piątek, 10 listopada 2017

Basowisko: Radosna Basowa eXcytacja

- Masz tu kasę i kup mi bas. Jak zmieścisz się poniżej tysiaka, będzie fajnie - powiedział mój dobry, niewidziany od lat kumpel, po czym wręczył mi 1200 złotych polskich i wysłał w drogę.

Zadanie wydawało się proste: zanabyć niedrogą basetlę dla kolegi, który ma już w domu skrzypce, gitarę akustyczną, trąbkę i ukulele i stwierdził, że do kompletu brakuje mu właśnie basu. Cóż w tym skomplikowanego? W zasadzie niewiele - nawet biorąc pod uwagę upodobania kolegi, który stwierdził, że najfajniej będzie, jeżeli gitara będzie czarna.

No cóż - wykonanie pozornie prostego zadania, które miało zająć trzy dni, rozciągnęło się na trzy tygodnie. Częściowo z powodu zaskakująco słabej oferty na portalach aukcyjnych i inszych internetowych zakamarkach pokątnego handlu basówkami, częściowo zaś dlatego, że... sam sobie zadanie skomplikowałem stwierdzając, że w kwocie niewiele ponad 1k zmieszczę się z basem i piecem.

I wiecie co?

Udało mi się.

Co ciekawe, zacząłem od końca - czyli od wzmacniacza.


Dwustuwatowe combo za 500 zł? WCHODZĘ W TO JAK LENIN W KRUPSKĄ, stwierdziłem znalazłszy ogłoszenie z polskiej produkcji piecem, do tego zlokalizowanym w Warszawie. Szybki telefon do sprzedającego, potem, kilka dni później, krótka wizyta we Włochach - i w pełni sprawny Hand Box Crush Bass 200 spoczął w bagażniku Skanssena. Jasne, nie jest to szczyt marzeń koncertującego basisty, ale jako pierwsze w życiu combo dla basisty-amatora jest to wyśmienity sprzęcior. 15-calowy głośnik napędzany 200-watowym wzmacniaczem z nawiązką spełnia wszelkie wymagania, jakie może mieć weekendowy adept basu, tym bardziej, że - jak na tak budżetowy sprzęt - okazał się brzmieć zaskakująco dobrze. Może nieco brakuje mu gwizdka, ale... nie ma co narzekać. 500 zł za całkowicie sprawne, polskie combo w pełni wystarczające, by opędzić niewielki koncert? Naprawdę fajny deal.

No dobra, jednak sam wzmacniacz to troszkę za mało - tym bardziej, że podstawowym zadaniem było zorganizowanie basu.

Wizyty na Alledrogo, OLX-ie i fejsowych grupach nie przynosiły ciekawych rezultatów - szczególnie jeśli miałem zmieścić się w budżecie. Coraz bardziej skłaniałem się ku ultrabudżetowemu Harleyowi Bentonowi PB-50 z Thomanna, jednak któregoś dnia na Alledrogo pojawiła się aukcja, której przedmiotem była całkiem urodziwa Yamaha RBX 250 - jeszcze ze starej serii z rzędową główką. Do tego czarna, czyli taka, jaką chciał kolega. 

Kilka dni później aukcję udało się wygrać za kwotę, dzięki której zmieściłem się w budżecie ze wszystkim. Yamaszka, zgodnie z opisem zapakowana w stary lecz wciąż w pełni funkcjonalny futerał, przybyła do mnie.


Od razu wróciły wspomnienia sprzed ponad 20 lat. To właśnie RBX był jednym z moich marzeń zanim udało mi się kupić mój pierwszy bas. A teraz mogłem wreszcie spędzić z nim kilka chwil.

Na pierwszy rzut widać, że to prosty instrument: jedna pasywna "preclowa" przystawka, do tego potencjometr głośności i tonu, dziękuję do widzenia. Zupełnie, jak w Precisionie, na którym RBX 250 jest konstrukcyjnie (choć nie wuizualnie) wzorowany. Do tego klonowy gryf z 22-progową palisandrową podstrunnicą przykręcony za pomocą czterech śrub do zgrabnego, wykonanego prawdopodobnie z olchy korpusu - i tyle. Więcej tak naprawdę nie trzeba.


RBX jest przede wszystkim wygodny, co stanowi niebagatelną zaletę, nie tylko w przypadku instrumentów skierowanych głównie do początkujących muzyków. Bas jest lekki, gryf dobrze leży w dłoni, zaś decha jest komfortowo wyprofilowana. Naprawdę trudno się tu do czegokolwiek przyczepić. Nie da się również wiele zarzucić jakości montażu - Yamaszka jest solidnie skręcona, progi po ponad 20 latach są w przyzwoitym stanie, zaś potencjometry nie trzeszczą. Jedynie lakier z tyłu korpusu sugeruje, że bas nie leżał przez cały ten czas w futerale.

Jedyne, do czego mam zastrzeżenia to... końcówka pręta napinającego gryf. W starym RBX-ie wymaga ona innego klucza, niż standardowy kluczyk ampulowy. Na szczęście gryf był prosty i nie wymagał korekt, dzięki czemu zaoszczędziłem sobie wycieczki do OBI.


Brzmieniowo jest... nieźle.

RBX 250 to bas o bardzo tradycyjnej konstrukcji, wykonany z tradycyjnych drewien, więc i brzmienie jest dość tradycyjne. Ze względu na budowę instrumentu i umiejscowienie przystawki sound można przyrównać do Fendera Precisiona - oczywiście nie jest to ta sama półka, również charakter jest trochę inny. Brzmienie Yamahy jest nieco "sztywniejsze" od klasycznego "Precla", troszkę brakuje mu ciepła oryginału, jednak można określić je jako uniwersalne. Szczególnie dobrze może pasować do wszelkich okołorockowych klimatów.

Oto kilka próbek (niestety tym razem nie na Soundcloudzie, który z niewiadomych powodów odmówił współpracy):

1. Palce, potencjometr tonu rozkręcony na 100%


2. Palce, potencjometr tonu skręcony do zera


Voice Recorder >>

3. Kostka, potencjometr tonu rozkręcony na 100%


Record music with Vocaroo >>

4. Kostka, potencjometr tonu skręcony do połowy




Voice Recorder >>

5. Kciuk, potencjometr tonu rozkręcony na 100%


Voice Recorder >>

6. Tapping, potencjometr tonu rozkręcony na 100%, troszkę chorusa do podbarwienia brzmienia




Podsumowanie, czyli zady i walety:

Yamaha RBX 250 to prosty, niedrogi bas - jednak, jak się okazuje, nawet taki instrument może okazać się zupełnie zacny. Receptą na sukces jest tu prosta, sprawdzona konstrukcja: cały budżet idzie tu na podstawowe komponenty, ale to właśnie one decydują o jakości brzmienia. A RBX, choć nie może pretendować do miana profesjonalnego sprzętu, nie brzmi jak bas za kilkaset złotych. Nawet wtedy, gdy podłączy się go do pieca za kilkaset złotych.


Plusy:

  • wygoda i ergonomia
  • prosta za to skuteczna konstrukcja
  • jakość wykonania
  • świetny stosunek ceny do brzmienia

Minusy:
  • nietypowa nakrętka pręta mocującego gryf
  • ciężko chodzące klucze
  • nieco za mało ciepłe brzmienie (acz w tej klasie i tak jedno z lepszych, z jakimi się spotkałem)

Czym ją wozić:

Tani, azjatycki bas spokojnie może być wożony tanim, azjatyckim samochodem. Np. Hyundai Atos będzie całkowicie wystarczający - choć sztywny futerał może nie wejść do jego bagażnika.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Spacerkiem i rowerkiem: o rany, Bielany

Naprawdę myślałem, że temat Żoliborza i Bielan jest zamknięty. Żoliborz to najmniejsza pod względem powierzchni dzielnica Warszawy, zaś Bielany... No cóż, Bielany zjeździłem swego czasu kawałek po kawałku, zaś ustrzał był tak bogaty, że musiałem rozbić dzielnicę na poszczególne rejony. Od tego czasu minęły dwa lata, ja zaś wrzuciłem dwa kolejne mixy żoliborsko-bielańskie, za każdym razem zastanawiając się, czy to już nie ostatni.

Otóż nie.

Poprzedni mix udało mi się w całości poświęcić Żoliborzowi, zaś dzisiejszy przegląd żelaza bielańskiego, choć może nie jakoś straszliwie bogaty liczebnie, okazał się nader treściwy. A i tak w międzyczasie udało mi się upolować kilka sprzętów na kolejny.

Jedziemy zatem.

Mieszkałbym. No, okresowo.

W terminologii gitarowej, maskę można określić jako "road worn"

Nadawanie nazwy "coupe" samochodom, które z coupe mają tyle wspólnego, że też mają silnik i cztery koła, to nie jest nowy koncept

Był taki zespół TUFF ENUFF

Mobilna boazeria

Nie jestem fanem tych "sierpów" i tylnych lamp, ale reszta - owszem, tak, chętnie

Zapragnij fajnego, niedrogiego jaktajmera. Kup Escorta.

O, i takiego niemieckiego sedana to JA ROZUMIE

Polecam wymowę francuską

O rany, nie wiem, czy bardziej pomieszkiwałbym tu, czy w Ducacie z pierwszego zdjęcia

Tu by chyba zbyt mocno wiało przez dziury

Cytryn-Gumiak-Cytryn-Gumiak

Jak się nazywa WIJ z pamięcią USB? Skolopendrive.

Jeszcze w latach 90. siedziało to na ramie rurkowej będącej rozwinięciem konstrukcji ze Schnellastera

Przysiadł i już nie wstał

Byłbym skłonny rozważyć zakup takiego z demobilu. Tylko jeżdżącego. Choć tak naprawdę nie, nie byłbym.

Wzywam Stado Baranów

Jeździłem, kocham

Borewikwarium? Akwarewicz?

Dziadek oddał swoje stare auto wnuczkowi

W zasadzie jest to ilustracja mówiąca sama za siebie

Obstawiam Palio

Tu nie trzeba obstawiać

Kombi byłoby chyba lepsze w tej roli

O, już widzę memy

Jak dla mnie jeden z fajniejszych vanów ever

Mamy tu bohatera drugiego planu, a jak się wpatrzeć, to i trzeciego

Szanuję

Oto, co kitra się pod ziemią na Młocinach

Kup nowego, zaparkuj, zostaw.
Następny przystanek - na drugim końcu Mostu Północnego.

Do później.

czwartek, 2 listopada 2017

Basista się bawi: najgorszy samochód świata

No i rozpoczął się listopad - jeden z najbardziej ponurych, depresyjnych miesięcy w roku. Do tego wczoraj było najbardziej melancholijne (by nie powiedzieć najsmutniejsze) święto w roku.

Wszystko to sprawia, że jest to idealny moment, by wrzucić kolejny bezużyteczny wpis z cyklu "ludzie robią sobie dzieci by znów móc kupować zabawki", do tego dotyczący jednego z najmniej udanych samochodów w historii motoryzacji, do tego w nader rzadkiej wersji.


AWZ P70 było konstrukcją wywodzącą się wprost od przedwojennej Dekawki - i po niej odziedziczyło nie tylko koncepcję osadzonego na ramie przednionapędowego auta z dwusuwowym silnikiem, ale również coś, co już w latach 50-tych uznawane było za koszmarny anachronizm: drewniany szkielet nadwozia. Właśnie ta cecha, w połączeniu z koszmarną jakością wykonania, wystarczyła, by "Petka" została uznana przez wielu za najgorszy samochód świata.


O ile P70 miało stalową ramę na której spoczywało nadwozie o drewnianej konstrukcji z wykonanymi z duroplastu elementami poszycia, o tyle w wykonaniu DeAgostini mamy do czynienia z klasycznym modelikiem składającym się z metalowej karoserii i plastikowego podwozia. Wersja w skali 1:43 różni się od oryginału również jakością wykonania, która w przypadku miniatury jest niewątpliwie lepsza, niż w oryginale. Proporcje są zachowane, zaś detale odwzorowano całkiem ładnie. Szczególnie podobają mi się dość dokładnie wykonane kółka i zderzaki oraz dobrze odwzorowane zawiasy maski.

Nieco mniej udane okazało się podwozie.


Po odwróceniu autka widać w miarę dobrze odwzorowany kształt ramy, do tego mamy tu rurę wydechową poprowadzoną tak samo, jak w oryginale, jednak już na pierwszy rzut oka widać, że coś się nie zgadza. Jak wiadomo, "Petka", tak samo, jak DKW, na którym bazowała, była przednionapędowa, tu zaś widzimy wał napędowy i tylny most. Nie mam pojęcia, czy jest to efekt fantazji projektanta, wydawcy, czy chińskiego wykonawcy - ale... nie no, po prostu nie. Ewidentnie zapoznać się z wyglądem podwozia (rama, rura wydechowa itd) i dołożyć bez sensu coś od siebie? Nie ogarniam tej kuwety.


Na szczęście z wierzchu miniaturowe P70 kombi wygląda naprawdę ładnie. Nie jest może najładniej wykonanym autem z kolekcji DeAgostini (ten tytuł według mnie przypada Wartburgowi 311 oraz opisywanej ostatnio Nysie), ale w porównaniu z resztą serii "Kultowe Auta PRL-u" prezentuje poziom powyżej średniej. Dlatego też Młodzież będzie musiał jeszcze troszkę poczekać na możliwość pobawienia się nim.

Inna rzecz, że i tak woli dinozaury.

sobota, 28 października 2017

Spacerkiem i rowerkiem: gratów złoża z Żoliborza

Dużo mixów natłukłem w tym roku. Mam jeszcze sporo materiałów, ale nie wiem, czy warszawskie źródła nie zaczynają powoli wysychać. Co prawda ostatnie połowy zdają się temu przeczyć, ale są miejsca, gdzie coraz trudniej o upolowanie czegoś, czego się jeszcze nie widziało. Szczególnie tyczy się to tak małych powierzchniowo dzielnic, jak Żoliborz.

Na szczęście na przestrzeni ostatnich miesięcy udało się uzbierać rozsądne minimum na w miarę przyzwoity miksior. Inna rzecz, że nie wiem, czy to nie ostatni samodzielny mix żoliborski.

Zapraszam zatem. Będzie dużo Saabów. I nie tylko.

Młodzież już bezbłędnie rozpoznaje, ale woli się upewnić: "to Volvo?"

Seatów jeszcze nie rozpoznaje, ale kogo obchodzą Seaty

Za to taki Suzuk to mnie obchodzi bardzo

Czy szpachla też jest w rejestrze zabytków?

To żyje. I jeździ. A jak się zatrzymuje, to np. na słupkach.

JAJECZKO A NIE ŻADNA MYDELNICZKA! MYDELNICZKA TO BYŁ TRABANT!!! Oraz chcę.

Kupę

Nadal nie mam pojęcia, gdzie dokładnie to strzelałem. Ale zakładam, że Gdzieś Tam.

Prawdziwy Baron. I to taki z frącuska, choć ze USA.

Dobre Kroko zawsze spoko

Dobre Kroko cieszy oko

Na mej liście takie Kroko już od dawna jest wysoko

Jak napiszę, że ujeżdżałbym Justynkę, to bardzo źle zabrzmi, prawda?

Die Hat Sue to jedna z moich ulubionych marek

VW z kolei wręcz odwrotnie, ale Golf Raz jeszcze łapie się na fajność, również w kabriu

Gnicie w pełnym prestiżu

Tu nie jestem pewien, co do gnicia, ale jako, że to Scorpio, zakładam, że to kwestia czasu

...jaki jest, każdy widzi

Myśleliście, że to koniec Saabów? Nie. To nie krokokoniec. To znaczy teraz już tak.

A to z kolei już koniec miksu.

To tyle fajnego/dziwnego/głupiego żelaza na dziś. Następny mixoprzystanek - Bielany. A tam zawsze jest grubo.

ZAWSZE.