Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 601. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 601. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 grudnia 2015

Śmignąwszy: Trabi

I znów zrobiłem przerwę.

Tak, wiem - prawie dwa tygodnie. I tak, powód jest znów ten sam - życie. Praca, Młodzież, ogólne zmęczenie materiału - wszystko to sprawiło, że pisanina leżała sobie odłogiem. I niestety nie mogę obiecać, że to się nie powtórzy. Choć bardzo bym chciał.

Tymczasem szybciutko przechodzimy do długo już zalegającego teściku poczynionego jeszcze wtedy, gdy w powietrzu wciąż wisiała tzw. złota polska jesień. Słońce, resztki przyjemnego ciepła i mieniące się wieloma odcieniami rudości liście nie zostały jeszcze wtedy wyparte przez dużo bardziej typowe dla naszej strefy klimatycznej błotne jeziora tworzone przez zimną, przezroczystą sraczkę lejącą się z nieba. Były to ostatnie chwile w tym roku, by bujnąć się prawdziwym klasykiem, perłą peerelu tudzież enerdówka, pozwalając przy tym ponieść się fali nostalgii podsycanej inhalacją aromatycznych oparów Mixolu. Tak - wreszcie, po latach od mych pierwszych motoryzacyjnych przygód, które uczyniły ze mnie niereformowalnego miłośnika gratów, miałem okazję zasiąść za kierownicą wehikułu, z którym owe doświadczenia były nierozerwalnie związane.


Zapewne zdarzyło mi się wspomnieć raz czy drugi (czy piętnasty), że mój dziadek miał niegdyś Trabanta. Takiego prawilnego, 601, z dwusuwem i "parasolką" do zmiany biegów. Rocznik '76 (Trabant, nie dziadek). Najpopularniejsza chyba podówczas odmiana, czyli biały sedan. Miał go od nowości aż do 1993 roku, gdy sprzedał go i wraz z babcią przerzucił się na komunikację miejską.

Uwielbiałem tego gruchota. Uwielbiałem jego dźwięk, zapach jego spalin, uwielbiałem jego spartańskie wnętrze, cieńką, wielką kierownicę i charakterystyczną lampkę mrugającą przy włączeniu kierunkowskazu. Uwielbiałem pokaźny bagażnik i dermopodobną szmatę przykrywającą silnik. Uwielbiałem momenty, gdy na działce dziadek dłubał coś przy Trabim a ja mogłem zajrzeć pod maskę gdzie poza skrytym pod rzeczoną płachtą silnikiem można było podziwiać rury i puszki, o których funkcji nie miałem wtedy pojęcia, oraz idiotycznie umieszczony bak.

I teraz wreszcie mogłem popodziwiać to wszystko po raz kolejny.


Przyznaję - na tych kilka chwil cieszyłem się jak dziecko. Gdy kolega, właściciel wspaniałego GS-a, którym już jeździłem, zaproponował mi bujnięcie się Trabantem, zajarałem się jak pięciolatek w sklepie z resorakami. Powrót do dzieciństwa - co może być lepszego? I to w roli, o której będąc srajdkiem marzyłem najbardziej, czyli jako kierowca! Rany, przecież lepiej się nie da. Lepiej nie ma. Lepiej nie istnieje. No nie i już.

Nawet jeśli rzeczony Trabant jest fascynującym ulepem zawierającym elementy z kilku różnych roczników.


Samo auto zostało wyprodukowane pod koniec kariery dwusuwa - w 1989 roku. Swoją drogą - nie do wiary, że w momencie, gdy Volvo tłukło sobie spokojnie serię 700, Mercedes produkował absolutnie ponadczasowego W124, Citroen prezentował niesamowitego XM-a zaś Toyota zatrzęsła premiumem wprowadzając markę Lexus z genialnym modelem LS400, w kraju w samym środku Europy wciąż powstawał model zaprezentowany w 1964 roku, o założeniach konstrukcyjnych z lat 50., napędzany silnikiem bazującym na konstrukcjach przedwojennych. I w zasadzie prawie się od nich nieróżniącym. Wracając jednak do naszego egzemplarza łatwo zauważyć, że coś się nie zgadza. Z zewnątrz rzucają się w oczy klamki i kołpaki ze starszych odmian Wartburga (pasują idealnie - zresztą klamki były... takie same jak w Trabantach, tylko inaczej wykończone), w środku zaś od razu widać deskę rozdzielczą (z akcesoryjnym ekonomizerem) i kierownicę z lat 70. oraz... fotele z Opla Omegi. Same fotele są fantastycznie wręcz wygodne (dlatego zresztą się tu znalazły), jednak ich rozmiar sprawia, że praktycznie stykają się bokami, zaś z tyłu miejsce jest co najwyżej dla osoby bez nóg. Dla małego dziecka już nie, gdyż w życiu nie przewiózłbym dziecięcia bez fotelika, zaś z tyłu nie ma pasów, którymi można by go było przytwierdzić. Kolejna cecha definiująca Trabanta jako swoistą kapsułę czasu. Całości wrażenia dopełniają przednie kierunkowskazy, które oryginalnie były... wewnętrznymi lampkami w Ikarusie. Pasują idealnie. PRZYPADEK?

Deska rozdzielcza została gustownie pociągnięta czarną farbą - ślady pędzla nadają jej bardzo charakterystycznej faktury, której pozazdrościć mogłyby wszelkie prestiże i premiumy. Za dziurą na radio Safari widać malowniczą plątaninę różnokolorowych kabli. Zabytkowa kierownica zrobiła dokładnie to, co robią kierownice starych Trabantów - wzięła i popękała, przez co obracanie jej gołymi dłońmi staje się dość specyficznym doznaniem zachęcającym do sprawienia sobie stylowych szoferskich rękawiczek. Dźwignia zmiany biegów jest tam, gdzie powinna być w Trabancie, czyli obok kierownicy. Jej parasolkowaty kształt natychmiast przypomniał mi o zakazie ruszania wajchy, który dotyczył mnie gdy jako knypek spędzałem godziny za kierownicą dziadkowego wehikułu, a me odnóża kroczne były jeszcze za krótkie, by dosięgnąć pedału sprzęgła.

Właśnie, pedały. Niby sensownie rozstawione, tak, że nie zahacza się butem o sąsiadujący (jak w CX-ie), ale niestety ich umieszczenie to osobna para kaloszy. Wszystkie trzy przesunięte są nieco w kierunku osi pojazdu, przez co nogi podczas jazdy trzeba trzymać przesunięte w prawą stronę. Jak bardzo relaksujące jest to w kilkugodzinnej trasie - mogę się tylko domyślać.

Na szczęście przynajmniej bagaże będą miały wygodnie.


Tak - kufer Trabanta bije na głowę chyba całą ówczesną konkurencję. Jedynym problemem może być pionowo umieszczone koło zapasowe. Tu jednak nie było go, co sprawiło, że bas w pokrowcu wszedł bez problemu.

Tak, do Trabanta. W sedanie.

Słyszycie, producenci nowoczesnych, lajfstajlowych kombi? A nie, przepraszam - to już nie kombi. To Sportwagony, Tourery i inne transportery prestiżu własnego, z bokami bagażników zabudowanymi tak, że mieszczą się tam jedynie idealnie prostopadłościenne pudła służące do przewożenia poczucia splendoru. Tymczasem można wsiąść choćby do Trabanta, wrzucić bas lub dwa do kufra i spokojnie ruszyć w drogę, zostawiając na tylnej kanapie miejsce dla dwóch pasażerów. A że do tego trzeba wyjąć zapas? Prestiżowozy też nader często go nie mają, zastępując go "zestawem naprawczym", służącym co najwyżej do prowizorycznego załatania dmuchanego basenika.

Bas załadowany, schemat zmiany biegów objaśniony - można ruszać na spotkanie przygodzie.


Tak - dla kogoś przyzwyczajonego do wozów w miarę współczesnych Trabant sam w sobie jest przygodą. Wszystko jest w nim niedzisiejsze, pochodzące z czasów, gdy każdy producent robił jeszcze różne rzeczy po swojemu zaś bogactwo rozmaitych rozwiązań wpływało na ogromne zróżnicowanie tego, jak jeździło się poszczególnymi autami. A Trabant, poza szkieletową konstrukcją pokrytą duroplastowym poszyciem, wcale nie był największym dziwadłem. Dziś jednak wsiadając do niego wielu rzeczy trzeba uczyć się na nowo.

Choćby zmiany biegów. "Parasolka" umieszczona obok kierownicy zawsze mi się podobała - zresztą od dawna jestem zwolennikiem wajchy przy kierze. Niestety, tutaj sprawę, powiedzmy sobie szczerze, spieprzono. Otóż wygięta dźwignia nie wystaje ani na centymetr za pokaźne koło kierownicy, przez co aby zmienić bieg trzeba niewygodnie wygiąć nadgarstek aby sięgnąć za nią. Sama obsługa wajchy nie jest jednak trudna - schemat jest łatwy do opanowania a dźwignia chodzi co prawda z oporem, ale nie przesadnym.

Tego ostatniego niestety nie da się powiedzieć o kierownicy. Oczywiście o jakimkolwiek wspomaganiu nie ma tu mowy, jendak przy masie wynoszącej zaledwie ok. 600 kg nie powinno być to problemem. Otóż... jest. Kierownicą kręci się zaskakująco ciężko. Wedle słów właściciela wynika to z faktu, że Trabi stał przez długie miesiące nieruszany. Nie mam powodu, by w to nie wierzyć, jednak w tym egzemplarzu z kierownicą trzeba się niemalże siłować co w połączeniu z ostrymi pęknięciami jej plastikowego poszycia sprawia, że ciasne zakręty nie są najbardziej wyczekiwanym fragmentem trasy.

A mogłyby być, gdyż zawieszenie zestrojono iście sportowo.

Niejednokrotnie słyszałem pochwały zachowania Trabanta w zakrętach. Widziałem też kilka egzemplarzy na torze, widowiskowo pokonujących slalom. Wszystko to jest zasługą niskiej masy oraz zawieszenia, które... praktycznie się nie ugina. Niby pamiętałem podskoki na wybojach, gdy dziadkowy Trabi dowoził naszą rodzinę na działkę, jednak to, jak twarde są resory Made In DDR zdążyłem już zapomnieć. Każdy najmniejszy wybój to cios w kręgosłup. Dołek w polnej drodze powoduje zamienianie się miejscami organów wewnętrznych. Trabancik podskakuje wesoło niczym piłka na każdej nierówności - problemem jest jednak to, że piłka ta zdaje się być zrobiona z niemozliwium.

Jednak mimo tych oczywistych wad jazda Trabantem to frajda. I to przez zajebiście wielkie F.

Dwucylindrowy, dwusuwowy silniczek wypluwa wściekłe 24 KM warcząc przy tym radośnie. Jego dźwięk połączony z niewielkimi rozmiarami samochodu sprawia, że jadąc nawet z niewielką prędkością (wielkich Trabant zwyczajnie nie osiąga) czujemy się jak na torze wyścigowym. Zapach spalin emitowanych przez dwusuw to natychmiastowa podróż w lata dzieciństwa, gdy wszystko było niezwykle proste a jednocześnie zagadkowe i fascynujące. Trabantem nie jedziesz, nie przemieszczasz się - Trabantem się bawisz. Tu każda wada, każda niedoskonałość jest czymś, co sprawia, że uśmiechasz się jeszcze szerzej. To jest po prostu Coś Innego.

Do tego jest zwyczajnie ładny.




Podsumowanie, czyli zady i walety:

Trabanta nie da się oceniać tak samo, jak inne samochody. Ze względu na kilka cech, takich, jak nikła moc dwusuwowego silniczka, zerowy komfort czy antyergonomiczna pozycja za kierownicą, nie za bardzo nadaje się na daily drivera - może być po prostu zbyt męczący. Jednak jako klasyk do udziału w zlotach czy rajdach jest po prostu genialny. To przeurocza zabawka - i tak, w przeciwieństwie do słusznie nam minionych lat, należy go traktować.

No i ten cudny soundzik.


Plusy:

* charakter
* uśmiechogenność
* prosta konstrukcja ułatwiająca samodzielne naprawy
* spory bagażnik
* dźwięk silnika

Minusy:

* pozycja za kierownicą i obsługa urządzeń pokładowych gwałcąca podstawowe zasady ergonomii
* ultratwarde zawieszenie
* podatny na rdzę szkielet nadwozia
* nędzne osiągi
* cała masa innych wad wynikających z tego, że już w momencie wejścia na rynek Trabant był przestarzałym gratem

Co nim wozić:

Jasne, do bagażnika wchodzi bas w pokrowcu. Wolałbym go nim nie przewozić - krucha konstrukcja tyłu nie zapewnia żadnej ochrony, jednak. jest jeden bas, który do Trabanta pasuje idealnie: enerdowska Musima - czyli instrument, od którego zaczęło się moje granie. Tak, jak od Trabanta zaczęła się moja miłość do starych aut.

I nie wykluczam, że kiedyś do niego wróci. Ale na pewno się na nim nie skończy.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Basista się bawi: Trabi

W tym miejscu powinien być mix.

Powinien, gdyż mixów nie było już skandalicznie dawno (a wiem, że lubicie, YOU LIKE THAT DON'T YOU BIATCH), materiały zaś mam, i to dość grube, ale po pierwsze nie miałem czasu by obrobić zdjęcia, po drugie zaś przez cały zeszły tydzień byłem wyjechan, a fotograficzna treść pozostała na komputrze w domu. Dlatego dziś tzw. temat zastępczy, sztuczny miód, erzac cholera nie wpis, czyli o tym, jak to posiadanie potomstwa bywa doskonałą wymówką by znów na legalu kupować sobie zabawki.

A jest to przyjemność - szczególnie, gdy natrafia się sposobność, by uskutecznić wycieczkę sentymentalną. Choćby tylko w skali mikro.


Pierwszym samochodem, z jakim miałem styczność, był biały Trabant 601, rocznik '76, należący do mojego dziadka. Od nowości przez 17 lat służył on dziadkowi głównie do dojazdów na działkę - przeważnie z babcią, ale często również z wnukami. W tym ze mną.

Dziś dziadek ma 91 lat, babci niestety nie ma w ogóle, co do Trabanta - nie mam pojęcia, ale jako, że został sprzedany w pierwszej połowie lat 90., nie potrafię być zbytnim optymistą. Ale był, istniał, jeździł niemalże bezawaryjnie przez te 17 lat, a to, co się psuło, było do samodzielnego ogarnięcia - co dziadek jako tzw. złota rączka bez problemu robił. Swoją drogą - do dziś pluję sobie w brodę, że nie uczestniczyłem bardziej aktywnie w jego działaniach. Zaprocentowałoby to coraz rzadszym dziś skillem z gatunku DIY, który za słusznie minionego nam reżimu był często jedynym gwarantem, że coś będzie zrobione, dziś zaś pozwala znacznie ograniczyć koszta. Szczególnie, gdy jeździ się starociem.

Ale to już insza inszość.


Tak czy inaczej - do Trabantów mam ogromny sentyment. I gdy, szukając odpowiednich pomocy naukowych mających pomóc w edukacji Młodzieża w zakresie Prawdziwej Motoryzacji, natknąłem się na niebrzydkiego, wyprodukowanego przez firmę Welly Trabanta 601 w późnej wersji, wiedziałem, że to tzw. masthew. Czyli prawie jak marchew. Tyle, że z metalu i plastiku. I nie do jedzenia. I w innym kształcie. I kolorze. Ale prawie.

Samochodziki produkcji Welly mają co prawda kilka wad, ale zalet zazwyczaj jest więcej. W przypadku Trabiego wręcz zdecydowanie przeważają. Przede wszystkim modelik jest po prostu ładny. Do tego nie ma się wrażenia obcowania z badziewiem, jak to jest w przypadku Fiata 127 z kolekcji DeAgostini (co ciekawe, jego niebieska wersja ze Złotej Kolekcji jest już nieco lepiej wykonana). Wszystko zdaje się solidnie zmontowane, osie są odpowiedniej długości dzięki czemu koła nie latają na boki, drzwiczki - otwierane, jak chyba we wszystkich Welly większych niż 1:43 -ruszają się z przyjemnym oporem. Nie są może idealnie spasowane, ale zdrady też nie ma. Ciekawym akcentem jest osobne, wykonane z tworzywa poszycie dachu. Prawdopodobnie tylko tak dało się zachować jego specyficzne ukształtowanie w tylnej części. Wyszło całkiem nieźle. Propsiki.


Dobre wrażenie robi też dbałość o szczegóły. Kształt felg się zgadza - są co prawda nieco za duże, ale ich przetłoczenia są dobrze odwzorowane. Nieźle oddana jest także stylistyka wnętrza, najciekawsze jest zaś to, że produceny pokusił się o... plastikowe, udające tapicerkę wewnętrzne wykończenia drzwi. Nieco bezcelowo, gdyż w oryginale nie były one aż tak "szeroko" obite, ale wygląda to fajnie.


Osobną kwestią jest odwzorowanie podwozia. W tej kwestii nawet w droższych modelikach bywa różnie. Samo Welly zaliczyło na tym polu kilka grubych wpadek, z czego chyba największą był beznadziejnie oddany kształt ramy Syreny. Tu zaś, ku memu zdumieniu, producent odrobił pracę domową. Pamiętam, jak dziadek na działce samodzielnie przechylał swego Trabanta kładąc go nieomal na bok (nie mam pojęcia jak to robił), by własnoręcznie dokonać niezbędnych prac konserwacyjnych przy podwoziu. I w mej pamięci zachowało się ono jako bardzo podobne do tego, co znajduje się na brzuchu Trabiego by Welly. Oczywiście pomijam tu kwestię zawieszenia - byłoby ono trudne do odwzorowania z powodów samej budowy zabawki - jednak za całokształt należy się całkiem spory szacun. Inna rzecz, że jest tu odwrotnie, niż powinno być - to podwozie powinno być z metalu, zaś karoseria (a w zasadzie jej poszycie) z tworzywa. Ale nie bądźmy drobiazgowi. Nie za tę cenę.


Generalnie Trabant 601 w ociekającej splendiżem wersji De Luxe został przez firmę Welly ogarnięty w sposób nader zadowalający. Nie, nie jest ideałem - felgi są nieco za duże, drzwi nie powalają precyzją spasowania itd. - ale całość prezentuje się naprawdę fajnie. I wiem, że kiedyś bez wstydu będę mógł wręczyć go Młodzieżowi mówiąc, że takim kiedyś jeździł pradziadek. No, prawie - starszym i w podstawowej wersji. I zupełnie białym, nie kościosłoniowym. Ale był to Trabant. I wyglądał właśnie tak.