Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Restauracja Gitar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Restauracja Gitar. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 lipca 2019

Eventualnie: Zgierz grający dołem

Który to już raz, bo nie pamiętam?

Tak czy inaczej - już tradycyjnie ostatni weekend czerwca oznacza gratkę dla basistów z całej Polski. To właśnie wtedy pewne niewielkie miasteczko w samym centrum naszego pięknego kraju rozbrzmiewa dźwiękami zajmującymi niższą część tonalnego spektrum. I, rzecz jasna, wybrałem się tam i w tym roku.

Zgierskie wysypisko gruzu
Tym razem ludności było jakby mniej, niż na poprzednich edycjach. Oczywiście na to wrażenie mógł mieć wpływ fakt, że przybyłem (jak zazwyczaj) jedynie na drugi dzień, poprzedni zaś najprawdopodobniej skończył się spożyciem napojów w ilościach hurtowych, co z kolei skutkować mogło umiarkowaną zdatnością do funkcjonowania uczestników owej konsumpcji.

Taki stan rzeczy miał swój niewątpliwy plus - można było udać się celem potestowania sprzętów. Na pierwszy rzut poszły świeżutkie dzieła warszawskiej pracowni lutniczej Silent Scream.


Panów z Silent Scream (szczególnie Adama) znam już od dłuższego czasu - to oni zajmowali się m.in. moim Westonem, zanim odjechał gdzieś w Polskę. Od niedawna natomiast, oprócz serwisu, zajmują się również tworzeniem nader ciekawych gitar. Ich dzieła wyróżniają się dość nietypową stylistyką, bardzo dobrą jakością wykonania i - w przypadku jednego z nich - wyjątkowo ciekawą, rozbudowaną elektroniką opartą na filtrach, nieco podobnie jak w Alembicach czy Walach. Niestety, akustyka pomieszczenia, setup nie do końca taki, jak lubię, oraz nieco zjechane już struny sprawiły, że nie miałem większych szans naprawdę wsłuchać się w to, co potrafią te sprzęty. Obaczym - może jeszcze będzie okazja.

W sąsiedniej sali też było  co popodziwiać.

Nie sfociłem stanowiska importera MarkBassów - trzeba było ratować się kadrem z filmu
Największe pomieszczenie parteru zgierskiego MOK-u zajęli importer wzmacniaczy włoskiej firmy MarkBass oraz twórca nowej marki na polskim rynku lutniczych instrumentów - Birdland. Marków chyba przedstawiać nie trzeba - solidne a jednocześnie lekkie główki, paczki i comba. Sam niegdyś miałem LittleMarka 250 i wspominam go dość ciepło, nie tylko ze względu na jego znikomą masę własną. Niestety, nie starczyło mi czasu, by przetestować inne sprzęty tej firmy. Czasu zabrakło również, by bliżej zaznajomić się z Birdlandami - zresztą nie tylko on był tu przeszkodą. Basiwa te, choć wyglądają na świetnie wykonane, zaś jeden z egzemplarzy nader zacnie brzmiał w dłoniach innego uczestnika, odrzucają mnie na kilometr dizajnem główki. Jasne, warto tworzyć oryginalne projekty, ale ten, zwany przez niektórych stopą cukrzycową (to pewnie ona posłużyła do montażu Dacii 1310), jest... no, powiedzmy, że kontrowersyjny. Nie zmienia to faktu, że mocno trzymam kciuki za kolejnego polskiego twórcę dobrej klasy instrumentów.


Gdy wspominam o braku czasu, wiadomo, że musiał mieć on jakąś przyczynę. W tym konkretnym przypadku jej część znajdowała się w pokoju obok, gdzie, ściśnięte na niewielkiej powierzchni, znajdowały się basiwa innej polskiej firmy - Buzz.


Miałem już okazję testować jednego Buzza i był on tak zacny, że byłem niezwykle ciekaw innych. Próbki brzmień kilku różnych egzemplarzy, które miałem okazję słyszeć, tylko rozbudzały tę ciekawość. Do tego Mateusz ostatnio wypuścił kilka piątek - a ich entuzjastyczne recenzje, powtarzane również przez ludzi, którzy z zasady uznają tylko 4-strunowe basy, sprawiły, że nie mogłem sobie odpuścić takiej okazji.

I miałem rację.


Każdy z krótko ogranych przeze mnie Buzzów był sprzętem wysokiej klasy, ale wiśniowy, pięciostrunowy Jazz (czyli Dagonfly - ciekawe, czemu Mateusz nie pozostał w przypadku piątek przy nazwie Wasp) oraz czerwony Precel (w Buzzowej nomenklaturze - Hornet) z klonową podstrunnicą absolutnie zamiotły temat. Grały dokładnie tak, jak lubię - wściekła, żywa sprężyna, która jak przecinak wlazłaby w każdy rockowy mix (nie mylić z miksami graciarskimi). Poproszę oba. Albo trochę inne - Dragonfly'a ciemnozielonego i bez płytki a Horneta czarnego, oczywiście z klonem. Jak tylko uda się sprzedać nerkę.

Zresztą nie tylko ja doznałem opadu szczęki biorąc do rąk poskładane w Toruniu basetle.


Kolejną, niestety ostatnią atrakcją Graj(mi)dołu były - tradycyjnie już - warsztaty, mające w zasadzie charakter swego rodzaju prelekcji. W sobotę Zgierz odwiedził - również już tradycyjnie - Marcin Pendowski, w niedzielę pierwszy panel zagospodarował Łukasz Gorczyca, ja zaś najbardziej zainteresowany byłem drugim, prowadzonym przez bardzo cenionego jazzmana Tomasza Grabowego.


Co prawda nigdy nie byłem fanem jazzu (próbowałem kilka razy, a im bardziej próbowałem, tym bardziej się nie udawało), ale bardzo ciekawie było posłuchać o tym, jak należy (a przynajmniej warto) konstruować walkingi. I oczywiście samych walkingów.


Tomek zapewne nie byłby sobą, gdyby nie przywiózł ze sobą fretlessa. Nie był to co prawda 6-strunowy obrzyn, z którym zawsze był kojarzony, ale z powodzeniem udający kontrabas akustyczny Furch też świetnie zabrzmiał w rękach Mistrza.


W zasadzie nie napiszę nic nowego stwierdzając, że było warto. I że w przyszłym roku też mam zamiar się pojawić. I że mam nadzieję, że uda się wreszcie zaliczyć oba dni. Choć, znając mój "rozkład jazdy", pewnie znów się nie uda.

Tymczasem obejrzyjcie filmidło. I posłuchajcie. Szczególnie posłuchajcie.


niedziela, 11 listopada 2018

Basowisko: Bzyk Osa

Dziś mija równy, okrągły wiek, odkąd Polska odzyskała niepodległość. Oczywiście można dyskutować, czy owa niepodległość trwa nieprzerwanie od 100 lat, czy należy odliczyć od niej okres narzuconego nam przez Sowietów reżimu, jednak fakt jest faktem - od 11 listopada 1918 roku Polska nieprzerwanie znajduje się na mapie Europy.

Tak czy inaczej - jest co świętować.

Jedni w tym celu poszli na marsz by pomachać flagą i poczuć się, no, wzniośle. Inni swe patriotyczne uczucia wyrazili w tym samym (lub innym) marszu wznosząc okrzyki dobitnie wyrażające ich stosunek do wszystkiego, co nie jest nimi samymi, ich klonami oraz ewentualnie Legią Warszawa, oczywiście uprzednio w przypływie odwagi cywilnej zakrywając fizjonomię (na szczęście, o ile mi wiadomo, w tym roku obyło się bez patriotycznych bójek i patriotycznego demolowania miast). Ja natomiast dziś - i na co dzień - wolę cieszyć się tym, że kolejna polska marka ma szansę odnieść sukces. 

Kilka razy już pisałem o toruńskiej Restauracji Gitar. Sam zresztą kupiłem tam już trzy basy: 2 Fernandesy (Precla i Jazza) oraz Foundera. Wszystkie z nich zostały wyprodukowane w Japonii, lecz do pełni używalności zostały doprowadzone przez Mateusza i spółkę już tutaj. Pewien czas temu Mateusz wpadł na pomysł, by ofertę rozszerzyć o instrumenty lakierowane przez niego na miejscu - stare wykończenie jest zrywane a na jego miejsce kładzione jest nowe, jednak według starych receptur, które miały wpływ na brzmienie m.in. Fenderów z lat 60. i 70. A skoro już prawie cały warsztat był na miejscu...

No właśnie. Prawie.

W Restauracji można gitary, prawdaż, restaurować, można je lakierować i robić im pełen (wyśmienity zresztą) setup, ale nie ma możliwości produkcji korpusów i gryfów. Mimo to pomysł, by robić coś według własnego pomysłu, pod własną marką, pozostał. No, może nie do końca według własnego pomysłu - chodziło tu o bardzo dobre instrumenty "fenderokształtne", wiernie oddające styl i przede wszystkim brzmienie oryginałów z  dawnych lat. O lepiej wykonaną, lepiej odzywającą się alternatywę dla sklepowej masówki, również noszącej to "prawdziwe" logo. W końcu udało się nawiązać współpracę z jednym z japońskich producentów, który zgodził się dostarczać surowe deski i gryfy, które w Restauracji są wykańczane i montowane, po czym zyskują dobry, markowy osprzęt i własne logo: Buzz.

I taki właśnie Buzz trafił do mnie na kilka dni. Konkretnie Buzz Wasp, czyli japońsko-toruński Jazz Bass.


Pierwsze wrażenie jest niezwykle pozytywne: ten sprzęt wygląda po prostu rewelacyjnie. Kształty są oczywiście doskonale znane - wszak jest to zasadniczo stary (choć nowy) dobry Jazz. Natomiast trudno przejść obojętnie obok niezwykle smakowicie dobranej kolorystyki - piękny odcień zieleni na korpusie i główce współgra tu doskonale z płytką w delikatnie miętowym odcieniu i ciemnym palisandrem podstrunnicy ozdobionej prostokątnymi markerami i jasnym bindingiem. Przywodzi to na myśl wysokopółkowe Fendery z wczesnych lat 70-tych - z tą różnicą, że całość jest świetnie wykonana. Wykończenie jest bez zarzutu, wszystko jest zmontowane z precyzją spotykaną zazwyczaj w instrumentach kilkukrotnie droższych, co niestety nie było domeną gitar z logiem Fendera, w których, by uwolnić ich pełen potencjał, niejednokrotnie trzeba było poprawiać fabrykę.


Oczywiście można tu przyczepić się do takich nieistotnych detali, jak stylistycznie niezbyt pasujące logo, które dużo lepiej wyglądałoby na czymś w kształcie Ibaneza z pierwszej połowy lat 90-tych czy kalkomanię z owadem wyglądającą jak naklejka przyklejona przez młodocianego właściciela oraz zwrócić uwagę na... no, powiedzmy, że nie do końca oryginalny projekt główki (ponoć ma się troszkę zmienić), ale nie są to cechy, które mają większy wpływ na całość.


Konstrukcyjnie jest to pełna klasyka - i to w wersji finalnej, czyli "oryginał z ulepszeniami". Korpus wykonany został wykonany z jesionu zaś przykręcony do niego czterema śrubami gryf to tradycyjnie klon. Palisandrowa podstrunnica została wyposażona w 20 równiutkich, doskonale wykończonych progów. Przystawki to fenderowskie Custom Shop 60s, natomiast pasywna elektronika jest taka sama, jak w każdym klasycznym Jazzie: dwa potencjometry głośności i pokrętło tonów. Zero bateryjek, żadnej aktywnej equalizacji - prosto, na temat, klasycznie i tradycyjnie. Do tego dochodzi jedno z ulubionych ulepszeń "pofabrycznych", popularnych szczególnie w Jazzach: nieprodukowany już, ciężki mostek Badass. Całości dopełnia oldskulowo umieszczony thumbrest - i była to jedna z niewielu rzeczy, które w Buzzie mi się nie podobały. Ale do tego jeszcze wrócimy.


Wygoda gry jest - ponownie - typowa dla dobrego Jazza. Bas jest dość ciężki, ale ergonomiczne wyprofilowanie deski i dobre wyważenie całości w znacznej mierze to rekompensują. Gryf jest taki, jaki powinien być w starym Jazz Bassie - dość wąski przy siodełku, jednocześnie z solidnym profilem. Do tego dochodzi rewelacyjny wręcz setup. Serio - chyba nie zdarzyło mi się wziąć do ręki nowego instrumentu prosto z pudełka (no, z solidnego futerału) który byłby tak doskonale ustawiony. Jednakże to już jest cecha charakterystyczna praktycznie wszystkich instrumentów wypuszczanych przez Restaurację.

Niestety, jest tu jeden element, który trochę przeszkadza: wspomniany już thumbrest. Normalnie umieszczany jest powyżej struny E, by można było - zgodnie z nazwą - oprzeć na nim kciuk w innym miejscu, niż na przystawce. Tu jednak Mateusz postanowił przykręcić go tam, gdzie znajdował się głównie w Preclach z lat 50-tych i 60-tych, gdy wielu basistów opierało na nim palce i grało używając kciuka troszkę jak kostki. Przy grze palcami to zasadniczo nie przeszkadza, ale przy slapie, czyli użyciu kciuka w nieco bardziej współczesny sposób (o ile można tak nazwać technikę wynalezioną prawie 50 lat temu), ten kawałek plastiku zawadza okropnie. Gdybym miał kupić ten bas, odkręcenie tej cholernej podpórki byłoby pierwszą rzeczą, którą bym zrobił.

Wprowadzenie kolejnej modyfikacji czyniącej obsługę Waspa prawdopodobnie już bym sobie odpuścił, gdyż wymagałaby ona wycięcia dziury w maskownicy (i być może w desce) w miejscu, gdzie gryf styka się z korpusem. Otóż chodzi tu o dostęp do pręta napinającego gryf. Jako, że nie zdejmowałem płytki, nie wiem, czy pod spodem jest rowek, dzięki któremu można dostać się ampulkiem do końcówki pręta i wyregulować jego naprężenie (co jest konieczne przynajmniej 2 razy do roku). Jeśli jest, to pół biedy, jeśli jednak go nie ma, trzeba w tym celu... odkręcić gryf. Tak, wiem - tak było w starych Fenderach i wielu ich kopiach. Ale naprawdę nie ma sensu aż tak trzymać się tradycji, razem z jej idiotycznymi przejawami.


Najważniejsze w każdym instrumencie jest jednak brzmienie - a tu trudno mieć jakiekolwiek sensowne zarzuty.

Wasp brzmi jak... tak, zgadliście: jak Jazz Bass. Dodam - jak dobry Jazz Bass. Słychać tu, jaką rolę odgrywa jakość każdego zastosowanego komponentu - od drewien przez osprzęt aż po lakier. Oczywiście trudno oczekiwać, by nowiutki instrument zagadał tak, jak 40-letni, zrobiony z drewien, które wtedy jeszcze były dostępne (zanim w '84 spaliły się zapasy firmy Martin) a następnie rozgrywanych przez 4 dekady. Jednak w porównaniu z basami z ostatniego trzydziestolecia Buzz w zasadzie nie bierze jeńców. Jest to charakterystyczne jazzbassowe "warknięcie", jest solidny, zbalansowany dół, mocny cios w niskim środku i dość agresywna górka. Jak na mój osobisty gust słyszę tu za mało "dzwona", który pomaga uzyskać mosiężne siodełko (jego instalacja byłaby zapewne drugą rzeczą, jaką bym tu zrobił), poza tym troszkę brakuje mi "strzału" typowego dla klonowej podstrunnicy, jednak są to kwestie całkowicie subiektywne, a różnica między klonem a palisandrem jest tak subtelna, że można ją uznać za niemalże pomijalną. Zdecydowanie najlepiej brzmi kombinacja obu przystawek i tonu odkręconego na full. Przy grze na samej przystawce mostkowej soundomierz robi się według mnie nieco za ostry do zastosowań, w których zazwyczaj się ona sprawdza, zaś z samego pickupa gryfowego Jazz niemalże z definicji po prostu nie brzmi - jeśli chcemy tego charakterystycznego nosowego soundu, lepiej po prostu wziąć Precla. I nie jest to wina Waspa - tak sprawa się ma w każdym Jazzie. Za to grając na obu przystawkach na raz, uzyskujemy pełne, soczyste, wyraziste brzmienie, które sprawdzi się praktycznie w każdym gatunku muzyki. Czyli tak, jak to powinno być w dobrym Jazz  Bassie.

Zresztą... posłuchajcie sami (próbki wchodzą od ok. 2:40):




Podsumowanie, czyli zady i walety:

Buzz Wasp to ni mniej ni więcej, tylko świetnie wykonany, pięknie wykończony, zawodowo brzmiący Jazz Bass. Klasyka klasyki, w każdym znaczeniu tego zwrotu. Brzmieniem może stawać w szranki z najlepszymi, zaś jakością wykonania nokautuje całą znaną mi konkurencję. Z radością przytuliłbym egzemplarz - tylko najchętniej z klonową podstrunnicą. Czarny lub antiqua (kocham zieleń, ale z klonem nie współgrałaby najlepiej). I z mosiężnym siodełkiem.

I bez tego cholernego thumbresta.

I ograłbym jeszcze Horneta, czyli Precla. Jakoś jestem dziwnie spokojny, że jest równie dobry.


Plusy:
  • jakość wykonania
  • brzmienie
  • wygoda gry
  • bezbłędna estetyka
Minusy:
  • niewygodnie umieszczony thumbrest
  • bardzo upierdliwie rozwiązana regulacja pręta w gryfie

Czym go wozić:

Nie ma (niestety) polsko-japońskich samochodów. Właściciel firmy natomiast śmiga Imprezą... i chyba pasowałoby.

sobota, 16 września 2017

Multibasowisko: druga wycieczka do Torunia

Czasami pewne sytuacje wymagają zdecydowanych rozwiązań.

Na ten dany przykład - potrzeba siusiania w domu zamiast pod drzewkiem pociąga za sobą konieczność instalacji kibelka. Chęć wyjścia na spacer wiąże się z zasadnością wzucia obuwia. Tęsknota za danym brzmieniem połączona z perspektywą nagrań, na których owo brzmienie może się całkiem nieźle sprawdzić, sprawia, że sensownym staje się zakup sprzętu, z którego dany soundomierz można uzyskać.

Na przykład Jazza.

Tak - Jazza, i to spod znaku Wielkiego F, kiedyś już miałem, po czym nastąpiła spowodowana koniecznością finansową przesiadka na Precla. Też zresztą na F, tylko literki (licząc od trzeciej) były już nieco inne. Precel sprawdził się zacnie, zaś jego następca, czyli Westone, technicznie też jest Precisionem (aczkolwiek wygląda zupełnie inaczej, co zresztą bardzo mi odpowiada). Jednakże ostatnio, mimo niedawnego powiększenia stanu basowego posiadania, stwierdziłem, że czegoś mi brak w życiu (nie w rzyci): basu brzmiącego klasycznie, a jednak na tyle uniwersalnie, że da się na nim ugrać wszystko, do tego posiadającego własny wyrazisty charakter. Stało się jasne, że Dżezik jest jednak koniecznością.

A tak się złożyło, że właśnie teraz mogę.

Wiadomo natomiast, że tego typu zakupy - przynajmniej póki budżet sugeruje skupienie się na sprzętach Mejd In Dżapan - najlepiej robi się w Toruniu. Pozostało zatem załadować się w Skanssena i ruszyć w stronę województwa kujawsko-pomorskiego.

Oczywiście nie mogłem być sobą nie spieprzywszy czegoś. Tym razem spieprzenie ograniczyło się jeno do pozostawienia aparatu w domu, co zmusiło mnie do posługiwania się telefonem.


W Restauracji Gitar byłem już kilka lat temu - przy okazji zakupu wspomnianego wcześniej Precisiona. Wtedy siedziba mieściła się niejako kątem w budynku, gdzie znajdowała się jeszcze bodajże sala prób i insze przybytki. Teraz firma zajmuje robiący spore wrażenie dom na przedmieściach Torunia. I, biorąc pod uwagę bogactwo oferty oraz znacznie poszerzony (m.in. o własne, unikalne wykończenia instrumentów) zakres działań, trudno się temu dziwić.

Zresztą - po taki właśnie jednostkowo wykończony instrument jechałem. Przynajmniej w początkowym założeniu.


Niebieski Jazz z klonową podstrunnicą i pięknymi perłowymi markerami był pierwszym instrumentem, jaki wypróbowałem. Nie dziwota - wszak to z nim zamierzałem opuścić gościnny Toruń. Jednakże jego dość wysoka (choć usprawiedliwiona jakością remontu oraz samego basu) cena oraz ogromne bogactwo oferty sprawiły, że postanowiłem przyjrzeć się jeszcze paru innym opcjom.

Niektóre z nich jednak odrzuciłem a priori - wszak przyjechałem tu po Jazza, nie po bas do pudelmetalu z lat 80.


Precisiony, choć wybitnie smakowite, również nie leżały w kręgu mych zainteresowań (mam przecież Westone'a), zaś w kwestii Jazza zdecydowanie preferowałem klonową podstrunnicę.


Także basiwa typu hollowbody, choć nader zacne, nie wzbudziły mego zainteresowania. Nie dlatego, że było z nimi coś nie tak - wręcz odwrotnie, oferowane przez Restaurację egzemplarze należą do najlepszych propozycji w swej klasie cenowej, jednak ich stylówa i brzmienie nigdy mnie nie porywały. Ponadto w muzyce, którą gram, ich sound nieszczególnie by się sprawdził.


Moje postanowienie, że tylko Jazz i proszę mi dać spokój z innymi propozycjami, zachwiały się jednak, gdy zobaczyłem jedną z najpiękniejszych kopii Rickenbackera, jakie kiedykolwiejk dane mi było ujrzeć.


Niestety (a może na szczęście) egzemplarz był już sprzedany. Jednak na statywie z basami "rzeźnickimi" stał inny, niewiele mniej urodziwy japoński Rysiek.

Podłączyłem go i w trybie natychmiastowym zanieczyściłem bokserki.


Ten wykonany przez Fernandesa bas (o co chodzi z tymi japońskimi firmami i hiszpańskimi nazwami) to POTWÓR. Czyste, czterostrunowe, przesiąknięte adrenaliną, whisky i dymem papierochowym okrucieństwo. Zgadzało się w nim wszystko - poza, jak to w przypadku Ricka, uniwersalnością.

Dlatego postanowiłem ograć jeszcze kilka Jazzów znajdujących się w menu Restauracji (w tym przepiękne egzemplarze z unikalnym wykończeniem "paisley")... i podjąłem decyzję.

Jaką? O tym niedługo.

Wiem tylko, że Restaurację Gitar wciąż zdecydowanie warto odwiedzić - nawet, jeśli droga tam i z powrotem zajmie pół dnia. Jakość oferty, poziom dopieszczenia wszystkich gitar i tzw. "doświadczenie okołozakupowe" są według mnie jedyne w swoim rodzaju. Zresztą - jeśli po przeprowadzce i sprzedaży aktualnego mieszkania kościosłoniowy Rick by Fernandes nadal będzie tam stał, chyba po niego wrócę.

środa, 26 lutego 2014

Multibasowisko: Basista w Restauracji

W życiu większości ludzi (i praktycznie każdego tzw. muzyka) nadchodzi moment, gdy widniejące na horyzoncie nieuniknione wydatki mają niebezpieczną szansę przewyższyć dochód. Wtedy właśnie stajemy oko w oko z niemiłym dylematem: zapłacić rachunki i ratę OC czy utrzymać stan sprzętowy.

Powiem szczerze: wielbię wszystkie moje basy. Każdy jest świetny, zarówno w swojej klasie cenowej, jak i nieco powyżej. Jednak biorąc pod uwagę pewne zmiany w życiu i nadchodzące wydatki musiałem rozważyć opcje downgrade'owe. Alembic odpadł od razu - jest niezastąpiony, jedyny i ma u mnie bezdyskusyjne dożywocie, koniec, kropka. Ibanez też nie za bardzo nadaje się do takiej operacji - nie dostałbym za niego zbyt wiele (jego wartość rynkowa jest dużo niższa niż studyjna czy sceniczna, głównie ze względu na stan wizualny) a już na pewno nie wymieniłbym go na tańszego a wciąż satysfakcjonującego fretlessa. Jazz natomiast... Właśnie. Mogę dostać za niego rozsądną cenę (zarówno z punktu widzenia szczęśliwego nabywcy, jak i nieszczęśliwego sprzedającego, czyli mnie), do tego aktualnie są przyzwoite opcje znalezienia tańszego następcy. A w zasadzie zastępcy, gdyż pogodziłem się z tym, że stopień zajebistości będzie jednak niższy.

Padło więc na Geddy'ego.

Nie mogę jednak powiedzieć, że była to spontaniczna decyzja, po której nastąpiły żmudne poszukiwania nabywcy Jazza i odpowiedniej, nieco tańszej basetli na jego miejsce. Impuls dało mi znalezienie potencjalnego następcy pod postacią Fernandesa Precisiona z 80 roku za dobry pieniądz. Plusem - poza faktem, że to stary, dobry japończyk w zachęcającej cenie - był mój ulubiony zestaw kolorystyczny. Taki sam, jak w przypadku Geddy'ego, czyli czarny z klonową podstrunnicą. Minusem za to była lokalizacja basu w Toruniu. Na szczęście znajdował się on u człowieka, którego znam i cenię. A jako, że i tak już od dawna planowałem wycieczkę do Restauracji Gitar, pozostało umówić się z Mateuszem, zapakować się w Madzię i wyruszyć.

Restauracja Gitar to niewielka, jednoosobowa firma, której właściciel trudni się zasysaniem z zagranicy dobrych gatunkowo, głównie japońskich sprzętów (przeważnie basów, choć gitary też są), doprowadzaniem ich do świetności (szlif progów, ekranowanie elektroniki, polerka lakieru, profesjonalny setup) i następnie sprzedażą w nader rozsądnych cenach. Wybór jest spory - zazwyczaj kilkanaście basów i kilka tych mniejszych, dziwnych instrumentów z cienkimi strunami. Jadąc na miejsce wiedziałem, że będzie co ogrywać - nie spodziewałem się jednak, że wybór będzie aż tak trudny.


Mały fragmencik menu Restauracji

Większy fragmencik menu Restauracji


Po przybyciu na miejsce i wymianie uprzejmości (w przypadku basistów brzmią one jak coś między beknięciem a śmiechem rosłego chłopa o IQ chrobotka reniferowego) podłączyłem Geddy'ego pod zestaw SWR SM900/Demeter/Eden. Natychmiast zrobiło mi się smutno, gdyż mój Jazzik zagadał jeszcze lepiej, niż na moim sprzęcie. To po prostu kawał porządnego, świetnie gadającego Jazza, którego żal wypuszczać z rąk. No ale cóż - a man's gotta do what a man's gotta do, więc zamiast rozpaczać lub wracać do domu nie uskuteczniwszy transakcji pochwyciłem Fernandesa, na którego się na wstępie nastawiałem. I... przeżyłem rozczarowanie. Bas brzmiał przyzwoicie, ale był zwyczajnie niewygodny. Struny zdawały się być za wysoko (choć tak naprawdę wcale nie były), grało mi się tak sobie. Dlatego stwierdziłem, że porównam jeszcze kilka egzemplarzy. Tym bardziej, że skoro jestem przyzwyczajony do świetnego soundu i arcywygodnego gryfu Geddy'ego, można by było pozostać przy Jazzie.

Japońskie bliźniaczki - Aria i Fernandes

W moje łapy zawędrowała zatem - podana przez uczynnego Mateusza - stylowa Aria Pro-II z serii Professional Bass. I muszę przyznać, że ten bas zasługuje na swoje miano. Piękna, typowa dla dobrych Jazzów "szklanka" i potężny cios. Doskonały przecinak na sprzęcie o neutralnej barwie, za to po podłączeniu pod lampowy zestaw Marshalla bezlitosna rockowa maszyna. Do tego mój ulubiony zestaw drewien w basach fenderokształtnych, czyli jesion/klon. Praktycznie wszystko się zgadzało, do tego masa jesionowej dechy sprawiała, że Aria w kategorii "wściekły nakurw na przesterze" zjadała Geddy'ego. Jednak na "cleanie" (czyli w tym przypadku cudnym, "przezroczystym" preampie Demetera) Geddy wg mnie gada fajniej. A ja co prawda przyjechałem po bas tańszy, ale z kategorii "inaczej", a nie "ten sam smak, inne przyprawy". Jazz Bass w wykonaniu Arii jest fantastyczny i jestem gotów polecić go każdemu, kto szuka basu tego typu, ale stwierdziłem, że jednak chcę spróbować czegoś innego.

A coś innego jak najbardziej było.

Geddy kontra Aryjka, oba świetne

Kolejna w menu była inna Aria. Nie Jazz, nie Precision, tylko klasyczna konstrukcja tej zacnej japońskiej firmy - piękny egzemplarz słynnej serii SB. Konkretnie niedrogi (w każdym razie teraz) ale genialnie wykonany model SB-R60. Czyli tańsza, pasywna wersja legendarnej Arii Pro-II SB 1000. Basu rozsławionego przez niezapomnianego Cliffa Burtona z Metalliki (której nigdy nie lubiłem; TAK, PRZYZNAJĘ, NIE LUBIĘ METALLIKI) oraz Johna Taylora z Duran Duran.

Byłem wniebowzięty.

Po podpięciu Arii pod Demetera wiedziałem od razu: taki bas muszę kiedyś mieć. Kiedyś. Ale czy teraz? Czy zastąpiłaby Jazza? Niestety... nie. Z palców i z kciuka brzmiała wyśmienicie, sound przypominał nieco MusicMana ale był pełniejszy, nie tak "nadmuchany", bardziej zwarty i szlachetniejszy. Jednak było to brzmienie które niosło ryzyko, że nie wpasuje się tak dobrze, jak bardziej tradycyjne konstrukcje, w to, co gram. Poza tym brzmienie spod kostki nie przekonywało. Rzadko co prawda gram kostką, ale się zdarza, i jeśli muszę poprzestać na jednej czwórce, chcę, by odpowiednio spisywała się w każdej technice. Nie zmienia to faktu, że taka Aria jest teraz jeszcze większym moim marzeniem, niż dotychczas. A cena cholernie kusi.

Aby już do końca doprowadzić się to ejtisowego orgazmu, pochwyciłem pozostające poza moimi aktualnymi zdolnościami finansowymi Kawai. Tu w zasadzie wystarczą dwa słowa: japoński Alembic. Nawet stylówa jest zbliżona. PRZYPADEK? NIE SĄDZĘ. Ogólnie rzecz biorąc, to rewelacyjny, szlachetnie brzmiący, doskonale wykonany instrument. Brzmieniowo - przeokrutna slapmaszyna. Nie jest to tej klasy magiczny artefakt, co basy Alembica, ale też cena jest o kilka rzędów niższa. I wierzcie mi - ten mały basik jest wart każdego grosza. Tak samo, jak Aria.

Ejtisy made in Japan, orgazm kciukowca

Wszystko to wywołało spory zamęt w mojej głowie. Nadal wielbiłem (i wciąż wielbię) Geddy'ego, ale decyzja została podjęta i teraz trzeba było wybrać godnego (choć nieco tańszego) następcę. Mateusz podsuwał mi kolejne basetle, w tym świetne "Urządzenie Gitarowe Greco" (Greco Guitar Device) wizualnie będące prawie kopią Rickenbackera (pisałem już, że uwielbiam Rickenbackery?) ale konstrukcyjnie różniące się tak bardzo, że trudno bardziej, oraz najlepszego Thunderbirda, jakiego kiedykolwiek miałem w rękach, oczywiście niebędącego Gibsonem (obie sztuki białe/kremowe, widoczne na pierwszym zdjęciu), jednak byłem praktycznie zdecydowany na tradycyjną, fenderokształtną konstrukcję. Ocenę ułatwiał genialny zestaw wzmacniaczy i paczek, zajmujący prawię połowę powierzchni niewielkiego pomieszczenia. Choć może utrudniał, gdyż na tych gratach wszystko gadało genialnie. Wszystko, z wyjątkiem... mojego Alembica, gdyż okazało się, że jego struny były już kompletnie zdechłe. A Alembiki zdechłych strun nie lubią.


Niektórzy twierdzą, że lepiej byłoby testować na Kustomie czy Hartke. Brawo, medal z kartofla i czapka głupka czekają już na zwycięzców.

W trakcie, gdy torturowałem swoje zwoje mózgowe i pieściłem zmysł słuchu kolejnymi zacnymi japończykami, z których najmłodszy miał może ze 25 lat, Mateusz zaszył się w mieszczącym się w przylegającym pomieszczeniu warsztacie i dłubał przy czarnym Fernandesie. W końcu wyłonił się z kanciapy i wręczył mi bas ustawiony "po mojemu".

Zmarłem.

W rękach trzymałem fantastycznie wyregulowanego Precla, który po podłączeniu nabrał pięknego, rockowego warkotu, który każdy Precision mieć powinien. Owszem, nie miał takiego ataku i szklanki jak Geddy czy kremowa Aria, ale w końcu nie jest Jazzem. Usłyszawszy cenę, jaka została mi zaproponowana, wiedziałem już, z jakim basem wrócę do Warszawy: z tym, po którego jechałem na samym początku.

Jeszcze tylko tradycyjna pizza (u znanego ze swojej pizzożerności Mateusza nie można się bez niej obyć), pamiątkowa fota, wybór pokrowca... i czas wracać.

Teraz jeszcze pozostaje znaleźć nowy dom Geddy'emu. Bardzo nie chcę, ale finanse zmuszają. Dlatego mam dla Was specjalną ofertę: bas z pokrowcem i dwiema płytkami (oryginalna biała i dodatkowa tortoise shell, czyli szylkret) za 2600. To naprawdę niedużo za zawodowy instrument, z którym nie wstyd pokazać się w studiu. Szczegóły są tu: JEDYNYTAKIDLAKONESERAZOBACZ

A Madzia? Spisała się dzielnie. Pokonała dystans do Torunia i z powrotem bez zadyszki, kotłując ok. 6,3 l na setkę. Kochane dziewczę. Mam zamiar jeszcze kiedyś pogonić ją do Torunia. Może uda się wyrwać Arię SB-R60? Bo to ją bym łykał, gdybym nie musiał żenić Jazza i stać by mnie było na jeszcze jeden bas. I to bez namysłu. Bo tak naprawdę to ona najbardziej kusiła mnie do samiutkiego końca. A nawet jeśli się nie uda - Restaurację Gitar i tak warto odwiedzić.