywiście nagrałem i taką próbkę - żeby było jeszcze mniej ortodoksyjnie, użyłem do tego kostki, a w drugiej połowie próbki dopaliłem całość przesterem. No bo czemu nie?

Posłuchajcie zresztą sami.

1. Solo, przystawka mostkowa, odrobina pogłosu
2. Z podkładem, przystawka mostkowa
3. Z podkładem, obie przystawki
4. Z podkładem, przystawka gryfowa
5. Z podkładem, obie przystawki, kciuk, dobarwione chorusem
6. Z podkładem, przystawka gryfowa na 100% + mostkowa na ok. 25%, kostka, w drugiej połowie doprawione przesterem
7. Z podkładem, główna linia - przystawka mostkowa dobarwiona chorusem, do tego osobno dograne flażolety (przystawka mostkowa, chorus i pogłos) oraz dodatkowa wsoka partia w środkowej części zagrana kostką (obie przystawki + przester i phaser)



Podsumowanie, czyli zady i walety:

JB fretless (to brzmi nieco lepiej, niż bezprogowy Bąk), mimo tego, że zaczynał życie jeszcze z progami, jest absolutnie rasowym, śpiewnym, pięknie brzmiącym bezprogiem. To, co liczy się we fretlessie, czyli okrągły, ciepły sound oraz śpiewność i długie wybrzmienie, są dokładnie tym, czego szukałem. Najciekawsze jest to, że jeśli uznamy dzieło p. Bąka za kopię Ibaneza SR, jest ono znacznie lepsze od oryginału, zupełnie przecież niezłego - przynajmniej biorąc pod uwagę wszystkie egzemplarze serii Soundgear, jakie miałem w rękach. Tak naprawdę, charakter brzmienia przy grze z użyciem samej przystawki przy mostku jest nieco zbliżony do... Pedulli Pentabuzz. A to już jest naprawdę wysoka liga. Ciekawe, czy po polakierowaniu podstrunnicy (co mam w dalszych planach) podobieństwo jeszcze wzrośnie.

Póki co - jest dobrze tak, jak jest. Na tyle dobrze, że wynagradza mi to pewne estetyczne niedoskonałości. No i na statywie wreszcie niczego nie brakuje.


Plusy:
  • świetne brzmienie (szczególnie z przystawki mostkowej)
  • solidne wykonanie
  • wygoda gry
  • bardzo dobra cena
Minusy:
  • niezbyt piękna główka
  • niezbyt wygodnie umieszczone gniazdo
Czym go wozić:

Trudno mi wymyślić idealny środek transportu dla tego instrumentu - wszak to polski bas, a wśród produkowanych w naszym kraju samochodów trudno znaleźć taki, który będzie dobrze pasował do tego wiesła. Niezłym wyborem byłby montowany przez pewien czas w Lublinie Peugeot 405, jednak idealne do transportu sprzętu kombi było wytwarzane jedynie we Francji. Poprzedni właściciel woził ten bas poliftowym Focusem II, ja jednak myślę, że przepastny bagażnik Skanssena będzie w tym przypadku optymalnym miejscem. Basik wejdzie tam bez problemu nawet w futerale, który dostałem w komplecie.


poniedziałek, 26 lutego 2018

Basowisko: w poszukiwaniu fretlessa

No i stało się. Ibanez wywędrował do Walii (gdzie, wedle słów nowego właściciela, prawdopodobnie był sprawcą niedawnego trzęsienia ziemi), zaś na moim statywie zabrakło bezproga.

Nie było wyjścia - trzeba było poszukać następcy.

Nie miałem konkretnych wymagań poza przystawką przy mostku (bo w zasadzie tylko z niej korzystam grając na fretlessie - acz wyjątkiem byłby układ PJ), fretline'ami (lub przynajmniej markerami z brzegu podstrunnicy, ale koniecznie w miejscu wszystkich progów) i, rzecz jasna, śpiewnym brzmieniem oraz dłuższym niż w Ibku sustainem. Drewna - po prostu lutnicze, najchętniej tradycyjny (a wręcz tradycjonalistyczny) zestaw olcha/klon/palisander, ale też nie odrzucałem innych opcji. Elektronika - zdecydowanie pasywna, ale jeśli trafiłby się fajny aktyw to też czemu nie. Liczba strun - może być 4, może być 5, acz ostatnio znów troszkę mnie ciągnie do piątki. Generalnie dość liberalne podejście do tematu.

Została jeszcze tylko kwestia ceny. Bo, jak wiadomo, budżet był ograniczony.

Zacząłem tedy poszukiwania. Brałem również pod uwagę przeróbkę, jednak jej koszt w połączeniu z długością prac mocno zniechęcały, dlatego skupiłem się na gotowych fretlessach. Wśród nich wpadła mi w oko pewna urokliwa, odprogowana Yamaszka. Praktycznie wszystko w niej się zgadzało: optymalny dla bezproga zestaw drewien, pasywne bebechy, markery w miejscach progów, no i jeszcze bonus w postaci piątej struny. A do tego wszystkiego cena ze sporym zapasem mieściła się w budżecie. Bas był w Skierniewicach, czyli ledwie godzinę drogi od Warszawy - jednak nie bardzo miałem ochotę telepać się ponad 80 km w jedną stronę tyko po to, by ograć sprzęt, co do którego nie wiedziałem jeszcze, czy go kupię.

Mam jednak kolegę, który w swym arsenale ma identyczną. I rezyduje w mieście stołecznym.

I zgodził się mi ją pożyczyć.


Pierwsze, co można powiedzieć o Yamaszce BB G5, to to, że jest ładna. Naprawdę ładna. Miałem zresztą kiedyś podobny model Yamahy - acz w wersji aktywnej, za to bez ozdobnego topu. I również w tamtej, nieco skromniej wyglądającej wersji prezentowała się nader zacnie. Klasyczne kształty niebędące jednak zrzyną z najpopularniejszych konstrukcji, dobrze dobrane proporcje, wizualne dopieszczenie detali - wszystko to sprawia, że na instrumenty z serii BB patrzy się z przyjemnością. Tu zaś mamy jeszcze lakier o wyjątkowo ładnym odcieniu niebieskiego i wzorzysty top. Niestety, to właśnie on stanowi pewien dysonans - a w zasadzie nie on sam, tylko świadomość, że... nie jest prawdziwy. To, co wygląda, jak warstwa pięknego wzorzystego klonu, to tak naprawdę coś w stylu fototapety. Podobny patent stosował również w latach 90. Fender oferując gitary z wykończeniem zwanym Fotoflame. No cóż, w tej półce cenowej trudno oczekiwać, że dostaniemy prawdziwe wzorzyste drewno.


Jeśli chodzi o konstrukcję, BB G5, jak wszystkie Yamahy z serii BB od połowy lat 90., jest ze wszech miar klasyczna. Do olchowego korpusu przykręcony jest klonowy gryf z palisandrową podstrunnicą (pozbawioną progów przez jednego z poprzednich właścicieli), zaś elektronikę stanowią w tym przypadku dwie pasywne przystawki z regulacją głośności za pomocą dwóch osobnych potencjometrów. Do tego jeszcze pasywne pokrętło tonów, służące do obcinania górnego pasma, i... tyle. I tyle wystarczy.


To, co bardzo pozytywnie zaskakuje w BB G5, to lekkość i komfort. Decha jest odpowiednio wyprofilowana, gryf, choć dość szeroki, dobrze leży w dłoni, a całość nie łamie kręgosłupa. Oznacza to, że pod względem manualnym jest to bardzo dobry instrument dla tzw. muzyka pracującego. Innemi słowy, chałturnika.

Niestety, brzmienie nie stoi na tak wysokim poziomie, jak wygoda gry czy estetyka.


Żeby nie było wątpliwości - sound niedrogiej Yamaszki absolutnie nie jest zły. Powiem więcej - jest zupełnie przyzwoity. Tyle, że... na tle jej klasy cenowej.

Na początku byłem wręcz bardzo zaskoczony, ogrywając bezprogową BB u jej właściciela. Zarówno na sucho, jak i po podłączeniu, brzmienie było przekonująco pełne i śpiewne, jak na fretlessa przystało. Niestety, po zataszczeniu Yamahy na próbę i zagraniu z całym zespołem okazało się, że soundomierzowi brakuje nieco głębi i soczystości, które pozwalałyby przekonująco "siedzieć w miksie". Dół był mało mięsisty, środek nieco zbyt płaski, zaś w górnym paśmie zabrakło nieco definicji. Oczywiście może być to również wina palców operatora - w rękach właściciela Yamaszka odzywa się całkiem nieźle. Chociaż i tutaj nie słychać zbyt dużo fretlessowej śpiewności.


Podsumowanie, czyli zady i walety:

Yamaha BB G5 nie występowała w naturze jako fretless. Jako progówka była po prostu przyzwoitą, wygodną, niedrogą piatką. Po odprogowaniu okazuje się... przyzwoitą, wygodną, niedrogą bezprogową piatką. Jednak trzeba tu podkreślić słowo "niedroga". W cenie, w jakiej można kupić ją na rynku wtórnym (na pierwotnym już nie występuje - produkcja zakończyła się przynajmniej 10 lat temu), podpada pod kategorię basów budżetowych. I w tej kategorii jest bardzo dobrym instrumentem. Jeśli zatem nie grasz za często na bezprogu i nie jest ci potrzebny lepszy instrument lub po prostu chcesz nauczyć się grać na fretlessie ale wolisz na początku nie inwestować zbyt dużo, nadal widniejąca na OLX-ie Yamaszka jest bardzo dobrym wyborem. Jeśli jednak masz już nieco wyższe wymagania, być może wystarczyłaby zmiana przystawek (np. na nasze krajowe Merliny lub Hathory). Ale podejrzewam, że w takim wypadku trzeba by było jednak dołożyć parę złociszy na wyższej klasy instrument.

Co zresztą uczyniłem. Ale o tym w swoim czasie.


Plusy:
  •  komfort gry
  • estetyka
  • przyzwoite wykonanie
  • relacja cena/jakość
Minusy:
  • nieco płaskie brzmienie 
  • udawany top

Czym ją wozić:

Jest to sympatyczny, niedrogi instrument azjatyckiego pochodzenia i takim też samochodem można ją wozić. Właściciel transportuje ją Fabią kombi, ja jednak uważam, że idealnym wozidłem byłby 5-drzwiowy Civic VI.