sobota, 15 lipca 2017

Pięć

O w mordę. Pięć lat.

To już pięć lat od mego przywitania z Wami. Pięć lat od momentu, w którym zaczęła się cała moja pisanina.

To również inna rocznica. Poprzednim razem obiecałem, że na pewno będę pisał jeszcze rok, a "potem się zobaczy". I ten rok mija właśnie dziś.

I co?

I w zasadzie mógłbym skończyć. Minęło 5 lat i - licząc razem z tym - 365 wpisów, co oznacza, że udało mi się osiągnąć średnią jednego wpisu na pięć dni. W tym czasie zyskałem 790 obserwatorów na fejsie. Moje wynurzenia w miarę regularnie czyta też kilkaset osób. Nie oszukujmy się - jak na pięć lat, jest to wynik mniej niż mizerny.

Problem w tym, że cholernie to lubię.

To dzięki mojej pisaninie miałem okazję przetestować całkiem sporą (jak na anonimowego Leona z poczty) liczbę mniej lub bardziej ciekawych aut. To dzięki temu blogu poznałem nader interesujących, niebanalnych ludzi. I to dzięki niemu nie marnują się gigabajty zdjęć strzelanych randomowym gratom.

No to jak? Lecimy dalej?

Owszem, lecimy. Ale... z bonusem.

Otóż pięciolecie to dobra okazja, by wprowadzić pewne zmiany. Pójść, jak to się mawia z upiorem czasu, czy coś w ten deseń. Być bardziej... no, na czasie. Być prawie jak Blogo. Choć od dawna wiadomo, że prawie to wielka różnica.

Lejdis and Dżętelmen, vlog.



Przyznaję bez bicia - jak na razie gotowe jest jeno powyższe intro. Do tego nie jest ono w 100% moim dziełem. Klejąc je przekonałem się boleśnie, że totalnie, absolutnie i dramatycznie nie umiem w edycję. Jakąkolwiek. Dość powiedzieć, że na temat filmowy zużyłem praktycznie całe moje L4 - cztery dni po kilka godzin dziennie. A efekt... Powiem tyle: jeśli ktoś ma gdzieś zajeżdżonego VHS-a z germańskimi pornolami z czasów, gdy faceci nosili wąsy (kobiety zresztą też, tylko w innym rejonie), to jakość wizualna była zbliżona. Minus genitalia. Po czym przyszedł red. Z. Łomnik i z materiału surowego skręcił mi w kwadrans coś, co da się oglądać bez chęci natychmiastowego zwrotu ostatniej wyżery.

Ale muzyczkę zrobiłem sam. Choć oczywiście w kwestii instalowania programu do kręcenia tłustych beatów (beatów, nie Beat) też musiałem wyciągnąć łapę po pomoc.

Vlog - jak na razie - będzie tylko dodatkiem do słowa pisanego, a ze względu na moje mocno ograniczone ramy czasowe nie będzie się pojawiał częściej niż raz na miesiąc (gdyż albowiem zakładam, że średnio tyle właśnie będzie mi zajmowało sklejenie kilkuminutowego materiału, nie mówiąc o samym kręceniu tegoż). Na obecną chwilę mam gotowe materiały na pierwszy filmik. Obiecuję, że będzie przeokrutnie nudny i ci z Was, którzy obejrzą go do końca zrobią to częściowo z powodów masochostycznych, a częściowo z litości. Serdecznie zapraszam.

Na koniec podstawowe pytanie: ile jeszcze? Powiem tak: chcę ten rok zamknąć łączną liczbą 400 wpisów. A potem się zobaczy.

Czyli pewnie nadal będę pisał. Wszak szkoda, by te wszystkie materiały na mixy się zmarnowały.

wtorek, 11 lipca 2017

Śmignąwszy: bardzo szybki odkurzacz

Niektórych okazji po prostu nie można przegapić.

Jak wiedzą chyba wszyscy moi czytacze, jestem przede wszystkim miłośnikiem aut praktycznych. Samochód musi mieć dla mnie pojemny bagażnik mieszczący mój basowy sprzęt (przy czym, żebym naprawdę mógł go pochwalić, bas w futerale musi wchodzić w poprzek bez konieczności składania oparcia) i najlepiej dwie pary drzwi. Gustuję szczególnie w kombiakach, nie gardzę też vanami. Sedany zasadniczo uważam za marnotrawstwo płyty podłogowej (choć istnieje kilka na tyle fajnych, że wybaczam im ograniczoną praktyczność) zaś na coupe lubię sobie popatrzeć, i choć zdarzyło mi się bujnąć jednym czy drugim, (a nawet trzecim i czwartym) które sprawiły mi sporo frajdy, zaś ich bagażniki pomieściły bas czy dwa, nadal jakoś nie pałam rządzą posiadania takowego sprzętu. 

Nie znaczy to jednak, że okazja przejechania się kolejnym przedstawicielem gatunku była dla mnie mało atrakcyjna. Wręcz odwrotnie - na samą myśl o przejażdżce moje gruczoły ślinowe rozpoczęły intensywną pracę, zaś w drodze na spotkanie ze sprzętem, który miałem przetestować, zaczęły pocić mi się ręce. Zresztą doznawałem podobnych sensacji już wcześniej, na sam widok innych egzemplarzy tegoż modelu.

No bo spójrzcie tylko.


Tak - Mazda RX-8 to przepięknie ukształtowane żelazo. Fantastyczne proporcje z długą maską i cudnie wyrzeźbionymi błotnikami, zgrabnym, któtki kuperkiem i płynną linią dachu, do tego wysmakowane detale w rodzaju otworów wentylacyjnych za przednimi kołami - wszystko to składa się w naprawdę fenomenalnie prezentującą się całość. Obok RX-8 trudno przejść obojętnie.

Wnętrze jest może nieco mniej porywające, jednak w kwestii jakości wykonania czy ergonomii trudno mu coś zarzucić.


Za kierownicą RX-8 siedzi się zdecydowanie po sportowemu - niska pozycja z mocno wyprostowanymi nogami i zgiętymi rękami to dokładna odwrotność tego, co znamy ze starszych Fiatów. Siedzenia są twarde lecz wygodne, zaś klasę samą w sobie stanowi malutka, charakterystycznie ukształtowana dźwignia zmiany biegów.

Osobną opowieścią jest zaś to, jak do tego wnętrza można się dostać. 


Trudno powiedzieć, czy coupe Mazdy można określić jako 4-drzwiowe - tylną parę stanowią w zasadzie króciutkie, szczątkowe klapki z okienkami - ale drzwi to drzwi. Ważniejsze jest zaś to, jak się otwierają. Konkretnie zaś do tyłu.

Tak - RX-8 to 4-drzwiowe coupe (prawdziwe, nie trochę smuklejszy sedan w rodzaju Mercedesa CLS) z kurołapami z tyłu.

I bez środkowego słupka.

Niestety nie wpadłem na genialny pomysł, by przetestować łatwość dostawania się na tylne siedzenia, jednak podejrzewam, że mój krągławy ciałokształt miałby pewne problemy z wciśnięciem co bardziej wystających (i opływowych) elementów rzeczywistości na tylne siedzenie. Same siedzenia drugiego rzędu sprawiają wrażenie wygodnych, jednak otaczająca je przestrzeń sprawia wrażenie, że nie są one miejscem do spędzania zbyt długiego czasu. 

Wiadomo jednak, że sportowe coupe nie służą do wożenia rodziny z klamotami, tylko do bezmyślnego ciśnięcia lewym. A w tym przypadku najważniejsze jest to, co spoczywa pod maską.


Między przednimi kołami RX-8 mieści się mazdowskie spécialité de la maison, czyli wynalazek, który jednych (NSU) doprowadził do bankructwa, a inni (Citroen, Mercedes itd.) po nieudanych eksperymentach postawili na nim krzyżyk: silnik Wankla.

Jednostka z wirującym tłokiem to temat na osobną opowieść. Nie będę się jednak wgłębiał w szczegóły - znacznie lepiej ode mnie uczynił to Szczepan w swym teście poprzednika (i to niebezpośredniego) "eriksósemki". Dość powiedzieć, że poza takimi zaletami, jak praktycznie bezwibracyjna praca i kompaktowa budowa, miała też parę poważnych wad, zaś jedna z nich - brak możliwości spełnienia norm emisji spalin - sprawiła, że finalnie i Mazda, której udało się konstrukcję tę dopracować najlepiej ze wszystkich zmagających się z nią producentów, pożegnała się z wynalazkiem Felixa Wankla. Przynajmniej na czas pewien.

RX-8 była - póki co - ostatnim modelem, w którym zastosowano silnik z wirującymi tłokami. Konkretnie dwoma. Całość ma pojemność 1,3 litra iw mocniejszej wersji, którą miałem okazję się przejechać, mimo braku turbodoładowania  generuje 231 KM, które za pośrednictwem 6-stopniowej manualnej skrzyni biegów napędzają - a jakże - tylne koła.

I robią to naprawdę zacnie.


Jednym z zarzutów stawianych silnikom Wankla jest ich stosunkowo niski moment obrotowy. W przypadku 231-konnej wersji jednostki Renesis jest to zdrowe 211 niutonometrów. Pozornie sporo, jednak obecnie takie wartości osiąga byle diesel. Do tego przy znacznie niższych obrotach. Gdyż albowiem tak, Wankla trzeba naprawdę wysoko kręcić.

Ale zaprawdę powiadam, warto.

Dźwięk wysoko kręconego silnika z wirującymi tłokami jest... specyficzny. Spodziewałem się czegoś bardziej "kosmicznego", jakiegoś wyjącego "ziiiuuuuuu", a tu mamy... no cóż, dźwięk silnika, ale dość dziwny. Niektórzy porównują go do odkurzacza - i coś w tym jest. Tyle, że jest to taki wściekły, warczący odkurzacz.

W przypadku odkurzacza najważniejsze jest jednak to, jak on, za przeproszeniem ciagnie. I w tym miejscu wypada mi zaraportować, że ciągnie nader zdrowo.

Potraktowane mocniej z buta coupe Mazdy wyrywa do przodu jak złe. I ewidentnie jest to sposób traktowania, do jakiego urodziwa coupeta została zaprojektowana, gdyż próby utrzymania całkowicie przepisowego tempa szybko stają się bardzo frustrujące. Powiem tak: nader ciężko jest w RX-8 utrzymywać prędkość nie grożącą utratą prawa jazdy.


Dwurotorowy Wankel bardzo dobrze dogaduje się z 6-biegową skrzynią, sterowaną za pomocą króciutkiego drążka o stylistyce nawiązującej do wanklowskiego wirującego tłoka. Jej zestopniowanie jest dopasowane do wysokoobrotowego charakteru silnika. Co ciekawe, jedynka jest tu pełnoprawnym biegiem do jazdy - na osiedlowych uliczkach z progami zwalniającymi lub wąskich, szutrowe dróżkach, które w większości samochodów przemierza się na dwójce, w RX-8 najlepiej korzystać właśnie z pierwszego biegu.

Do charakteru i osiągów Mazdy bardzo dobrze pasuje też praca zawieszenia - nastawy są sportowo twarde, ale nie przesadnie. Dzięki temu z jednej strony samochód świetnie trzyma się drogi a my doskonale czujemy, co dzieje się z przednimi kołami, zaś z drugiej komfort podczas jazdy w "zwykłym" tempie pozostaje na akceptowalnym poziomie.

Nie da się przy tym wszystkim nie zauważyć, że nie tylko silnik, ale również skrzynia biegów i zawieszenie są w japońskim coupe źródłem dźwięków - nie są to jednak dźwięki niepokojące, wskazujące na usterkę, tylko prawdziwie mechaniczne odgłosy pracujących podzespołów. W każdej chwili wiesz, co i jak działa. 

Osiągi osiągami, prowadzenie prowadzeniem, ale od pewnych tematów nie uciekniemy. Wiadomo, że od samochodu oczekuję możliwości przewiezienia zarówno mnie (i, opcjonalnie, pasażerów), jak i mojego sprzętu. Albo przynajmniej dwóch basów.

A w Mazdzie RX-8... da się.


Na papierze bagażnik RX-8 ma 290 litrów. Niewiele w kategoriach bezwzględnych, za to całkiem przyzwoicie jak na sportowe coupe. I owszem, kufer jest dość płytki i płaski, ale okazuje się zaskakująco szeroki. Na tyle szeroki, by dwa basy w pokrowcach bez problemu weszły w poprzek - a jeśli któryś z nich jest obrzynem (tak jak ten w niebieskim pokrowcu), miejsca wystarczy na jeszcze trzeci. I będzie jeszcze trochę luzu. Podejrzewam, że sztywny futerał też dałoby się tu zmieścić.

Podsumowanie, czyli zady i walety:

Mazda RX-8 to rasowe, sportowe coupe - ale nie przeszkadza mu to w byciu całkowicie przydatnym do codziennego użytku dupowozem. Jeśli nie masz progenitury (lub zdążyła już wyeksmitować się z domu celem prowadzenia tzw. własnego życia), w pracy zawieszenia wyżej cenisz sportową sztywność od kanapowatej miękkości, dysponujesz na tyle wysoką samokontrolą, że nie utracisz prawka w ciągu kilkunastu minut (np. zamiast cisnąć dwieście po mieście wolisz czasem wybrać się na tor), a do bagażnika potrzebujesz władować jedynie bas (lub dwa, ewentualnie trzy) - RX-8 jest naprawdę fajnym wyborem. A przypadłości Wankla, takie, jak np. chłeptanie oleju? Cóż... i tak wypija go znacznie mniej, niż przeciętne TSI.

Tylko postaraj się nie wymawiać za często "Wankel" z angielska.


Plusy:

  • osiągi
  • fantastyczna stylistyka
  • zaskakująca przyjazność i przydatność na co dzień
  • szeroki bagażnik
Minusy:
  • zużycie paliwa (i oleju - choć i tak mniejsze niż w wielu znacznie bardziej popularnych konstrukcjach)
  • koszta serwisowe i eksploatacyjne
  • te kurołapy z tyłu, choć przefajne, są raczej pro forma
Co nią wiozić:

Do rasowego japońskiego żelaza idealnie pasować będzie rasowy japoński bas. Bardzo dobrym wyborem będzie choćby Greco z serii TB, czyli nader udana kopia Gibsona Thunderbirda, zaś jeszcze lepszym - nowoczesna interpretacja Jazza w wykonaniu FGN lub świetne, zapomniane już nieco basy Heartfield. Ja jednak w bagażniku RX-8 widziałbym przede wszystkim dzieła japońskiego lutnika-świra firmującego swe przedziwne instrumenty pięknie brzmiącą nazwą Atlansia. Pasowałyby idealnie.

czwartek, 6 lipca 2017

Długodystans: 2 lata ze Skanssenem

Tak, to już dwa lata.

Z jednej strony już - no bo rany boskie, kiedy to zleciało - z drugiej strony... dopiero. Owszem, dopiero - bo mam wrażenie, jakbym jeździł Skanssenem od zawsze.


Tak - zżyłem się z tym autem.

Zwiedziliśmy razem już spory kawałek Polski, zrobiliśmy 3 przeprowadzki (w tym jedną międzymiastową), wzięliśmy udział w kilku rajdach (zajmując w jednym z nich 3 miejsce), regularnie woziłem nim (i nadal wożę) sprzęt na grania i nagrania, a nawet zdażyło mi się wykorzystać jego przepastny bagażnik do zdrzemnięcia się po jednym z wykonów. Do tego Skanssen został bohaterem nader zacnego wpisu na Automobilowni, co niewątpliwie przyczyniło się do zarobienia kolejnych punktów tłustego fejmu.

Zdecydowanie dobrze nam ze sobą.


Czy coś się zatem zmieniło?

I tak i nie.

Nie - bo tak samo, jak wcześniej, Skanssen dzielnie wozi mnie i moich pasażerów na wykony (tyle, że ostatnio jest ich sporo mniej, niestety), próby i wywczasy wszelakie oraz pomaga ogarnąć wszelakie codzienne tematy, spalając przy tym nieco więcej paliwa, niż bym sobie życzył.

Tak - bo jednak wiek i pewne zaniedbania dają o sobie znać. Do objawów, które zaobserwowałem pewien czas temu, doszły kolejne - równie niepokojące. 

Już od dłuższego czasu odgrażam się, że zainwestuję w Skanssena parę złociszy, jednak z nie do końca zależnych ode mnie powodów organizacyjnych moment ten wciąż się odsuwa. A przyspieszyć się go nie bardzo da - przynajmniej o ile nie chcę mieć przerwy w posiadaniu dachu nad głową. Bo jednak w Skanssenie nie mieszkałoby się najlepiej - takie rzeczy, jak łazienka, przydają się czasami.

Tak czy inaczej - moment, w którym większe inwestycje będą konieczne, zbliża się całkiem sporymi krokami. I w końcu zostaną dokonane... o ile nie okażą się nieopłacalne. Bo i tak, niestety, może się zdarzyć.

Póki co jednak Skanssen bez marudzenia dowozi swych pasażerów tam, gdzie w danej chwili jest potrzeba tudzież chęć. Wiosną było to województwo zachodniopomorskie, ostatnio zaś, jak co roku, grane było łódzkie - najpierw celem wydobycia solidnego decybela nad Zalewem Sulejowskim...


...później zaś z okazji zgierskiego Graj(mi)dołu.


Oczywiście Skanssen nadal bardzo dobrze nadaje się również do eksploracji, zarówno celem połowu materiałów na miksy (zwane nieco nieprecyzyjnie "Spacerkiem i rowerkiem" - choć prawdą jest, że właśnie takie formy przemieszczania się skutkują zazwyczaj najbogatszym ustrzałem), jak i odkrywania nieznanych mi wcześniej rejonów miasta.

Takich, jak choćby nieczynny peron kolejowy.




Najśmieszniejsze jest natomiast to, że przez cały ten czas na liczniku nie przybył ani jeden kilometr.

Ciekawe tylko, jak wytłumaczę to na przyszłorocznym przeglądzie. Bo raczej nie tym, że jeździłem głównie rowerem.


Tymczasem... tymczasem powstały pewne plany. A nawet przygotowania.

Ale o tem potem.


Pozostańcie nastrojeni.

wtorek, 4 lipca 2017

Spacerkiem i rowerkiem: w środku miasta

Ooo, Basista intensyfikuje pisaninę. Wiedz, że coś się dzieje, przypadek - nie sądzę, spisek, kto za tym stoi itd.

A nieee, to znowu mix, dobra, w porządku.

Mix to jednak uwagi godzien, gdyż z dzielnicy, która przecież gratami nie stoi - czyli ze Śródmieścia. Centrum to wszak banki, hipsteria na Zbawiksie, kebsy i splendiż, a wrastanie czegokolwiek nie jest tu mile widziane. Mimo to udaje się czasem coś upolować, a gdy już wolumen upolowanego materiału osiąga satysfakcjonujący poziom, wtedy, prawdaż, mix.

Tym razem zapraszam na wycieczkę trasą Muranów - Stare Miasto - Powiśle - Śródmieście Północne - Śródmieście Południowe - Ujazdów.


Ja chyba jednak nie zrobię tego mixu centrohandlowego. Oraz, żeby nie było - Arkadia to brzeg Muranowa

Daewoo Dumbass

Trzeba być świrem, by odróżniać Corollę USDM od tej na rynek europejski

No wiem, nic ciekawego

Niva z Nivomatem to by była incepcja. Nivcepcja.

Widuję go dość regularnie tu i tam, co niezmiennie mnie raduje.

Pilnuje by nikt nie zeżarł golonki nie płacąc

A wierzcie mi, jest warta swojej ceny

Kurdeż, moja sympatia do Garbusów ostatnimi czasy wraca

T3 grające dupstep wydechem: WUBWUBWUBWUBWUB

A ten to chyba z rajdu wracał akurat

To się nazywa wierność jednemu zakładowi pracy

Stylistycznie to jednak krok w tył w stosunku do serii 02

Szkoda, że nie kombi, ale i tak szanuję

WIAdomo, że R5 na czarnych to już klasyk pełno gembo

Z jednej strony zdają się być tak popularne, że w kategorii "ustrzał do mixu" to nic ciekawego, z drugiej - to cieszy

Gdzieś na początku lat 90. po Polsce jeździła jedna policyjna Alfa 33. Mieli fantazję. I rozmach. I odwagę.

O, i to jest miejskie toczydło, a nie ponad 4-metrowe Polo czy Clio.

Wszyscy chórem powtarzamy: nie ma mixa...

Tak, wiem, wszyscy go znają. Ale tak pięknie wrasta, że nie da się przejść obojętnie

Dobre Kroko zawsze spoko.

Stary Star roztacza czar

A propos czaru - tu mamy czar czarnych

Gangsterka retro

Złotówa retro

Jako dziecko uwielbiałem Garbusy. Chyba za ten uśmiechnięty pyszczek.

Ktoś wrasta 944 w angliku, nic do oglądania, scrollujemy dalej

Co się nie zgadza na tym obrazku

Lata 90. dzwoniły, chcą z powrotem swój wóz ekipy remontowej

Wielce Interesująca Baldwinka

Wątpliwie Atrakcyjne Barachło

Fundacja Wartburg, serio

Jaki stan umysłu trzeba sobą prezentować, by być koneserem wrastania Opli

...poprawka - koneserem wrastania Opli NA ŻÓŁTYCH

Za to czynne konesowanie Galanta z lat 80. propsuję i szanuję

Chcemy czy nie, XJS to klasyk

SEC też. A SEC we wczesnej wersji, z szarymi zderzakami i listwami oraz felgami znanymi głównie z W123 to klasyk, którego bym bardzo

Ciężarówcepcja

Praga w Ujazdowie?

Ciekawe czy ma silnik od Żuka #pozdrodlakumatych
To tyle w kwestii Śródmieścia. Kolejny mix z tej dzielnicy pojawi się nieprędko - o ile w ogóle. A następny przystanek... zresztą sami zobaczycie.

Do następnego.