piątek, 25 września 2015

Spacerkiem i rowerkiem: na nic krzyki, na nic wrzaski, wybieramy się na Piaski

Zmieniła się nam astronomiczna oraz kalendarzowa pora roku, pogoda co prawda jeszcze dopisuje, ale robi się jednak nieco chłodniej, do tego dni stają się coraz któtsze, co z kolei ciągnie za sobą zwiększony popyt na Prozac. Nastał zatem dobry moment, by w ramach walki z jesienną deprechą zintensyfikować nieco cykl wpisów, które miłośnicy rdzy i kapiących na podłoże płynów lubią najbardziej: mixy.

Ostatnie miesiące były okresem częstych i długich spacerów z Młodzieżem. Nieduży człowiek siedział sobie w wózku i oglądał świat komentując go po swojemu (ostatnimi czasy również ten wózek opuszczał i entuzjastycznie zaiwaniał per pedes, ale jedynie w odpowiednich ku temu miejscach), ja zaś eksplorowałem kolejne fragmenty swego miasta i łowiłem co bardziej soczyste rodzyny stacjonujące na parkingach i inszych miejscach przeznaczonych do postoju pojazdów mechanicznych. Jedną z głównych destynacji wypadowych stały się leżące sobie na północy Warszawy (za Żoliborzem, który był grany w poprzednim miksie) Bielany. I o ile w poprzednich odsłonach traktowałem je zbiorczo, tak tym razem zebrany materiał okazał się na tyle srogi (zarówno ilościowo, jak i jakościowo), że jedynym wyjściem okazało się podzielenie ich na poszczególne osiedla. Dlatego też dziś zaczynamy w południowo-zachodniej części Bielan - czyli na Piaskach, znajdujących się nieopodal miejsca, gdzie skończyliśmy ostatnio, tylko po drugiej stronie trasy AK.

Prawdopodobnie nazywają się tak a nie inaczej, gdyż żelazem dostaje się tam jak piachem po oczach.

Zapraszam na spacer.

Wstęp wzbroniony, uwaga, złe Camaro

Dawać na Nity, bez dyskusji!

309 na czarnych, to się już w zasadzie nie zdarza

O, taką Ścierą to bym wycierał asfalt

Punto Raz, jeśli w ogóle się spotyka, to najczęściej w takiej formie. A premiera była tak niedawno.

Akwarium w ekskluzywnym kolorze Anonymous Corporate Silver. Musi eksport.

Życzę następnych 30 lat bezproblemowego upalania!

Tym zielonym, pięknym Yugo jeździłbym, lecz niezbyt długo

Kącik Kaszlaczny 1: Wydłubany Z Jamy

Kącik Kaszlaczny 2: tak to wyglądało, do środka rodzinka, bagaże na dach i Balaton lub Bułgaria

Kącik Kaszlaczny 3: pięknie odciśnięty

Kącik Kaszlaczny 4: kto słucha ESKi ten rucha pieski, przepraszam, musiałem.

Grzyb, koneser, czy jedno i drugie naraz?

Wartburg Gnije Ostatecznie

Tak mi się coś wydawało, że skądś go znam

Wyciągnięty Z Lasu

Krytyczny poziom zgrzybienia

Wracamy do Maluchów. Na te 13" założyłbym słoneczka - a póki co walają mi się po bagażniku

Najlepszy układ: ktoś ma i dba

Pewien czas temu na Złomniku była piękna historia o tym, jak ktoś pojechał po Isuzu Gemini, jak bardzo się cieszy i jak spełnił swoje marzenia.
To ewidentnie nie ten.
Wiem, 20 zdjęć to niedużo. Ale to dopiero łagodniutki początek. Co się dzieje w pozostałych częściach Bielan, ja nawet nie.

Zobaczycie sami.

środa, 23 września 2015

Eventualnie/Śmignąwszy: nie umiem w ofrołdy

Zdarza się, że zdjęcia, które robię, lub pomysł na temat, który wpada mi do łba kudłatego, wpadają do szuflady, gdzie potrafią spędzić nawet kilka miesięcy. Czasem nie wiem, co z nimi zrobić, a czasem temat jest dość nietypowy i nie za bardzo wiem, jak go ugryźć. Jednak po pewnym czasie, przeglądając foldery ze zdjęciami, stwierdzam, że w sumie czemu nie.

Dlatego dziś wrócę do przełomu wiosny i lata.

Jak niektórzy wiedzą (a inni przegapili) mam coś, co nazywa się pracą. Praca ma często to do siebie, że przebywa się w jej godzinach z innymi ludźmi. Ażeby ludzie owi lubili się i chętniej współpracowali ze sobą Ku Wspólnemu Dobru, firmom zdarza się uskutecznić event zwany imprezą integracyjną. I taką właśnie imprezę urządziła też firma, w której mam całkiem spore szczęście pracować.

Impreza była wyjazdowa i obejmowała cały dzień a dla chętnych również kawałek nocy. Ja sam, jako element z natury aspołeczny a już na pewno nie za bardzo pijący, wśród owych chętnych się nie znalazłem, jednak ciekaw byłem, jakie wymyślne atrakcje czekają na wszystkich w godzinach przedspożywczych. Gdy po dojechaniu na miejsce ciekawość moja została zaspokojona, ustąpiła miejsca całkiem pokaźnemu entuzjazmowi.

Jak to często bywa na tego typu eventach, towarzystwo podzielone zostało na drużyny. Każda z drużyn miała za zadanie zdobywać punkty w rozmaitego autoramentu konkurencjach. Było strzelanie z wiatrówki (lubię) i łuku (nieszczególnie), specyficzne zabawy przy użyciu kijków, sznurków, puszek i wody, sygnalizacja flagami (niestety, zadania nie miały nic wspólnego z "Wichrowymi Wzgórzami"), ale tym, co sprawiło, że obudził się we mnie zazwyczaj znajdujący się w stanie śpiączki duch rywalizacji, były dwie inne dyscypliny.

Pierwszą z nich był Powerturn. 


Zabawa polegała na umoszczeniu się w dwie osoby wewnątrz ustrojstwa przypominającego skrzyżowanie plastikowej wanienki z wózkiem dziecięcym i zawalonym rusztowaniem, napędzanego dwoma silnikami od kosiarki. Właśnie fakt posiadania dwóch niesprzężonych silników jest tu kluczowy. Jeden z nich napędzał lewe tylne koło, drugi zaś - prawe. Wynalazek nie posiadał układu kierowniczego - sterowanie odbywało się za pomocą dwóch joysticków, z których każdy zawiadował innym silnikiem. Zadanie polegało na zsynchronizowaniu działań dwóch siedzących w wyścigowej balii osób, tak by jak najszybciej przejechać dość prosty tor, jednocześnie nie wypadając z trasy.

Z Powerturnem, mimo konieczności współpracy, poradziłem sobie nawet nieźle.

Kurdeż. Nie ogarniam. Trochę rurek, nieco plastiku pochodzącego z odrzutów z chińskiej fabryki kubków na jogurt, dwa dwusuwowe silniczki i sterujące nimi joysticki, a tyle frajdy. Niestety - za tę frajdę przyszło mi zapłacić.

Jako miłośnik bojówek w rozmaitych ich wersjach, miałem takowe na tyłku i tamtego dnia. Wygodne, praktyczne, z dużymi kieszeniami... No właśnie, kieszenie. Mój telefon, który do tamtego dnia wytrzymał ponad półtora roku zaniedbań, siadania na nim mym opasłym zadem i setki mniej lub bardziej twardych lądowań, zamiast spoczywać w schowku (gdzie byłem przekonany, że się znajduje) krył się w jednej z obszernych kieszeni mych portek. Półleżąca pozycja w połączeniu z entuzjastycznym atakowaniem zakrętów spowodowała jego dyskretne opuszczenie mej odzieży, a następnie udanie się lotem koszącym na żwirzastą powierzchnię toru. Koło bolidu jadącej po nas załogi dokończyło robotę. 


Mówienie o mojej irytacji byłoby delikatnym niedopowiedzeniem. Następnego dnia miałem robić z Red. Z. Łomnikiem próbny przejazd trasy jego rajdu, zaś jeszcze następnego - ustawić się jako jednoosobowy checkpoint, w związku z czym musiałem być pod telefonem. Zastanawiając się nad możliwymi opcjami zająłem się bezskutecznymi próbami uniknięcia całkowitej kompromitacji w pozostałych konkurencjach. Jedna z nich jednak poprawiła mi humor. Przynajmniej na chwilę.


Teren, na którym odbywał się firmowy event, zawierał malowniczy tor przeszkód. A tor zawierał odpowiednio przystosowane Suzuki Samurai w ilości sztuk dwóch. Oczywiście od razu wiedziałem, że muszę władować się za kierownicę.


Samuraie były oczywiście przygotowane na to, że będą nim jeździć idioci i dyletanci. Orurowanie było nader solidne, zaś na miejscu pasażera oraz z tyłu, gdzie stał instruktor, znajdował się przycisk wyłączający silnik. Oczywiście tor był opracowany tak, by zminimalizować ryzyko zrobienia sobie (i komuś) krzywdy, ponadto osiągane prędkości byłyby konkurencyjne w wyścigu płyt tektonicznych, jednak organizatorzy słusznie zakładali, że sporą część ujeżdżających małe terenówki będą stanowić osobniki o IQ bakłażana. Strzeżonego itd. A widoki - zarówno z zewnątrz jak i zza kierownicy - robiły wrażenie. I mogły troszkę onieśmielić.


Sam z początku onieśmielić się nie dałem, ale każdy pokonany metr pokazywał mi dobitnie, gdzie moje miejsce. A znajdowało się ono pod stołem, ew. w kącie. Zmylony leciutko obracającą się kierownicą założyłem, że to kwestia wspomagania, a nie przełożenia, i... błąd. Pierwsze zakręty - duużo za szeroko. Punkty karne. Kolejne łuki, gdzie należało unikać wjeżdżania na przeszkody - znów źle wymierzone i znów punkty. Instruktor raz po raz opieprza, wyłącza silnik, po czym opieprza ponownie, a ja robię się malutki.

Bardzo malutki.

Po trzecim (najlepszym, czyli sknoconym jedynie w 50-60%) przejeździe mogłem już powiedzieć, że nie nadaję się do tego. Mimo wcześniejszej frajdy z jeżdżenia Land Cruiserem po lesie, mimo ogromnego zapału, z którym zabrałem się do gonienia malutkiego Suzuki po torze, mimo jego śmiesznej łatwości dla Kogoś, Kto Umie W Ofrołdy, poległem. Po prostu jestem na to za cienki w uszach, koniec, kropa. Moje mózgowie nie ogarnia tak ogromnej precyzji, jaką trzeba się wykazać pokonując wykroty, wądoły i inne rzeczy na "w", a mimo prędkości, które rozśmieszyłyby flegmatycznego piechura, nie jestem w stanie nadążyć z oceną tego, co wyłania się zza każdego zakrętu. I tym bardziej podziwiam wszelkich off-roadowców, którzy wciągają poligon wojskowy na śniadanie, choć, jak się okazało, nie jest to moja bajka.

Ale czy spróbowałbym raz jeszcze?

No jacha.


Tylko nie wiem, czy wpuściliby mnie ponownie za kółko.

sobota, 19 września 2015

Kwestia gustu, czyli gra w kolory

Wyobraź sobie ten moment: kupujesz nowy samochód. Stać cię na to, a któryś z oferowanych modeli przypadł ci do gustu. Masz już wybrany silnik i opcje wyposażenia. Teraz jeszcze tylko to, co niby najmniej istotne, ale najbardziej widoczne: kolor.

Wiadomo - na luksus wyboru lakieru mogą pozwolić sobie jedynie nabywcy nowych aut. Szukając używki, szczególnie gdy dysponujemy ograniczonym budżetem, nie ma co grymasić - po prostu trzeba brać najlepszy egzemplarz, który znajdziemy, i tyle. Również czasem kupując nówkę-salonówkę możemy trafić na sytuację typu "to, co na placu, jest 20% tansze" - w takiej sytuacji wielu potrafi przymknąć oko na to, że finalnie zanabyty egzemplarz nie jest do końca zgodny z wymarzonym. Jednak nie o takich przypadkach tu mowa. Jeśli podejmujesz świadomy wybór, trzymasz się go i finalnie zań płacisz, pokazujesz światu kawałek siebie, a przynajmniej swój gust. Lub jego brak.

Szczepan z Automobilowni stworzył niegdyś dwuczęściowy wpis omawiający trendy i mody w samochodowej kolorystyce na przestrzeni lat. Ja zaś pozwolę sobie podejść do tematu od innej strony - konkretnie przez pryzmat mego własnego doskonałego gustu. Wymyśliłem kilka nazw handlowych pasujących do konkretnych kolorów i dopasowałem je do typów ludzi takowe wybierających. Dlatego też jeżeli masz za sobą operację założenia bypassów na poczuciu humoru lub też czerpiesz chorobliwą przyjemność z obrażania się - zakończ lekturę w tym miejscu i wejdź na stronę, gdzie wszystko jest poważne jak zawał i równie mało obraźliwe, co powietrze.

Albo potem nie mów, że nie ostrzegałem.

* * * * *

1. Biały

Biel jest modna. Biel jest łał, dżezi, kul i zasadniczo wypada się w niej pokazać. Jeśli wybierasz biel, bywasz. A to w modnym klubie, a to w modnym towarzystwie, a to chociaż na Pudelku. To, że twój pojazd 5 minut po wyjeździe z salonu (tudzież z myjni) będzie wyglądał równie atrakcyjnie, co Lublin Cytryna i Gumiaka, nie zaprząta twego pochłoniętego rozważaniami o modzie umysłu.

Nazwa handlowa: Fashion White

2. Srebrny

Jesteś prawdziwym korpożołnierzem. Stoisz na baczność przed Wielkim Korpobratem, gotów ginąć za Misję Firmy. W imię walki o nią wyzbywasz się jakichkolwiek przejawów osobowości. Własny charakter to brak profesjonalizmu, przeszkoda na drodze do stworzenia idealnego raportu z wyjścia do klopa. Lakier twego samochodu nie może mieć własnego koloru - w nim ma odbijać się biurowiec. Maszeruj. Raz, dwa, lewa. Ewentualnie, jeśli nawet nie jesteś korpożołnierzem, to po prostu sąsiad ma srebrny samochód, sąsiadka też, tak samo, jak wszyscy ludzie, którzy przyjechali z rodzinami do hipermarketu zaraz po Familiadzie. A przecież miliony much nie mogą się mylić. Prawdopodobnie mówisz "wziąść".

Nazwa handlowa: Anonymous Corporate Silver

3. Szary

Dyskrecja to twoje drugie imię. Dyskretna elegancja - twój ulubiony styl. Tak dyskretny, że aż niewidzialny. Uwielbiasz wtapiać się w tło, z twarzy i ogólnej stylówy podobny dokładnie do nikogo i każdego jednocześnie. Prawdopodobnie nie lubisz myć samochodu. Pamiętaj tylko, by korzystać zawsze ze świateł mijania - jeśli będziesz używać dziennych, prędzej czy później ktoś wjedzie ci w zad.

Nazwa handlowa: Stealth Asphalte Grey

4. Brązowy

Ciepłe, domowe ognisko. Przywiązanie do tradycji. Poroże na ścianie, skóra dzika na podłodze, cięty kryształ, reprodukcje klasycznych mistrzów i portrety wąsatych przodków, oczywiście rodowodowo-herbowych. Ciągnie cię do konnych polowań a swojski aromat obornika wywołuje w tobie rozrzewnienie.

Nazwa handlowa: Old Geezer Brown

5. Czerwony

Zdecydowanie najszybszy kolor. Najszybszy i najbardziej wyróżniający się. A ty uwielbiasz się wyróżniać. Regularnie bywasz w centrum - konkretnie zaś w centrum uwagi. Jesteś chodzącą definicją ekstrawertyzmu. Zawsze na imprezie - nawet na jezdni. Stopa w podłodze i patrzcie, kto rządzi. Nieważne, że to niespełna 70-konne pierdzipudełko.

Nazwa handlowa: Superfast Red

6. Zielony

Niby samochód jest ci potrzebny, ale jednak odczuwasz odrobinę winy. No bo klimat. Bo drzewka. Bo foczka na biegunie dostanie kaszelku. Potrzebujesz listka figowego, swego rodzaju symbolicznych przeprosin, sygnału wysyłanego w kierunku wszystkich tych, którzy nienawidzą cię za to, że nie gnieciesz się z rodziną i bagażami w zbiorkomie i nie ciśniesz na rowerku w środku zimy, mówiącego, że jednak jesteś z nimi. Aż dziwota, że obecna generacja Priusa nie wychodzi w zielonym.

Nazwa handlowa: Tree-Hugger Green

7. Czarny

Prestiż. To jest właśnie to, co interesuje cię najbardziej. Samochód ma być prestiżowy i groźny, budzić respekt samym swym wyglądem. Jadący przed tobą lewym pasem, bo akurat wyprzedzają ciężarówkę, mają na widok twego auta w lusterku natychmiast się pod ową ciężarówkę wcisnąć, inwalidzi zaś powinni grzecznie ustępować ci swych miejsc na parkingu, - wszak twój splendor nie może być noszony piechotą przez pół parkingu pod hipermarketem, w którym kupisz promocyjną parówkową, by starczyło na ratę kredytu.

Nazwa handlowa: Prestige Black

* * * * *

To wszystko, co udało mi się wycisnąć z meandrów mego mózgowia. Wiem, że lista jest niekompletna - zabrakło błękitu, granatu, wiśni i paru innych pięknych odcieni. Jednak nawet moja szydera ma swoje granice. Dziś granicą ową jest senność.

Dobranoc.


poniedziałek, 14 września 2015

Długodystans: Madzia - część ostatnia

Ten moment w końcu musiał nadejść.

Madzia vel Madzisława vel Mazda 323P '97 znalazła w końcu nowego właściciela.

Zmiana warty
Tak, długo czekałem na ten dzień. Nie dlatego, że nie lubiłem Madzi czy miałem jej dość - przez ponad 3 lata, które spędziła z nami, udowodniła, że japońskie żelazo z lat 90. jest trudne do pobicia pod względem niezawodności, poza tym mimo niewielkich rozmiarów i ledwie 3-drzwiowego nadwozia imponowała praktycznością - jednak od momentu wystawienia jej na sprzedaż minęły ponad 4 miesiące. Nie wiem, dlaczego Madzia nie wzbudziła większego zainteresowania - może to kwestia spartańskiego wyposażenia (nie ma nawet wspomagania) czy wyraźnie zrudziałych błotników (progi i podłoga są zdrowe!), tak czy inaczej mimo śmiesznej jak za sprawnie jeżdżące auto ceny odezwały się cztery osoby. Jedna wycofała się "bo wyjazd do Chorwacji", druga - bo jednak wspomaganie, trzecia w ogóle nie odezwała się ponownie.

Aż w końcu pojawił się czwarty zainteresowany. I to on finalnie odjechał Madzią, wysupłując z portfela kwotę znacznie niższą od pierwotnie zakładanego przeze mnie minimum.

Znacznie.

Niestety - zbliżał się już koniec OC, a to zawsze jest mocna karta przetargowa. Trzeba było brać co proponują. Innymi alternatywami było opłacenie OC (co prawda pierwszej raty, ale zawsze to pieniądz) lub... złomowanie. A mimo stanu nieszczególnie idealnego Madzia była (i wciąż jest) zbyt dobrym jeździdłem, by wywalać ją na szrot.


To, że Madzisława wciąż zasługuje na miano fajnego, przyjaznego toczydła, udowodniła ostatnia przejażdżka. Wiedząc, że umówiony nabywca, który zostawił już zaliczkę, jest w drodze, zabrałem Mazdę na ostatnią rundkę dookoła komina. Kilka uliczek, ze 3 kilometry, małe podtankowanie, by nowy właściciel bez strachu dojechał do domu czy choćby na stację na dokarmienie. W trakcie tej krótkiej przejażdżki przypomniałem sobie wszystko, za co lubiłem to auto - świetne fotele, dobrą widoczność, spontaniczną reakcję na gaz. Przypomniałem sobie też to, co mnie drażniło - brak wspomagania, niewygodnie wchodzącą "dwójkę" (trzeba niemalże wprasować dźwignię w bok fotela kierowcy), konieczność kładzenia się na fotelu pasażera by z miejsca kierowcy ręcznie ustawić prawe lusterko. I tak - zalety wciąż przeważały nad wadami.

Teraz będzie cieszył się nimi jej nowy własciciel.

Mi pozostało powspominać wszystko to, co dzięki Madzisławie miałem możliwość przeżyć: zjeżdżenie kawałka kraju (od Zamościa przez Zgierz i Zalew Sulejowski po Mazury), kilka rajdów, w tym dwa jako uczestnik i jeden jako obsługa punktu, wożenie kilogramów sprzętu, dojazdy na koncerty bliższe i dalsze i w końcu pierwsza podróż Młodzieża ze szpitala do domu. Poza tym - trzy lata to jednak jest trochę czasu. To więcej, niż wcześniej miałem okazję cieszyć się jakimkolwiek samochodem (Melodilą jeździłem nieco ponad pół roku, Chaimkiem - rok z przerwą na wrastanie w parking, o Saabolocie nie ma co nawet pod tym względem wspominać). Może dlatego, że w tym czasie nie znalazły się fundusze na przesiadkę na cokolwiek innego. A może dlatego, że po prostu była - i wciąż jest - przyzwoitym, zaskakująco praktycznym, niezawodnym i najzwyczajniej w świecie sympatycznym samochodem. I choć jest już następca, czyli Volviacz vel Pjord Skanssen, z którym zaprzyjaźniłem się od razu, trochę smutno było patrzeć na tak dobrze znajomy biały kuperek znikający za zakrętem.


Jeśli chcecie przypomnieć sobie, jak wyglądały wspólne trzy lata i 31 tysięcy kilometrów - oto chronologiczny spis treści:

Cz. 1
Cz. 2
Cz. 3
Cz. 4
Cz. 5 (w której Madzisława zostaje celebrytką)
Cz. 5
Cz. 6
Cz. 7
Cz. 8, ogłoszeniowa i zarazem przedostatnia

Teraz pora tworzyć kolejne odcinki nowego długodystansu. Oby był przynajmniej równie udany, jak ten, który właśnie dobiegł końca.

czwartek, 10 września 2015

Spacerkiem i rowerkiem: Zielony Żoliborz

Stało się: Złomnik ogłosił, że nie będzie już publikował miksów. Strona, od której po pewnym czasie pomysł podchwycili inni (w tym ja), wycofuje się z wielbionego przez tłumy cyklu - głównie właśnie dlatego, że stał się zbyt często kopiowany.

Co oznacza, że trochę jest w tym też mojej winy. Wszak przechwyciłem ten pomysł jako jeden z pierwszych.

Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że nie chciałem, by zdjęcia, które wysyłałem na Złomnik, a które nie załapały się do jego miksów, zmarnowały się. Wiele z nich lubiłem, uważałem za niezłe, ciekawe, wystarczająco głupie, by pokazać innym. Z początku mój cykl miksów miał się nazywać "Odrzuty i Odpady, czyli za słabe na Złomnika", jednak stanęło na "Spacerkiem i rowerkiem", gdyż właśnie w takich okolicznościach została ustrzelona większość widoczków.

Tak czy inaczej jest mi głupio. 

Jednak nie oznacza to, że również zarzucę publikowanie miksów - przynajmniej póki mój dysk zawalają gigabajty złomów upolowanych w różnych zakamarkach stolicy. Do tego, powiedzmy sobie szczerze, samo ich poszukiwanie, połączone często z eksploracją nieznanych mi wcześniej (lub znanych tylko powierzchownie i pobieżnie) rejonów miasta jest dla mnie ogromną frajdą.

I w ten oto sposób przechodzimy do rzeczy, czyli dzisiejszego zbioru żelaza starego, brzydkiego, głupiego i/lub dziwacznego. Tym razem, kierując się dalej na północ ze Śródmieścia, gdzie ostatnio skończyliśmy, lądujemy na Żoliborzu. Konkretnie zaś w zachodniej jego części, określanej przez MSI jako Sady Żoliborskie.

Zapraszam.

Wciąż trwają spory, czy Syrena była samochodem. Wszak samochód to pojazd, a Syrena częściej występowała jako nieruchomość.

DŻEJ DI EM FOR LAJF

Pamiętam, jak wchodziły do produkcji. Były bardzo nowoczesne. Jestem stary.

Przedstawiciel tego samego segmentu, ale kilka pokoleń wstecz.

BORZE TYLE SPLENDIŻU

Piękny egzemplarz, błogosławieństwo Ojca Baldwina jest już w drodze

Tymczasem w 1989...

Wojewódzka Agencja Rdzy

Korsyka w Warszawie

Dwudrzwiowy sedan! <3

Zanabyłbym nawet.

Zawsze Black & White

Ciekawe, czy to ta pobarańska - jeśli tak, szkoda czarnych blach

Spadkobierca Schnellastera w ziemię się powoli wżera

Oczko mu wypadło. Temu Maluchu.

Są idealne. Oba.

251pp

Woziłbym Jazza Jazzem

Przewspaniały.

Coś się jara. Konkretnie ja.

Kaszlak - nic interesującego. Kaszlak na czarnych - lepiej. Marmurkowy Kaszlak na czarnych Z ROLLBAREM - doskonale.

Rzadko się widzi te dekielki.

Quattro, vorsprung durch technik, jawohl.

Malczany integrujące się z otoczeniem, cz. 1

Malczany integrujące się z otoczeniem, cz. 2

Musi grzyb.

Przedlift, na czarnych - bardzo nieTIPOwy widok

Pamiętam, jak jeszcze była ich masa, Zawsze je lubiłem.

Wrastanie powolne i dyskretne

Ktoś z nią wytrzymał minimum kilkanaście lat
Następny przystanek - Bielany. I to w kilku odsłonach.

Do następnego.