Ostatnio z okazji barańskiego E-Rally pojeździłem trochę po Włochach. Oczywiście bywałem tam również wcześniej, dzięki czemu przynajmniej na jedno z pytań o wrosty znałem odpowiedź jeszcze przed startem, ale Baranom jak zawsze udało się mnie zaskoczyć. Na Włochy jednak przyjdzie kolej - tym razem, po zwiedzeniu Wilanowa, wdrapujemy się na górę Skarpy Warszawskiej i udajemy się na kolejną wycieczkę po Ursynowie.
Ursynów to wbrew pozorom dość ciekawa dzielnica. Owszem, niby blokowisko, sypialnia, nic ciekawego, ale mamy tu i las, i starą zabudowę na brzegu skarpy przy granicy z Wilanowem, i mniej znane okolice po zachodniej stronie Puławskiej. Nimi jednak tym razem nie będziemy się zajmować, co wcale nie znaczy, że będzie mniej ciekawie. Zapuszczenie się między bloki - bez względu na to, czy to pseudoapartamentowce dla korpooficerów na Kabatach, czy wielka płyta osiedla Jary - potrafi zaowocować całkiem ciekawymi odkryciami.
Zaczynamy na Kabatach od czegoś, co Leniwce lubią najbardziej. A dalej wcale nie będzie mniej ciekawie.
Nawet zmęczony nie klęknie przy robocie
Już kląkł
Skoro nie wrasta, to pewnie czeka na lawetę
Raczej nie czeka już na nic
Lubię Zaiwaniać Równo
PO CO
Na czarnych!
Full opcja alu jedynytakizobacz do lekkich poprawek blacharsko-lakierniczych
Miłość, radość, uwielbienie, i nie, nie przeszkadza mi to, że maska jest od modelu z lat 50.
Borze, jak rozwinąć ten skrót? Wehikuł Xawerego Dunikowskiego???
Wedle Młodzieża "tutu" to odgłos pociągu
JDM ROST STAJL
Krokodyle też płowieją na słońcu
Mercedes to hiszpańskie imię (#pozdrodlakumatych)
Dlatego do tego modelu bardziej pasowałoby np. Rosamunde
Albo Waltraud
Grand Pryk
Wyposażenie do spychania na bok multiinterfejsowych SUV-ów premium. które zawiesiły się na szutrówce w drodze na działkę
Kącik fiatowski zaczynamy ciosem klasy MATKO BOSKO KOCHANO
A potem robi się już tylko gorzej...
...aż dochodzimy do tego poziomu.
Jestem totalnym antyfanem gleby i BBS-ów, ale ten wygląda nawet nieźle
Warszawskie Graty Atakują
I kończymy parką rozmieszczoną w odległości kilku kroków od siebie: rrraz...
Dokładnie 21 lat temu, 13 kwietnia 1995 roku, wyszedłem z nieistniejącego już komisu muzycznego na rogu Jana Pawła II i al. Solidarności dzierżąc swoją pierwszą w życiu gitarę basową - enerdowską Musimę De Luxe.
Dlatego też nie będzie długich, nudnych podsumowań, które nie interesują nikogo poza mną samym (a i to nie zawsze). Tak, przez ostatni rok zmieniło się parę rzeczy - sprzedałem jeden bas, kupiłem inny, wyposażyłem się też w działające nagłośnienie - ale nie ma sensu wdawać się w zbędne szczegóły.
Zamiast tego pozwolę sobie zaprosić Was na mój kanał na SoundCloudzie, gdzie znajdziecie próbki basów, linie nagrane do tzw. backing tracków, stare numery, w których nagraniu kiedyś tam uczestniczyłem, a w przyszłości zapewne pojawią się tam również nowe.
Na tym jednak nie koniec zaproszeń: już za 11 dni, 24 kwietnia (niedziela) zagram w warszawskich Hybrydach koncert z pewnym dość starym zespołem, do którego dołączyłem niedawno, a który powstał mniej więcej wtedy, gdy zaczynałem swoją przygodę z graniem, czyli w połowie lat dziewięćdziesiątych. Być może niektórzy z Was pamiętają takie numery, jak "Włosy", "Shake Down" czy "Zabić siebie". Ci, którzy kojarzą te tytuły, zapewne skojarzą też nazwę Yokashin.
Zapraszam. Będę ja, będzie muzyka. I będą moje basy.
A muzycznie zapowiada się więcej. Jednak o tym w swoim czasie.
Wiosna, panie sierżancie. A skoro wiosna, to i początek sezonu eventowego.
Przez ponure zimowe miesiące człowiek może zdążyć stęsknić się za imprezami graciarskimi - szczególnie tymi, które polegają na gubieniu się w mało znanych rejonach miasta, odczytywaniu liter z czarnych blach i identyfikowaniu wrastających w parkingi lub podwórka (lub czasopisma) złomów. Owszem, w grudniu odbył się nader sympatyczny ZimoWUK, jednak on jeden wiosny nie czyni (i to nie tylko dlatego, że zima dopiero się podówczas zaczynała).
Wiosnę czyni natomiast fakt, że w końcu po zimowej przerwie zaczęło się nawigacyjno-turystyczne rajdowanie.
Dwie imprezy - Zamieć i ManuWUK - ze względów czasowo-organizacyjnych przeszły mi koło nosa. Zamieci nie żałuję w ogóle (temat przewodni obejmował warszawskie stadiony i piłkę nożną, która nie interesuje mnie w najmniejszym nawet stopniu), za to ManuWUK był rajdem, na który troszkę czekałem i nieco żal mi braku możliwości zauczestniczenia. Na szczęście jednak taką możliwość miałem w przypadku radju, na który zaostrzyłem sobie zębiska (jeszcze kilka mi zostało) już w momencie, gdy dowiedziałem się o nim: I Nawigacyjny Rajd Rembertowski.
Rembertów to dziwna dzielnica. Częściowo wojskowa, częściowo zielona, częściowo zaś ruderowo-pierdolnikowo-zagracona. Do tego wszędzie daleko (na szczęście jest pociąg, dzięki któremu w centrum jesteśmy w kwadrans), drogi nędzne a do tego niedawno zaczął się remont jednego z głównych skrzyżowań - tego, przy którym mieści się najbardziej znany warszawski szrot. A to właśnie przez nie prowadziła droga na miejsce startu od mej Czcigodnej Staruszki (tej, co kiedyś cisnęła Fiestką a obecnie upala Zuzię), pod której opiekuńczymi skrzydłami pozostawion został Młodzież. Tak, o remoncie wiedziałem, jednak skrzyżowanie było do tej pory przejezdne. W dniu rajdu zaś przestało być, o czym poinformowały dopiero barierki i znak zakazu wjazdu postawiony przed rozgrzebanym asfaltem. Jedynymi możliwościami było cofnięcie się aż do Radzymińskiej i przejazd Ząbkowską, Targową, Grochowską i Marsa lub... ciśnięcie przez Ząbki, której to drogi nie znałem. A biuro rajdu miało zostać zamknięte za 25 minut.
Nie będę przyznawał się, jakie liczby wskazywał prędkościomierz Skanssena na ograniczeniu do 40 i jakie wyrazy padły z mego otworu gębowego najpierw w momencie zawracania a później na Marsa, gdzie z Panią Pilot wpadliśmy w korek. Na szczęście telefon do organizatora (któremu niechaj będą dzięki, że podał numer do siebie) z krótkim wyjaśnieniem sytuacji zapewnił nam możliwość startu mimo przybycia z opóźnieniem.
Co zresztą było już kompletnym wariactwem, biorąc pod uwagę, że startowaliśmy z dumnym numerem 1.
Koniec końców - dotarliśmy.
Doskonałe towarzystwo
Pozdrawiamy kolegów i gratulujemy najlepszego możliwego wyboru
Wehikuły gotowe do startu
Ledwie udało się zdążyć na odprawę
Organizatorzy gotowi, by wypuszczać załogi na trasę
Opłata uiszczona, materiały pobrane, numer startowy przyklejony...
...i start.
Pierwsza część trasy, zaraz za odcinkiem dojazdowym, prowadziła przez tereny AON-u. Muszę przyznać, że choć byłem tam już wcześniej, rozległość terenu zaskoczyła mnie. Byłem przekonany, że są tam jedynie służące wykładom budynki Akademii, ewentualnie akademiki tudzież koszary, lecz tak naprawdę jest to po prostu osiedle. Owszem, specyficzne, składające się w zasadzie z malowanych wedle jednego wzoru kolorystycznego budynków pamiętających czasy przedwojennego Centrum Wyszkolenia Piechoty, ale wciąż osiedle, na którym normalnie mieszkają sobie ludzie.
I wrastają graty.
HA HAAAA CHARADE YOU ARE
Nie byłem pewien, czy to był Żuk czy Nysa. Obstawiłem Krula Druk.
Zdarzało się jednak, że graty, które wrastały tam przez naście lat, odjeżdżały nagle, przez co uczestnicy jeździli w kółko, nie będąc pewnymi, czy na pewno obrali dobrą drogę. A droga była dobra. Tylko grata już nie było.
W poszukiwaniu zaginionego Escorta
Niedługo po wyjeździe z terenu AON-u (i po przebrnęciu biegnącej na granicy miasta szutrówki) na uczestników czekał pierwszy checkpoint. Zadanie było prościutkie - należało w jak najkrótszym czasie ułożyć układankę. A ta okazała się bajecznie wręcz łatwa.
Otrzymywało się tam również pytanie, na które odpowiedzi należało udzielić na mecie. Brzmiało ono "który przyszły prezydent obcego państwa wykładał na uczelni w Rembertowie", lecz, jak się później okazało, nie zadano go każdej załodze.
Dużo bardziej zdradliwy był drugi checkpoint, na którym w momencie naszego dotarcia ustawiła się już niewielka kolejka.
Zadania były dwa: należało odgadnąć, w jakich dzielnicach zostały wydane czarne tablice, a następnie obejrzeć zdjęcia (oczywiście motoryzacyjne) przedstawiające sceny z filmów i odpowiedzieć, z jakich dzieł kinematografii polskiej pochodziły.
I tu poległem sromotnie.
Po pierwsze - nigdy nie wgłębiłem się w tajniki oznaczeń warszawskich dzielnic na czarnych blachach. Zawsze podchodziłem do tematu na zasadzie "ooo, na czarnych, fajnie", i nie wgłębiałem się w szczegóły. Rok wydania, czy urząd, w którym zostały pozyskane, stanowił (i nadal stanowi) dla mnie zagadkę, zaś ludzie, którzy potrafią tak rozszyfrować tablicę rejestracyjną, mieszczą się w mym pojmowaniu świata na półce z szalonymi naukowcami. Po drugie - polska kinematografia lat 90. to dla mnie terra incognita. No, poza "Psami", które nota bene obejrzałem dopiero kilka lat temu. "Kiler", "Chłopaki nie płaczą", "Poranek kojota" - wszystkie te tytuły znam jedynie ze słyszenia. O co chodziło, kto kogo grał i czym jeździł - nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem. Pozostało jedynie strzelać. A ja w zgadywankach jestem wyjątkowo słaby.
Dalsza trasa nie ustępowała w kwestii malowniczości czy zagadek jej wcześniejszej części. Szczególnie pytania z serii CTG potrafiły wywołać opad szczęki, a momentami również konsternację.
I szczery zachwyt.
Gdyby nie dostrzeżony przez jednego z uczestników napis "American" na błotniku, miałbym o kolejny punkt w plecy
Wlać benzynę, zakręcić korbą i ruszy
Ochódzki zlądował w Rembertowie
Dwa wydania francuskiej motoryzacji
Ostatni etap prowadził zielonymi zakamarkami Wesołej, czyli tej samej dzielnicy, gdzie mieścił się start. Również i tam umiejscowiona została meta, na którą dotarliśmy jako druga załoga.
Oczywiście organizatorzy i zapewniający catering food truck (bardzo przeciętny zresztą) byłi już na miejscu.
Organizatorzy bywają również uczestnikami
Na metę systematycznie przybywały kolejne załogi.
Ministrze Antku, prosimy przybyć na metę
Ponoć nie jestem samotny w moim zachwycie nad nim
Reprezentacja Francji tym razem w czerwonych strojach
Reprezentacja Czech i Niemiec też.
Prosimy jeszcze tylko o odpowiedź na pytanie, którego państwu nie zadaliśmy
Woody wagons = miłość
Któregoś dnia naklejki całkiwicie przesłonią widoczność
Jeszcze 10 lat temu można było mieć takiego za kilka stów. Teraz - żółte blachy, jedynytakizobacz, srylion bez negocjacji
Taki bus dla zespołu to ja poproszę.
Nie złamał się na trasie
Nie złamał się i nie złamie nigdy
Fakt, że ten spoiler przetrwał, jest największym zaskoczeniem rajdu
Zmęczeni czekaniem i gonieni koniecznością odbioru Młodzieża jęliśmy zbierać się do wylotu. W tym jednak momencie rozległo się muczenie.
Obowiązki nie pozwoliły nam jednak na dotrwanie do momentu ogłoszenia wyników, dlatego już wieczorem, po położeniu Młodzieża na zasłużony wypoczynek, niecierpliwie odświeżałem fejsbukową stronę rajdu. Niestety, moment opublikowania wyników był jednocześnie chwilą rozczarowania. 27 miejsce było sporo poniżej naszych oczekiwań, szczególnie po 4 pozycji z ZimoWUK-a. Tak - na pewno przyczyniła się do tego moja całkowita nieznajomość tablic i filmów z drugiego punktu, jednak trudno mi uwierzyć, że przy większości dobrych odpowiedzi na pytania z trasy zepchnęłaby nas ona tak daleko. Bardzo prawdopodobne jest to, że najwyżej punktowane były zdjęcia z trasy - my zaś, skupieni na prowadzeniu i pilotowaniu, jak zwykle nie daliśmy rady ogarnąć wszystkich przedstawionych na fotografiach punktów krajobrazowych.
Mimo dość kiepskiego wyniku bawiliśmy się przednio - trasa została wybrana świetnie i prowadziła po zakamarkach, z których istnienia nie zdawałem sobie sprawy, itinerer był czytelny i w większości przypadków jasny (wątpliwości budziły jedynie zera na choince) a pytania z trasy budziły wręcz podziw w kwestii spostrzegawczości organizatorów, którym udało się wyłowić niejednokrotnie bardzo dobrze zakamuflowane żelaza. Frajdy nie zepsuły nawet rozdarte spodnie, które z charakterystycznym dźwiękiem poddały się, gdy przeskakiwałem przez murek wokół tablicy, z której należało wywnioskować, kiedy założono Towarzystwo Przyjaciół Grochowa.
A wyniki konkursu elegancji okazały się w zasadzie dość oczywiste i łatwe do przewidzenia.
Czy przyjadę za rok? Jasna sprawa. Pytanie tylko, czy zostało jeszcze wystarczająco dużo Rembertowa do objechania.