Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezprogowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezprogowy. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 sierpnia 2016

Basowisko: Harley, ale nie Davidson

Od dawna chciałem mieć bas akustyczny.

Nie wiem po co - wszak nie gram w żadnym składzie, w którym byłby niezbędny (czy nawet w miarę regularnie przydatny) - ale chciałem. Miałem ochotę poplumkać na takim w domu, używać go jako szprzętu ćwiczebno-wyjazdowego, czasami może użyć do jakiegoś wykonu. Bo tak, bo fajny sprzęt, bo kolejne brzmienie do arsenału. Bo czemu nie. I dlatego, gdy zobaczyłem na Alledrogo aukcję, na której wystawiony został nowiutki akustyczny fretless, zaś perspektywa cenowa wyglądała nader atrakcyjnie (sporo poniżej i tak niewysokiej kwoty za którą te sprzęty są zazwyczaj dostępne), nie wahałem się długo. Zalicytowałem, najpierw wpisując kwotę haniebnie niską, a po paru dniach, gdy zostałem przelicytowany, maksymalną, jaką byłem skłonny dać.

I wygrałem.


Basik, który udało mi się przytulić, wyprodukowany został przez firmę o ładnie brzmiącej nazwie Harley Benton. Firma ta od kilku lat znana jest na naszym rynku z produktów - powiedzmy - budżetowych. Choć nie - zwrot "budżetowy" nie oddaje tu istoty rzeczy. Harleya Bentona nie dałoby się porównać z taką Dacią. Tu lepszym punktem odniesienia byłaby Tata. I to bardziej Nano niż Indica. Generalnie Harley Benton okupuje półkę ze sprzętami klasy "taniej niż najtaniej". Dlatego też nie oczekiwałem zbyt wiele.

I zdziwiłem się. I to niejednokrotnie, choć nie za każdym razem było to zdziwienie radosne.

Zacznijmy jednak od tych pozytywnych zaskoczeń.

Po pierwsze - bas nie sprawia badziewnego wrażenia. Nie ma tu brzydkich, odstających, niedopracowanych, źle zamontowanych elementów. Owszem, sprzęcior nie prezentuje się szlachetnie, jak choćby wyroby czeskiego Furcha, ale nie odstaje też szczególnie od podstawowych modeli nieco bardziej uznanych firm.

Po drugie - B30FL okazuje się dość wygodny. Przynajmniej jak na odznaczającego się sporym pudłem akustyka. Pewne znaczenie może mieć tu krótka, wyszczególniona w nazwie modelu skala (oznaczenie to łatwo rozszyfrować: "B" pochodzi od słowa "bass", 30 od liczonej w calach menzury, FL zaś od, surprise surprise, słowa "fretless"), choć znacznie większą wagę przyłożyłbym do komfortowo wyprofilowanego mahoniowego gryfu oraz wyśmienitego setupu, będącego w głównej mierze zasługą importera, który prowadzi jednocześnie zakład lutniczy, gdzie od razu dokonuje się wszelkich poprawek. Basiwo, szczególnie na siedząco, trzyma się przyjemnie, zaś gra nie nastręcza żadnych trudności. No, może poza tymi, które wynikają z braku linii na bezprogowej palisandrowej podstrunnicy - jest to jednak bardziej problem związany z wykonawcą niż z samym instrumentem.

Po trzecie - brzmienie akustyczne. Bez prądu taniutki przecież Harley Benton odzywa się zaskakująco dobrze. Brzmienie jest wyraziste, wyrównane, z ładnym, okrągłym środkowym pasmem i typową dla akustycznych instrumentów naturalną górką. Mimo mało szlachetnej sklejki użytej do wykonania pudła, trudno przyczepić się do czegokolwiek w kwestii brzmienia bez prądu.


Po podłączeniu, niestety, jest nieco gorzej.

Wiadomo - Harley Benton produkuje instrumenty budżetowe, i aby utrzymywać ceny na atrakcyjnym poziomie na czymś musi oszczędzać. W przypadku B30FL ewidentnie były to przystawka i preamp. Nie, nie jest źle - jednak szału też nie ma. Znika gdzieś okrągłość i ciepło akustycznego soundu, za to górka robi się nieco zbyt agresywna. Na szczęście dość łatwo skorygować to za pomocą pokładowej equalizacji, jednak brzmienie nadal nie zbliża się do zaskakująco fajnego poziomu, na którym znajduje się soundomierz w opcji unplugged. Próbowałem zaradzić temu zakładając struny z płaską owijką (tzw. flatwound, przez niektórych błędnie zwane szlifami), i o ile przy grze akustycznej basik nabrał nieco kontrabasowego charakteru, po podłączeniu okazało się, że w tym przypadku lepiej spisują się dedykowane do akustycznych basów struny z owijką fosforowo-brązową.

Aby nie być gołosłownym - oto zestaw próbek nagranych na akustycznym Harleyu:



Drugim problemem, który okazał się dla mnie negatywnym zaskoczeniem, jest jakość niektórych komponentów. Oczywiście nie ma się co czepiać, to bardzo tani instrument i sam fakt, że akustycznie brzmi naprawdę fajnie, jest wystarczającym powodem, by się cieszyć, ale gdy jeden z kluczy rozpada się przy pierwszej wymianie strun, jest to chyba jednak przesada. Po prostu ewidentnie ukruszyły się ząbki znajdującej się w środku zębatki - klucz przy przekręcaniu motylka zaczął przeskakiwać a struny nie dawało się odpowiednio naciągnąć. Na szczęście sprzedawca stanął na wysokości zadania i bez żadnych problemów na gwarancji wymienił klucz na miejscu. Niestety, wymienić trzeba było nie tylko klucz - przystawka piezo prawie nie zbierała sygnału ze struny E. Z początku myślałem, że to kwestia jej ustawienia, jednak po wizycie w zakładzie importera okazało się, że to problem z samym piezakiem. Również i on został wymieniony na nowy.

Więcej problemów na szczęście nie stwierdzono, co bardzo cieszy, gdyż miałoby się co psuć. Choćby bardzo praktyczny tuner wbudowany razem z preampem w bok pudła.


Sam preamp jest dość zmyślny - poza suwakami służącymi do regulacji poszczególnych pasm i potencjometrem głośności zawiera również pokrętło "presence" (podbicie nieco wyostrza brzmienie - jednak nieco inaczej, niż podbicie samej góry) oraz przycisk "phase", który... w zasadzie nie robi nic. Przynajmniej ja nie usłyszałem żadnej różnicy - ale być może jestem głuchy.

Podsumowanie, czyli zady i walety:

Harley Benton B30FL to zupełnie niezły akustyczny basik - przynajmniej za swoją cenę. Kilka niezbyt skomplikowanych zmian, takich, jak lepszej jakości klucze czy przystawka piezo z nieco wyższej półki, sprawiłyby, że cały instrument stałby się o klasę lepszy. Niestety, sama marka sprawia, że mało byłoby chętnych na zakup tego basu, gdyby kosztował powyżej 600 zł (a taka kwota byłaby konieczna do wydania po wprowadzeniu tych modyfikacji). A szkoda, bo samo akustyczne brzmienie sugeruje, że byłby tego wart.

Sam jednak stwierdziłem, że akustyczny fretless nie jest mi obecnie potrzebny. Dlatego Harleyek jest obecnie na sprzedaż. Do basu dorzucam miękki pokrowiec Rockbag, szeroki materiałowy pasek oraz dodatkowy komplet strun (nie są nowe, ale urok flatów polega na tym, że nie muszą). Cena za całość - 400 złotych polskich. I nie, nie zarabiam na nim. Choć i tracę niezbyt wiele.


Plusy:

* brzmienie akustyczne
* cena
* niezły komfort gry
* estetyczne wykonanie

Minusy:

* kiepska jakość  niektórych komponentów
* brzmienie po podłączeniu wynikające z najtańszej możliwej przystawki piezo
* skłonność do sprzęgania (częsty problem z akustycznymi instrumentami)

Czym go wozić:

Tani akustyk? Najlepiej wsiąść z nim do pociągu albo PKS-u i pojechać gdzieś na łono. Ale tylna kanapa Seicento czy Matiza też da radę.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Gęba i paluchy: Janerka na 19-lecie

Dobry wieczór się z Państwem.

Dokładnie rok temu anonsowałem, iż moje granie na basie osiągnęło pełnoletniość. Jako, że od tamtej pory nie zarzuciłem tego zajęcia, prosta operacja matematyczna może wykazać, że dziś od momentu, gdy zaposiadłem pierwszą w swym życiu gitarę basową, minęło lat 19.

A to z kolei oznacza, że za rok będzie 20. No chyba, że coś upierniczy mi łapy - na ten dany przykład wyrzynarka, której wibracje (na zmianę z wiertarką) masowały mi prawą dłoń przez gruby kawałek dzisiejszego popołudnia. Jednak to już opowieść na zupełnie inną okazję.

Tak czy inaczej - jubileusz warto uczcić. Na przykład wrzucając swą koślawą wersję jednego ze swych ulubionych utworów. Miałem w planach nagrać coś na mym w miarę nowym nabytku, czyli przywiezionym z Rydzykogrodu Fernandesie Preclu, ale w ostatniej chwili wpadłem na inny pomysł.

Jak już powtarzałem nie raz, nie dwa i zapewne nie piętnaście, Lech Janerka jest absolutnym, unikalnym, jedynym w swoim rodzaju fenomenem. Wyśmienity basista, niebanalny wokalista o świetnej, natychmiastowo rozpoznawalnej barwie głosu, niesamowicie kreatywny kompozytor i autor niesamowitych, genialnych według mnie (i nie tylko) tekstów, które spokojnie bronią się nawet same, bez muzyki. Jeden z mych idoli praktycznie od zawsze. I jeden z powodów, dla których chwyciłem za bas bezprogowy. Tak - Janerka swego czasu cudownie czarował na fretlessie. Niestety, przesiadł się praktycznie w 100% na progówkę (acz nadal gra pięknie). Na szczęście bezprogowe dźwięki pozostały na nagraniach - i za jedno z nich wziąłem się właśnie dziś. A w zasadzie przypomniałem sobie, gdyż numer ów zdarzało mi się już kiedyś rozgryzać. A jest co.

Mesdames et messieurs - moja krzywa wersja janerkowego utworu "L.A." z niesamowitej, klimatycznej płyty "Ur" z 1991 roku:



Tak, wiem. Nierówno za to nieczysto. Ale i tak uwielbiam ten numer.

A na Fernandesa też mam pomysł. I też polski, choć nie po polsku. Ale to następnym razem.

piątek, 15 listopada 2013

Basowisko: Action!

Dobry wieczór miastu, światu i powiatu.

Ostatnio zauważyłem, że mam więcej możliwości przejechać się nowym (nowym dla mnie, niekoniecznie nówką salonówką) samochodem niż rzetelnie przetestować jakieś basiwo, dlatego jeśli chodzi o wpisy z cyklu "basowisko" na obecna chwilę pozostaje mi basowa wspominatoza. Dlatego chciałbym zaapelować: jeśli ktoś ma możliwość użyczenia na kilka dni interesujacego basiwa (i mieszka w stolycy lub okolycy - dostałem pewien czas temu niezwykle ciekawą propozycję z Puław, za którą ogromnie dziękuję, ale po prostu nie mam kiedy wybrać się w tamte okolice), byłbym niesamowicie wręcz wdzięczny, zobowiązany i fokle.

Tymczasem jednak wróćmy do wspominatozy.

Mając lat 19 i grając na basie od ok. 3 lat rozglądałem się za czymś, co zastąpi mój drugi w tzw. karierze bas, którym był Zak B4, czyli najtańszy podówczas model Mayonesa (posługiwali się oni wtedy m.in. takiej właśnie marką). Nie był to zły bas, ale marzyłem o czymś innym. Przede wszystkim o Ibanezie Roadstarze (którego, jak się okazało, miałem zaposiąść dopiero kilka lat później), ale byłem otwarty na propozycje. W ogóle nie rozważałem wtedy piątki. Jednak to się właśnie trafiło pod postacią sprzedawanego przez znajomego Corta Action Bass V.

Cort to dość znana od lat, choć niezbyt wysoko ceniona firma. Czemu niezbyt wysoko? Otóż praktycznie od zawsze kojarzy się ona z tanimi gitarami. Owszem, w swojej cenie oferującymi bardzo dużo, ale jednak tanimi. Action Bass zaś to najtańsza chyba seria basów Corta. Jednak... wcale nie było źle.

Cort po odprogowaniu - ale o tem potem
Action Bass był prostym instrumentem: klonowy gryf z 24-progową palisandrową podstrunnicą przykręcony do deski z drewna o intrygującej nazwie agathis (nie, nie są to szprasowane i utwardzone doczesne szczątki Agathy Christie, tylko popularne i tanie azjatyckie drzewko), do tego dwa pasywne single (w czwórce był układ PJ), dwa potencjometry głośności i jedno pokrętło tonu.  Żadnych bateryjek, żadnych wymyślnych drewien - prosto i na temat. I choć agathis nie jest do końca lutniczym drewnem, całość zupełnie przyzwoicie dawała radę.

Bas przede wszystkim był bardzo lekki. Niestety, nie sprawiał przy tym solidnego wrażenia, jednak na szczęście było ono mylne, gdyż przez cały okres męczenia go przeze mnie nie miałem z nim żadnych poważnych problemów. No... prawie żadnych. Otóż po ok. 2 latach okazało się, że progi nie są ze zbyt trwałego stopu - 3 i 4 próg zostały starte niemalże do podstrunnicy. Poradziłem sobie z tym na swój sposób, ale nie wyprzedzajmy wydarzeń.

Brzmienie Corta nie zaliczało się do powalających na kolana, ale wtedy było dla mnie zupełnie wystarczające - dość wyraziste, bez mulenia, z w miarę wyrazistym środkiem. Zdecydowanie najlepiej sprawdzało się w tradycyjnej grze palcami. Brakowało nieco dołu, ale za tę cenę sound był zupełnie przyzwoity. Przyzwoity był też komfort grania - poza wspomnianą już niską masą, która oszczędzała mój nieszczęsny kręgosłup, można z uznaniem wypowiedzieć się o nieźle wyprofilowanym, niezbyt męczącym lewą łapę gryfie. Corcik sprawdził się nawet w studiu, gdzie wykorzystałem go do pierwszej w swym życiu demówki i kilku kolejnych. Ogólnie było w porządku.

Do momentu, kiedy przez dematerializujące się w niektórych pozycjach progi praktycznie nie dało się grać.

Problem narastał i narastał, aż w końcu udało mi się zostać szczęśliwym posiadaczem Yamahy BBG5S. Cort jednak nie oddalił się, uprowadzony przez nabywcę, tylko utracił najsłabszy swój element, czyli właśnie progi. I zaczął brzmieć sporo lepiej.

To interesujące, że tani bas z niezbyt wymyślnych drewien po zabiegu defretyzacji może zacząć brzmieć o klasę lepiej, jednak tak właśnie było w tym przypadku. Nadal troszkę brakowało dołu, jednak brzmienie stało się cieplejsze i okrąglejsze, nie tracąc przy tym wyrazistości. Grałem tak przez w przybliżeniu następne dwa lata, wykorzystałem go nawet do jeszcze jednego nagrania, po czym musiał ustąpić pola swojemu następcy, czyli Malinkowi, którego mam do dziś. Jednak wspominam go miło - szczególnie jako fretlessa. Może dlatego, że jego bezprogowego wcielenia użyłem do nagrania jeden z najpiękniejszych utworów, jakie miałem okazję nagrać w całym moim życiu.

Nexx - One Tide One River

Podsumowanie czyli zady i walety:

Cort Action Bass V to po prostu niedroga piątka. Nie znaczy to, że jest to kiepski instrument - za swoją cenę oferuje sporo: komfort, niezłą jakość (jeśli nie liczyć stopu użytego do wytworzenia progów) i przyzwoite brzmienie. Jednak jeśli chcesz tani, uniwersalny bas, Cort oferuje w podobnej cenie coś według mnie lepszego: bardzo uniwersalny model GB-35. Ale jeżeli masz już Actiona, najlepszym pomysłem będzie... odprogowanie go. Bas zyska nowe życie, a Ty otrzymasz zaskakująco śpiewnego, przyjaznego fretlessa.

Plusy:

- cena
- niska masa
- niezłe brzmienie, szczególnie po odprogowaniu

Minusy:

- mało solidnego dołu (przynajmniej póki są progi)
- kiepskiej jakości progi

Czym go wozić:

To tani bas, używany głównie przez początkujących basistów, a tacy jeżdżą przeważnie komunikacją miejską. Tak było i w moim przypadku - i nie ma się co przejmować, nie jest to instrument, którego strach włożyć w miękki pokrowiec, zarzucić na plecy i wskoczyć w autobus czy tramwaj. Jeśli jednak masz taki bas, nie potrzebujesz lepszego, za to rozważasz zakup auta - spokojnie możesz wrzucać Corta do Matiza czy Seicento. Nie sądzę, by się obraził.

sobota, 10 sierpnia 2013

Spacerkiem i rowerkiem: Mikromix Mokotowski, czyli mat wałkiem i dwa fretlessy

Zgodnie z obietnicą - część druga mokotowskich paskud i wywłok wszelakich. Tym razem, ze względu na niewielką ilość prezentowanego żelaza, w formie mikromiksu lub też bitwy złomów. Sztuk trzech.

Uczestnik nr 1: Polonez Malarz Pokojowy Edyszyn

Jak już zapowiadałem (w formie podpisu pod jednym ze zdjęć), do tego Poldka jeszcze wrócimy. I oto wracamy. A jest do czego. Piękny egzemplarz MR 87 w stylowym kolorze Klatka Schodowa Bloku z Wielkiej Płyty - do tego w niebanalnie (i niezwykle modnie) fakturowanym wykończeniu! Taki efekt można otrzymać jedynie przy zastosowaniu profesjonalnego zestawu Farba Olejna + Wałek + Minimum 5 Królewskich.

Najmodniejsze wykończenie, czyli w macie

Dokładniejszy widok intrygującej chropowatej faktury + stylowy, dodający sportowego sznytu detal

Groźnie wyglądające wyszczerbienia na błotnikach dodają industrialnego klimatu i agresywnego charakteru klasycznej sylwetce

I jeszcze raz ogólne spojrzenie na drapieżny, nowoczesny dizajn
Poldolot dość regularnie zmienia położenie, co oznacza jedno: jest jeżdżony. Woziłbym nim Lunę 22.

A teraz zapowiadane w tytule fretlessy. Czyli bezprogowce.

Uczestnik nr 2: Fretless Expressowy

W moich okolicach czasami pojawia się piękny egzemplarz Renault Express, czyli furgonika na bazie legendarnej "piątki". Taka konkurencja dla równie przeraźliwego Citroena C15 (poproszę oba). Ten konkretny okaz jest dość szczególny, gdyż po pierwsze jest wymalowany w różne stworzenia...

Jest wiewiórka, jest jakowyś myszon...

...jeż, ptaszyska rozmaitego sortu...
...po drugie zaś nie posiada progów. Zachowały się jedynie w formie szczątkowej, sugerującej, że zapewne kiedyś tam były. Generalnie jednak jest pełnoprawnym przykładem samochodu bezprogowego, czyli mobilnego fretlessa.

Dziuuuraaa, dziuuuraaa

Z drugiej strony nie jest lepiej
Warto tu zwrócić uwagę na to, w jaki piękny sposób zwierzęta wyrastają z malowania mającego za zadanie rozpaczliwie próbować zamaskować brak progów (i innych fragmentów nadwozia). Jestem pod wrażeniem. Woziłbym nim kontrabas z odklejającą się podstrunnicą. Bezprogową zresztą - jak to w kontrabasie.

Uczestnik nr 3: Fretless Dla Profesjonalistów

To już naprawdę poważne żelazo. A w zasadzie jego szlachetny tlenek. Tu już nie ma przebacz, waga ciężka, poważne zastosowania, tynki agregatem, podłogi mixokretem, przeprowadzki, przemyt, porwania, czyli legendarny VW T4. Pierwsza przednionapędowa generacja słynnego Transportera i ostatnia nadająca się do założonych zastosowań. Nawet gdy zgniją progi. I połowa budy.

Prawdziwe żelazo nie pęka

Przy robocie nie klęka

Że się utlenia - nie kwęka

Choć jego życie to męka
Tu zgniło wszystko: progi, drzwi, rozkłada się buda... A on jeździ. Poproszę. Woziłbym niemieckie fretlessy. Najchętniej Clovera. Albo Marleux Betra. Bez główki. I bez progów. I jeszcze zmieściłby się mixokret, agregat i kilkunastu nielegalnych imigrantów...

Do jutra zatem - będzie tej porcji miksów część ostatnia, jednej marce poświęcona. Przybywajcie.

środa, 24 lipca 2013

Dzionek wspomnionek: Mick Karn (1958-2011)

Tego jeszcze tutaj nie było. Ale będzie pojawiać się raz na pewien czas. W tym cyklu będziemy ronić okazjonalną łezkę nad niezapomnianymi basistami, którym przedwcześnie wygasł kontrakt.

Na pierwszy ogień - absolutnie unikalny fretlessowiec, jeden z mistrzów grania nieoczywistego, legenda lat 80. (i nie tylko) - nieodżałowany Mick Karn.


Mick Karn urodził się jako Andonis Michaelides w Nikozji na Cyprze dokładnie 55 lat temu - 24 lipca 1958. W 1961 roku jego rodzina przeprowadziła się do Londynu, gdzie pozostał przez większość życia. Młodzieńcem będąc, najpierw dorwał się do fagotu, który opanował samodzielnie w całkiem niezłym stopniu. Niestety - albo właśnie stety - fagot został mu zawinięty przez nieznanych sprawców, wskutek czego Mick kupił sobie za grzmiącą kwotę 5 funtów swój pierwszy bas. I przy tym instrumencie już został, choć zdarzało mu się też dość często chwycić z przyzwoitym efektem za jakiś dęciak - zazwyczaj klarnet lub saksofon.

W wieku 16 lat Mick ze szkolnymi kolegami - braćmi Davidem i Stevem Batt (z których pierwszy jest lepiej znany pod nazwiskiem Sylvian, zaś drugi jako Jansen) oraz Richardem Barbierim - założył zespół, który wkrótce przyjął nazwę Japan. Z początku "japończycy" grali coś w rodzaju glam-rocka (co słychać doskonale na ich pierwszej płycie - "Adolescent Sex") i nawet odnosili pewne sukcesy, ale prawdziwy strzał nastąpił z chwilą wydania singla "Life In Tokio", który zwiastował zwrot w stronę bardziej elektronicznych, nowofalowych brzmień (wielu powiedziałoby, że wręcz noworomantycznych, jednak sam zespół odżegnywał się od takich - nieuniknionych skądinąd - porównań). Później już się potoczyło - płyty "Quiet Life" i "Gentlemen Take Polaroids" pokazały nowe, dojrzalsze i bardziej ugruntowane w nowej stylistyce oblicze grupy, zaś szczytowym osiągnięciem był album "Tin Drum". Niestety, okazał się on ostatnim studyjnym wydawnictwem zespołu... Napięcia w Japan - głównie między Karnem a Sylvianem - rosły i grupa rozpadła się tuż przed wydaniem genialnej koncertówki "Oil on Canvas"...

W międzyczasie Mick ukształtował swój unikalny, momentalnie rozpoznawalny styl gry na basie. Bardzo wcześnie zorientował się, że progi w zasadzie mu przeszkadzają... więc pozbył się ich ze swego instrumentu. Potem przyszedł czas Travisa Beana z aluminiowym gryfem (na tym basie nagrał większość płyt z Japan) a następnie - ok. 1980 roku - odkrył rewelacyjne basy dość młodej podówczas firmy Wal, przy których to basach został do samego końca.


Quiet Life - Mick i jego Travis Bean


Gentlemen Take Polaroids - znów Mick i Travis Bean, tym razem rok później (1980);
tutaj Mick pojawia się też na chwilę z klarnetem...

Koncertowa wersja Methods of Dance - Mick i jego Wal


Z tej samej genialnej koncertówki - Swing


Już za czasów grania z Japan Mick Karn został przez wielu uznany za jednego z najlepszych basistów młodej generacji - był innowacyjny, rozpoznawalny, a fretless w jego rękach odzywał się w sposób nie do pomylenia z czymkolwiek i kimkolwiek innym. Niestety - po rozpadzie Japan jego kariera nie potoczyła się tak, jak sugerowałby to jego talent...

Mick nagrał kilka solowych płyt, z których niestety żadna nie cieszyła się jakąś szczególną popularnością, brał udział w kilku ciekawych projektach, z których najważniejsze to m.in. współpraca z Midge'em Ure w utworze "After A Fashion" czy współtworzony z Peterem Murphym (ex-Bauhaus) zespół Dali's Car, ale nic nie przyniosło mu takiej sławy jak udział w Japan. Karn próbował również z powodzeniem sił jako muzyk sesyjny - wziął choćby udział w nagraniu płyty "Dance" niejakiego Gary'ego Numana i zagrał u boku bogini Kate Bush na corocznym koncercie Prince's Trust w 1982 roku.


Genialna wersja genialnego numeru, w genialnym składzie (plus Kaśka starająca się nie dopuścić by cosik wyfrunęło na wierzch)

Uwaga, trudne w odbiorze


Tak upłynęły Mickowi lata 80. Potem przyszły lata 90., które rozpoczęły się od... zejścia się byłych członków (hy hy hyyyy... przepraszam) Japan, z wyjątkiem gitarzysty Roba Deana. Tym razem jednak pod inną nazwą - Rain Tree Crow - na którą naciskał David Sylvian. Naciskał zresztą na różne inne rzeczy, co sprawiło, że pozostali panowie (w tym Mick) nie czuli się pełnoprawnymi członkami zespołu tylko sidemanami, wskutek czego współpraca okazała się być krótkotrwała i zaowocowała tylko jedną płytą. Na szczęście instrumentaliści po kolejnym rozstaniu z Sylvianem stwierdzili, że fajnie im się jednak gra razem i stworzyli projekt o nazwie JBK (Jansen Barbieri Karn), grający muzykę głównie instrumentalną (w nielicznych utworach uwzględniających paszczę przy mikrofonie stawał Mick). A była to muzyka niezwykle atmosferyczna...


W późniejszych latach Mick współpracował z wieloma artystami, były to jednak zazwyczaj jednorazowe projekty. W 2004 roku przeniósł się z żoną i synem tam, skąd pochodził, czyli na Cypr, gdzie rozpoczą pracę nad swą autobiografią. Książka nosiła tytuł "Japan and Self Existence" i została wydana w 2009 roku. Niestety - nie jest dostępna na Kindle'a a wersja papierowa kosztuje absurdalne pieniądze...

Niedługo później Peter Murphy ogłosił, że Dali's Car wznawia działalność. Wspólnie z Karnem nagrali kilka utworów na nową płytę, niestety praca została przerwana, gdy w czerwcu 2010 roku okazało się, że Mick cierpi na raka. Jego dawni współpracownicy zebrali się do kupy i robiąc to, co potrafili najlepiej - grając - zebrali kasę na to by ściągnąć basistę z powrotem do Londynu i pomóc w jego leczeniu. Niewiele to jednak pomogło - Mick Karn zmarł w Londynie 4 stycznia 2011 roku...

Mick Karn - multiinstrumentalista (choć głównie basista), kompozytor, rzeźbiarz - odcisnął trwałe piętno w świecie muzyki i nie tylko. To, jak żywa jest pamięć o nim, zobrazować może choćby internetowy projekt poświęcony mu, czyli Team Mick Karn. Projekt zaowocował pospolitym ruszeniem pod nazwą Mick Karn's Birthday Download Day zorganizowanym w celu zebrania funduszy dla rodziny Micka poprzez zakup jego płyt online i płatne ściąganie jego muzyki na stronie  Burning Shed. W inicjatywę zaangażował się m.in. Peter Murphy... Warto wziąć w tym udział. Bardzo warto.

Tymczasem pozostaje nam wspomnieć niezwykłą postać, jaką był Mick Karn.



wtorek, 4 czerwca 2013

Basowisko: Ibek Bezprożny

Dobry.

Jako, że nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni dopadło mnie życie (czyt. praca i obowiązki muzyczne), blog znów leżał sobie odłogiem, wesoło zarastając mchem. Dlatego, po skromnych trzech tygodniach, doszedłem do wniosku, że warto by było ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości coś spłodzić - oczywiście łudząc się przy okazji, że ktokolwiek to przeczyta. Temat na wpis miałem już dawno, w zasadzie od lutego, jednak chciałem zaczekać aż będę dysponował jakimś materiałem dźwiękowym. Niestety - takowym nadal nie dysponuję a napisać coś trzeba. Toteż piszę - tym bardziej, że dawno nie było nic w tematyce stricte basowej.

Jak już napisałem pewien czas temu, w me brudne łapska wpadł bardzo sympatyczny basik - Ibanez Roadstar II fretless, rocznik '84. Ten sam rok, w którym, pacholęciem będąc pięcioletnim, usłyszawszy Radio Ga Ga w trybie natychmiastowym zostałem fanem Queen na resztę żywota mego (którego owoce aktualnie je ZUS). Basik jest czarny, niewielki, lekki i fajny. A pieniądz kosztował zaiste niewielki.

Ibek w krasie swej napodłogowej
Historię wejścia w jego posiadanie opisałem już onegdaj, więc nie będę ponownie zanudzał licznie zgromadzonej braci czytelniczej szczegółami - przypomnę jedynie, że transakcja była bardzo sympatyczna. Poprosiłbym więcej takich sprzedawców sprzętu.

O samym basiwie słów kilka.

Mój egzemplarz (jak i cała reszta tej zacnej ibanezowskiej serii) został wytworzony przez zgrabne żółte rączki w latach, gdy cała produkcja sprzętów tej słynnej marki odbywała się tam, gdzie odbywać się powinna, czyli w Japonii. W efekcie mamy instrumencik o przyzwoitej, solidnej jakości wykonania, sklecony z dobrych komponentów. Co prawda jest ewidentnie nadgryziony zębem czasu (ząb ów zostawił choćby malownicze pęknięcie wokół potencjometrów, ale najwyraźniej zostało ono zabezpieczone, gdyż nic nie ma w planach odpaść), jednak trzyma się mężnie. Zresztą nie ma się to za bardzo co rozsypywać - basik jest bardzo prosty: w lipową deskę zostały wkręcone dwa potężne pasywne humbuckery, elektronika jest również pasywna (głośność, balans i ton - 2 pierwsze gałki mają wspomnianą już funkcję push-push przełączającą cewki przystawek), do tego mamy solidny, mosiężny (chyba) mostek i polakierowany na czarno klonowy gryf z bezprogową palisandrową podstrunnicą o 24 pozycjach, zakończony śliczną symetryczną główką.

śliczna, symetryczna główka
Podejrzewam, że w oryginale Roadstar miał progi - nieliczne bezprogowe wersje, które znalazłem w internetach, nie miały linii na podstrunnicy. Tu zaś są. Bardzo wyraźne. Trudno je przeoczyć. Są na tyle wyraźne, że bas na pierwszy rzut oka wygląda jak progówka. Na drugi też. W zamian za brak wizualnego lansu mamy tu pewność, że nawet na słabo oświetlonej scenie będziemy mieć szansę trafić w dźwięk.

Właśnie, dźwięk.

Jak już napisałem, gdy tylko Ibek trafił w me niszczycielskie łapki, miałem troszkę obaw związanych z lipą, z której wystrugany został korpus. Z moich doświadczeń lipa to lipa. Wystarczy pograć na kosztującym chory pieniądz Music Manie Bongo, który wygląda jak deska sedesowa w stylu techno... i tak też brzmi. Na szczęście, jak zapewnił mnie mój dobry znajomy (wyborny basista i świetny realizator dźwięku - Alfik, pozdrawiam!), azjatycka lipa nie ma się nijak do amerykańskiej czy europejskiej (czyli tej lipnej) i charakterystyką zbliżona jest bardziej do olchy, czyli najbardziej klasycznego drewna na fretlessa. I rzeczywiście - w brzmieniu nie brakuje dolnego środka, który jest podstawowym komponentem bezprogowego brzmienia. Nie jest on co prawda tak śpiewny jak w kosztujących grube tysiące olchowych Jazz Bassach czy innych fretlessach tworzonych wedle klasycznej receptury (olcha+klon+palisander), ale brzmienie i tak przyjemnie pieści ucho. Jak to określił sam Alfik - jest to typowa "balladówka". Oczywiście pod warunkiem, że korzystamy z mostkowej przystawki w trybie... yyy... no nie wiem, który jest równoległy a który szeregowy, ale jeden z nich brzmi dużo lepiej, bardziej "okrągło", podczas gdy drugi zasadniczo nie pasuje do fretlessa - ma nieco wycięty środek i uwypukloną górkę, przez co przy użyciu obu pickupów w tym trybie mamy instrument bardzo fajnie gadający z kciuka. Jak na fretlessa, rzecz jasna. Tak czy inaczej - znalazłem optymalne ustawienie (balans 100% w stronę mostka, jeden tryb działanie przystawki, ton odkręcony na full) i trzymam się go, dziękuję, dobranoc. W ten sposób mamy właśnie balladówkę: instrument ślicznie, łagodnie brzmiący przy grze długimi, "wypuszczonymi" dźwiękami. I do tego zasadniczo go używam.

Jak na razie korzystam zeń w jednym składzie - szantowo-folkowo-chałturniczym WZM - gdyż w rockowym potrzebuję piątki, którą to funkcję pełni (jeszcze) Malinek. Ale mam już pomysły na przyszłość...


Zestaw WZM-owy na średnią scenę, czyli Carvin + DMNF 1x15 + Alembic + Ibanez
Na koniec mała ciekawostka: w zaprzyjaźnionym sklepie Pasja (polecam, Krzysztof Ibisz) pojawił się inny bezprogowy Ibanez, a konkretnie pięciostrunowa sygnaturka Garry'ego Willisa. Miałem w łapach - bardzo interesujący bas. Świetnie wykonany, z wygodnym (jak to w Ibanezie) gryfem, bardzo przydatną we fretlessie rampą biegnącą od krawędzi podstrunnicy do przestawki i z charakterystycznym soundem. Właśnie to ostatnie nie do końca mnie przekonało, ale nie ze względu na jakość tylko na charakter: jest nieco za mało fretlessowy. To - wg mnie - basówka do groovów. Ale da się na nim zagrać śpiewnie, po prostu nie w ten sposób, którego szukam we fretlessie. Generalnie - bardzo fajny bas, zdecydowanie warto mu się przyjrzeć. Tym bardziej, że - w przeciwieństwie do droższej wersji - jest do łyknięcia w zupełnie przyzwoitej cenie.


Podsumowanie czyli zady i walety:

29-letni Ibanez Roadstar II po profesjonalnie wykonanym zabiegu defretyzacji robi mnóstwo sensu: dobrze brzmi, ładnie wygląda, do tego jest lekki dzięki czemu nie masakruje kręgosłupa podczas dłuższych wykonów. Czasami brak mi w nim piątej struny, ale nie kupiłem go po to, by był uniwersalny i pokrywał całe zapotrzebowanie fretlessowe, tylko dlatego, że ma fajną ejtisową stylówę (a ja w ejtisach ostatniemi czasy siedzę ostro - Ibek nie co prawda jest Walem, ale mocno zainspirował mnie do rozgryzania genialnych partii nieodżałowanego Micka Karna z Japan), dobrze brzmi... i kosztował naprawdę nieduży pieniądz. Ale i w kwocie o kilka stów wyższej byłby godzien.

Plusy:

* bardzo fajne brzmienie, szczególnie w moim ulubionym ustawieniu
* niska masa
* wygodny gryf
* stylówa
* relacja ceny do jakości

Minusy:

* średnie przystawki
* nieco za mało szlachetnej śpiewności
* na czarnym widać paluchy

Czym go wozić:

Japończyk polubił się z Japonką, czarne dobrze komponuje się z białym, różnica wieku może spora, ale i tak jest dobrze... Tak, Madzia (dla tych, co zajrzeli tu po raz pierwszy - moja i Wybranki Mazda 323, rocznik '97) jest idealna do przewozu Ibaneza. Który zresztą w miękkim pokrowcu mieści się do jej bagażnika. Ale i tak zazwyczaj podróżuje na tylnej kanapie.

A skoro jesteśmy przy Madzi... właśnie stuknęło jej 10 tys. km pod mym zadkiem (czyli łącznie nieco ponad 217k). I jedzie dalej...

czwartek, 14 lutego 2013

Apdejt WalęTynkowy: a jednak!

Herp miał rację.

Kupiłem skubańca!

Ibanez Roadstar II Fretless, rocznik 1984. Moja własność prywatna.
Teścik z cyklu "Basowisko" - wkrótce.
Teraz stan posiadania wzrósł do czterech basów... co nie znaczy, że nie planuję więcej w przyszłości.

Rodzinka w komplecie:

od lewej do prawej:
Fender Jazz Bass Geddy Lee, Malinek Fretless 5, Alembic Essence 5, Ibanez Roadstar Fretless
Rodzinie trzeba - jak wiadomo - zapewnić warunki bytowe:

Od najmniejszego do największego... a menzura we wszystkich taka sama - 34"
A moim statywie, znanym wszem i wobec jako brona (jeśli nie rozumiesz, przyjrzyj się jeszcze raz...), zmieści się jeszcze jedno basiwo. Już raczej nie w tym roku, ale...

...ale kiedyś będę musiał kupić większy. Oby jak najszybciej.

Tylko czym to wszystko będę woził, gdy nie wejdzie do Madzi?...

niedziela, 10 lutego 2013

Starych Ibanezów ciąg dalszy, czyli a może...

I znów zaniedbałem bloga.

Napadło mnie życie, a konkretnie praca, która stwierdziła, że jak do tej pory nie była wystarczająco dobrą towarzyszką, więc teraz będzie spędzać ze mną więcej czasu. Efekt jest taki, że gdy wychodzę z roboty po 9-10 godzinach, to muszę jeszcze minimum godzinę spędzić w domu ogarniając to, czego nie zdążyłem w biurze. A wystarczyłoby, gdyby kilkaset osób dziennie zerknęło choćby pobieżnie na regulamin a następnie przyjęło do wiadomości, że nie jest jedynie pocieszną ozdobą strony...

Nic to. Trza działać.

Na wstępie zaciesz z dnia wczorajszego: Wybranka stwierdziła (po raz kolejny) że jestem fajny i można mnie uhonorować, w związku z czym otrzymałem taki oto znaczek:




Oznacza to mniej więcej tyle, że potrafię pisać, a czytanie płodów mego mózgu nie grozi chorobami na tle gastrycznym i nerwowym. Oczywiście, jak każda radosna zabawa, i ta ma swoje zasady. Oto i one: 

1. Podziękować nominującemu blogerowi u niego na blogu,
2. Pokazać nagrodę Versatile Blogger Award u siebie na blogu,
3. Ujawnić 7 faktów dotyczących samego siebie,
4. Nominować 15 blogów, które jego zdaniem na to zasługują,
5. Poinformować o tym fakcie autorów nominowanych blogów.

Pierwsze dwa punkty spełniłem. Trzeci - poniżej:


1. Dokładnie 13 kwietnia bieżącego roku moje granie na basie skończy 18 lat. Oznacza to, że będzie mogło pić i głosować.
2. Jestem w znacznej mierze samoukiem - miałem wszystkiego ze 3-4 lekcje, do tego byłem na jednych warsztatach, a szkołę muzyczną widziałem jedynie z zewnątrz. I trochę żałuję.
3. Prawo jazdy zrobiłem bardzo późno - dopiero w wieku 30 lat. Powód - najpierw kasa, potem czas. A w zasadzie brak ww. czynników.
4. Od 19 lat nie miałem krótkich włosów. I nie zapowiada się.
5. Na sam mój widok większość sprzętów elektronicznych oraz znaczna część mechanicznych popada w stupor i zaprzestaje jakichkolwiek działań. Zazwyczaj skutecznym antidotum okazuje się moje zniknięcie za rogiem lub pojawienie się Wybranki.
6. Moje roztargnienie grozi implozją otaczającej mnie rzeczywistości lub samorzutnym przeniesieniem mnie w inny wymiar.
7. Marzy mi się uzupełnienie arsenału sprzętowego o obrzyna (bas bezgłówkowy) i Sticka.

Gorzej sprawa się ma z punktem czwartym. Otóż... nie znam 15 blogów. Serio. Nie jestem stałym mieszkańcem blogosfery, który każdą wolną chwilę poświęca na poszukiwanie słów Pięknych, Dobrych i Prawdziwych, promieniujących swym światłem na wszystkie internety. Natomiast jest kilka blogów, które lubię, czytuję przynajmniej raz na pewien czas i uważam, że każdy z nich zasługuje na wyróżnienie. Oczywiście wśród nich jest ten prowadzony przez Wybrankę, lecz on już został wyróżniony, a nie chcę jej zanadto rozpieszczać, bo jeszcze się przyzwyczai...
 
1. Przede wszystkiem - Złomnik. Nie znam lepszego bloga motoryzacyjnego, koniec, kropka. Czytajcie go.
2. Mój dobry zią Herpem zwany (z tego, co wiem, to skrót od pięknego słowa "herpetolog"). Anglista i miłośnik awiacji. Warto.
3. Mój inny dobry zią, prawdziwy Nerd z Piwnicy, którego - swoją drogą - widuję prawie codziennie. Gry to nie moja działka, ale facet pisze tak, że warto go czytać.
4. Last but not least - Fianna zwana Srebrnolistką. Umi focić. Popatrzcie, bo warto. Tak, też znamy się od lat.

Jeśli chodzi o ostatnią zasadę - też muszę ją złamać w jednym punkcie, konkretnie zaś pierwszym. Złomnik za starym i za poważnym jest gościem, by bawić się w takie rzeczy. Ja swoją drogą też jestem za stary, gorzej z tą powagą... Pozostali - jak najbardziej otrzymają powiadomienia. Howgh.

A teraz - jak to mawiali mieszkańcy Płyćwi za czasów wczesnego Gierka - do ad remu.

Ostatniemi czasy coraz częściej zacząłem dochodzić do wniosku, że obrzyn obrzynem, ale przydałby mi się... drugi fretless. Tym razem czwórka. Po pierwsze szykuje mi się koncert, gdzie w jednym fragmencie będę musiał mieć dostęp do bezproga zamocowanego na stałe (na specjalnym statywie - patent a'la Mietek Jurecki) by sekundę później okładać już kciukiem Alembica, ale Malinek (czy inszy 5-strunowy fretless) będzie musiał stać na "zwykłym" stojaku, gotów do użycia w dwóch innych numerach, po drugie zaś mam swoje własne pomysły muzyczne (o których na razie cicho sza), gdzie inkryminowanego Malinka nie bardzo widzę. Niestety, nie jesteśmy z Wybranką krezusami - nie jesteśmy nawet w miarę nieźle sytuowani - więc przeglądałem sobie eBaya i Alledrogo li tylko by powzdychać i pomarzyć, wiedząc, że gatunkowy basik poniżej pewnych kwot nie zwykł schodzić.

Jednak okazało się, że czasem mu się zdarza.

Ostatnio opisałem jeden z basów, które szczególnie mile wspominam, czyli Ibaneza Roadstera. Podobał mi się jego charakter, wykonanie, stylówa i relacja ceny do jakości. Roadster był tylko jednym z modeli całej szerokiej, przystępnej cenowo ale bardzo dobrej jakościowo serii, na którą składały się też modele Blazer i podobny do Roadstera nie tylko z nazwy Roadstar. Ten ostatni (oznaczony dodatkowo rzymską cyfrą II) miał podobną - choć nieco mniejszą od Roadsterowej - symetryczną główkę. Taką, jaka zawsze mi się podobała. I taką właśnie ma bezprogowy egzemplarz wystawiony w zaskakująco dobrej cenie na jednym z portali ogłoszeniowych...


Kilka słów zamienionych z Wybranką (czy nas stać, CZY NA PEWNO) i - następnego dnia - telefon do sprzedawcy tego egzemplarza. A w zasadzie sprzedawczyni. Wtedy okazało się, że... obywatelka owa gra (co ciekawe - nie na basie tylko na bębnach) z pewną świetną wokalistką, z którą miałem przyjemność grać wiele lat temu! Ależ ten świat jest mały...

Po przybyciu na miejsce i wstępnych oględzinach już było częściowo wiadomo, skąd wzięła się zaskakująco niska cena: bas jest mocno poobijany. "Road mojo" jest widoczne na bokach korpusu oraz wokół potencjometrów, gdzie widnieje sprawiające niepokojące wrażenie pęknięcie. Na szczęście po bliższej inspekcji okazało się, że nie jest ono głębokie (lub też zostało zawczasu naprawione), elektronika nie grozi wypadnięciem wraz z kawałkiem drewna zaś same potencjometry działają prawidłowo - razem z funkcją rozłączania cewek przystawek.

Przystawki owe są pasywne, dwucewkowe (rozłączane do singli poprzez przyciśnięcie dwóch z trzech pokręteł). Pasywna jest również elektronika w układzie głośność-balans-ton. Zamontowane jest to wszystko do lipowego korpusu, co z początku budziło moje obawy. Zostały one jednak rozwiane przez pewnego mego znajomego, wybitnego znawcę basologii stosowanej, z którym spędziłem pół godziny na telefonie przed wyruszeniem na miejsce obadania wiesła. Otóż japońska lipa mocno różni się od europejskiej czy amerykańskiej - zarówno pod względem gęstości i twardości (przypomina w tym względzie naszą topolę) jak i brzmienia, które w tym przypadku jest raczej zbliżone do olchy, czyli idealnego drewna na bas bezprogowy. Reszta komponentów też się zgadza - przykręcony na cztery śruby klonowy, lakierowany tak jak reszta basu na czarno gryf z gładziutką palisandrową podstrunnicą wyposażoną 24 czytelne markery powinny dać śpiewne brzmienie z okrągłym niskim środkiem. Niestety... nie dane mi się było jeszcze o tym przekonać. Po pierwsze, na Ibaneza założone były flaty, czyli struny o ciemnym brzmieniu, które owszem, chętnie założyłbym na wystruganego z takich samych drewien (olcha/klon/palisander) Fendera Precision (progowego) i nakurwiałbym na nim klimaty a'la Motown, ale w przypadku fretlessa struny z płaską owijką zabijają całą śpiewność i charakterystyczne "miauknięcie". Do tego dochodziła przesadnie wysoka akcja (kolejny morderca dynamiki i śpiewności) i niedostosowany do basowych wymogów piecyk... Okazało się jednak, że wśród ludzi zdarzają się jednostki sympatyczne, uczciwe i skłonne do dogadania się. Obywatelka sprzedająca Roadstara sama zaproponowała, żebym zabrał go do domu, ustawił po swojemu, przebadał na odpowiednim nagłośnieniu - i wtedy podjął decyzję. Zostawiłem zatem wszystkie namiary na siebie oraz zabezpieczenie pod postacią 1/3 wartości instrumentu i pognałem do domu...

Jak na razie basik otrzymał starszawe (choć nadal zdatne do użytku) roundy i odpowiedni setup. Od razu gra się lepiej. Z dechy Ibanez gra przyjemnie dla ucha, dość wyraziście, do tego ma wygodny gryf... Czy zatem podjąłem decyzję? Jeszcze nie. Jutro zapewne próba z zespołem użytkowo-zarobkowym, we wtorek też będzie uskutecznione granie... I wtedy będę wiedział. Zobaczymy.


Podsumowania, siłą rzeczy, jeszcze nie będzie. Za krótko miałem owo basiwo w rękach, nie miałem okazji podłączyć go pod przyzwoite nagłośnienie ani sprawdzić go w warunkach bojowych. Natomiast wiem, czym wozić takiego Roadstara... Oczywiście, że Madzią! Choć - po prawdzie - do domu przyjechał ze mną... metrem.

Dobranoc.

środa, 29 sierpnia 2012

Basowisko: Malinek

Dobry wieczór.

Lato ma się ku końcu (proszę mnie nie poprawiać! TEMU MISIU!), robi się chłodniej, dni stają się krótsze, z niebios pokapuje smętnie, żyletki (rdzewiejące z nadmiaru wilgoci w atmosferze) same wskakują do rąk wiedzione pragnieniem bliższego zapoznania się z dowolnie wybranym nadgarstkiem... Wszystkie te objawy wskazują na postępujący jesienny spleen. Jeśli jesteś posunięty w leciech, naturalną reakcją będzie chwycenie poobijanego Precla ze zdechłymi strunami i udanie się do baru celem uskutecznienia bluesa. Jednakże dla basistów przed osiemdziesiątką lepszym wyborem będzie spłodzenie jakiejś rzewnej ballady. A nic tak pięknie nie siedzi w rzewnej balladzie, jak melancholijnie mruczący fretless. Czyli bas bezprogowy.

Odkąd Jaco Pastorius wyrwał zębami progi ze swojego Jazza a dziury po nich zakleił swą radioaktywną śliną, tysiące basistów poszło w jego ślady. Wiadomo było jednak, że mało kto dysponuje choćby zbliżonym talentem, więc mogą zdarzać się - nazwijmy to delikatnie - nieścisłości intonacyjne. Niektórzy - choćby legendarny, fenomenalny, genialny, nieprawdopodobny (i wciąż czynny) Pino Palladino - stwierdzili, że są hardkorami i w związku z tym nie potrzebują kresek na gryfie. W większości przypadków (wyjąwszy Pino, który jest hardkorem i prawdopodobnie byłby w stanie zagrać czysto na przezroczystej podstrunnicy) oznaczało to festiwal ćwierćtonów, dlatego pozostali, przekładający intonację nad lans, doszli do wniosku, że skoro Jaco miał kreski, nie jest to żaden obciach - i w taki oto sposób "lined fretless" zyskał na popularności. Oczywiście niektórym nawet to nie pomogło, ale to temat na osobną opowieść...

Ja sam stałem się fanem brzmienia fretlessa dość wcześnie. Cudowne dźwięki wydobywane przez Pino z jego Music Mana na niezliczonych nagraniach z lat 80., płyta "Ur" mistrza Lecha Janerki, fantastyczne linie tworzone przez Brada Housera z Eddie Brickell and the New Bohemians czy choćby przepiękne "Magiczne słowa" Ziyo z niezapomnianą partią basu nagraną przez Pawła Mazura (nie wspomnę tu o Lesie Claypoolu, gdyż po pierwsze używał fretlessa dość nietypowo, a po drugie - powiedzmy sobie szczerze - jego brzmienie było wtedy w zamierzony sposób obrzydliwe... co nie zmienia faktu, że wciąż go wielbię) - wszystko to sprawiło, że gdy wyposażyłem się po około roku grania w mój drugi bas, z pierwszego - enerdowskiej Musimy - natychmiast wyrwałem progi. I tak się zaczęło. Pewien czas później później zdeprogowałem moją pierwszą piątkę (był to Cort Action Bass), jednak po kolejnych kilku latach stwierdziłem, że deska z agathisu niekoniecznie brzmi tak okrągło i mrucząco, jak bym chciał... I wtedy na forum degeneratów i pasożytów zwanych basistami (na którym to forum udzielam się do dziś) pojawiło się ogłoszenie o sprzedaży dziwnego, lutniczego, bezprogowego wynalazku. Wynalazek był wielki, biały, miał przystawkę EMG (a wtedy byłem jeszcze zwolennikiem aktywnej elektroniki), monstrualną główkę z pięcioma kluczami w rzędzie i kosztował bardzo niewielkie pieniądze. Nazywał się Malinek. Było to 7 lat temu... i mam go do dziś.


Gdy kurier pocąc się i stękając dostarczył paczkę ze spoczywającym w niej Malinkiem byłem zadziwiony jej rozmiarem. Po jej otwarciu wszystko stało się jasne... Jakie to bydle wielkie - taka była moja pierwsza myśl. Rzeczywiście - bas jest dość potężny. Kształt deski jest wzorowany na Jazz Bassie, ale jest nieco większa od pierwowzoru. Długa, rzędowa główka też robi swoje. Jednak to wszystko nic w porównaniu z masą tego białego monstrum...

Malinek waży pińcet dwajścia dziewięć (DWAJŚCIA DZIEWIĘĆ!!!) ton. Cała ta masa bierze się z rozmiarów oraz użytego drewna - z mojej rozmowy z twórcą tego dzieła, dębickim lutnikiem Ernestem Malinowskim, wynika, że pod białym lakierem kryje się solidny kawał ciężkiego jesionu. A ciężki jesion, jak może to co bardziej domyślnym (w kategorii "basista") czytelnikom sugerować nazwa, jest ciężki... Mój kręgosłup tego nie docenia. Na szczęście potęga wymiaru i ciężaru przekłada się w tym przypadku na potęgę brzmieniową.

Brzmienie Malinka traktowanego palcami (nierówno za to nieczysto)

Zazwyczaj w mej pisaninie staram się nie powtarzać tego samego słowa w zbyt bliskiej odległości, ale brzmienie tego basu trudno określić inaczej jak potężne. Owszem, przy delikatnej grze na krawędzi podstrunnicy Malinek potrafi zabrzmieć tak, jak fretless brzmieć powinien - śpiewnie, z ciepłym pomrukiem i charakterystycznym miauknięciem (można je uzyskać jedynie stosując struny z okrągłą owijką, najlepiej niklową - ja tak właśnie robię, wbrew poradom niektórych basistów, by do bezprogowca zakładać flaty, gdyż wtedy niestety gubi się ten charakterystyczny dźwięk) - jednak dominującym pasmem zawsze jest wszechogarniający dół. Niestety, często jest go wręcz zbyt wiele. Winą za to obarczam przystawkę. Aktywne EMG znane są z dość konturowego brzmienia (odpowiednik tzw. uśmiechu Romana w graficznej equalizacji) - niektórzy lubią tę charakterystykę, ja jednak niekoniecznie. Od dawna planuję wymianę przystawki na pasywnego humbuckera Bartollini z rozłączanymi cewkami - niestety, jak do tej pory finanse nie pozwoliły mi na to... Na szczęście brzmienie EMG jest tu częściowo neutralizowane przez tonalną charakterystykę zastosowanych drewien oraz klasyczną konstrukcję bolt-on (poza jesionem jest tu przykręcany czterema śrubami gryf z klonu przekładanego cienkimi paskami ciemnego drewna, bodajże wenge, oraz dobrze spisująca się we fretlessie palisandrowa podstrunnica), dzięki czemu bas nie traci tak istotnego dolnego środka. W razie potrzeby można wydobyć z Malinka również dość wyrazistą górkę - ze względu na zastosowany do budowy korpusu jesion oraz umiejscowienie przystawki, instrument zaskakująco dobrze brzmi... w klangu, co rzadko zdarza się w przypadku basów bezprogowych. Przy sieknięciu kciukiem uzyskujemy brzmienie nieco zbliżone do Music Mana, czyli de facto jeden z najfajniejszych, najskuteczniejszych klangowych soundów.

Malinek slapowany

Brzmienie jest najistotniejszą cechą każdego instrumentu, ale ważna jest również jakość wykonania. Tu niestety nie jest już szczególnie bajkowo... Kieszeń na gryf jest nierówna i gdzieniegdzie straszy poszarpanymi brzegami, z boku korpusu zieje dziura po gnieździe (prawdopodobnie bas miał niegdyś aktywną equalizację, zaś po demontażu wejście na jacka powędrowało w miejsce jednego z pokręteł) natomiast jakość lutowania pasywnej elektroniki (po jednym potencjometrze głośności i tonu) woła wręcz o pomstę do nieba lub innych mitologicznych instytucji. Nie pomnę już, ile razy oderwał się kabel masy, co skutkowało koniecznością ponownego lutowania. Gniazdo lata na boki i nie sposób go dobrze dokręcić, zaś otwór na nie jest dramatycznie nierówny. Podejrzewam jednak, że jest to jedno z wcześniejszych dzieł p. Malinowskiego (numer seryjny 0101) - słyszałem, że jego współczesnym konstrukcjom, noszącym już niestety nieco mniej uroczą nazwę Malwood, trudno cokolwiek zarzucić. Więcej problemów na szczęście brak. Gryf jest pokryty solidnym, przezroczystym lakierem (co lubię) i daje się łatwo ustawić zaś markery w miejscach progów są równe a na ich brzegach nie ma pęknięć ani śladów postrzępienia drewna. Podstrunnicę trzeba było przeszlifować, co fachowo zrobił Jacek Kobylski (szerzej znany jako Nexus), jednak podejrzewam, że wynikało to z lat wcześniejszego użytkowania.

Niestety, to nie koniec wad. Malinek ma jeszcze dwie - jedną usuwalną (przy pewnym nakładzie kosztów, drugą zaś niestety bez przedsięwzięcia drastycznych środków raczej nieuleczalną...

Pierwszą z nich jest mostek - najprawdopodobniej (pewności nie mam, gdyż loga brak) ceniony niegdyś Schaller 3D. Tak naprawdę nie wiem, za co był ceniony - ustawienie go to może nie koszmar, ale zdecydowanie wrzód na miejscu, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, zaś użyty do jego produkcji stop ma nienajlepszy wpływ na brzmienie basu. Na szczęście mostek łatwo wymienić - choćby na Hipshota, ABM-a lub legendarnego już Badassa - jednak wiąże się to z kosztami, na które aktualnie nie mogę sobie pozwolić.

Drugą zaś jest... rozmiar. Podobno duży może więcej... W tym przypadku jednak niekoniecznie. Otóż Malinek nie chce się zmieścić do większości dostępnych na rynku pokrowców, a o znalezieniu w sklepie sztywnego futerału, do którego dałoby się go wcisnąć, należy w ogóle zapomnieć. Szukanie odpowiednio długiego pokrowca było prawdziwym wyzwaniem...

Można by było w tym miejscu spytać - skoro Malinek ma tyle wad (a ma), czemu nie pozbyłem się go przez te 7 lat i nie zastąpiłem czymś lepszym? Otóż... w tym czasie miałem w rękach sporo pięciostrunowych basów bezprogowych. I prawie żaden z nich nie brzmiał tak dobrze, jak mój biały potwór, zaś te, które brzmiały, kosztowały kwoty, które w stosunku do mych dochodów można by spokojnie nazwać abstrakcyjnymi. Malinka można usłyszeć na kilku płytach, korzystałem z niego na niezliczonych koncertach - i wszędzie jego brzmienie spotykało się z komplementami. A to chyba coś znaczy.

Mimo to wiem jedno: jego ciężar i wielkość na tyle dały mi się we znaki, że moja następna bezprogowa piątka prawie na pewno będzie... obrzynem.

Podsumowując, czyli zady i walety...

Plusy:

* potężne brzmienie, przy odpowiedniej artykulacji - wręcz piękne
* niepowtarzalność
* rewelacyjny stosunek ceny do brzmienia
* można używać go do samoobrony

Minusy:

* jakość wykonania
* EMG (kwestia subiektywna - ale jeśli ktokolwiek poza mną narzekał na cokolwiek, to na zbyt potężny dół)
* mostek
* rozmiar i masa 
 
Czym go wozić:

Powiedzmy sobie szczerze: ten bas był tani. Uważam, że jest wart sporo więcej, niż kwota, którą za niego dałem, jednak sprzedając go, prawdopodobnie też nie zaśpiewam zbyt wiele. Dlatego też samochód, którym będziemy go wozić, też nie musi być wysokiej klasy. Jednak powinien mieć przyzwoity bagażnik - najlepiej sprawdzi się kombi. Co prawda woziłem Malinka Clio I, ZX-em, pożyczonymi Fiestą i Suzuki SX4 (a także - raz - Peugeotem 406) zaś aktualnie Mazdą 323 (pod kolor!), jednakże to właśnie kombiak byłby najlepszym wyborem - jeśli chcemy, by z tyłu jeszcze ktoś się zmieścił. A biorąc pod uwagę, że powstał w Polsce, możemy spokojnie załadować go do dzieła polskiej myśli inżynieryjnej - na przykład Poloneza kombi. Nie powstało ich wiele, ale można czasem takiego upolować - i biorąc pod uwagę ceny tych aut oraz ekstremalnie tanie naprawy, chyba warto. Innym dobrym wyborem byłaby również produkowana w Polsce Astra Classic kombi - wiem, bo jeden z mych muzycznych współpracowników jeździ taką i bardzo sobie ją chwali. A jest on multiinstrumentalistą - i na koncerty innego składu w bagażniku jego Asteroidy często jeździ inny polski basik...

Załaduj zatem Malinka do niedrogiego kombi i ruszaj na sztukę, gdzie oczarujesz publikę śpiewnym brzmieniem fretlessa. Tylko pamiętaj - patrz na kreski na podstrunnicy. Nie jesteś Pino.

Dobranoc.