niedziela, 15 marca 2015

Śmignąwszy: Sprinter

To był smutny tydzień. W czwartek Kosiarz osobiście (OSOBIŚCIE) pofatygował się po Terry'ego Pratchetta, zabierając nam jeden z najcenniejszych mózgów jakie funkcjonowały w naszym uniwersum, dziś natomiast po kilkuletnich zmaganiach ze stwardnieniem zanikowym bocznym wymeldował się Mike Porcaro, znany głównie jako basista Toto. Obaj panowie zbyt krótko zaszczycali planetę Ziemię swą obecnością (Sir Terry przeżył jedynie 66 lat, zaś Mike Porcaro nie dożył nawet sześćdziesiątki, do której zabrakło mu dwóch miesięcy). Ale dobrze, że na niej byli. Choć wielu z nas wolałoby, aby zostali jednak dłużej.

Wróćmy jednak na nasze podwórko.

Pod koniec ostatniego lata miałem okazję zrobić małą traskę przedstawicielem segmentu, z którym nie miałem wcześniej styczności jako kierowca - noszącym dostawcze geny 9-osobowym Oplem Vivaro. Okazał się jeździdłem zaskakująco łatwym i przyjaznym w prowadzeniu - ot, osobówka, tylko szersza i sporo wyższa. Przyzwyczajanie się do wymiarów i nieco innego spojrzenia na drogę zajęło może z 5 minut. Tym bardziej ciekaw byłem, ile zajmie mi ogarnięcie sporej, dużo bardziej typowo roboczej kobyły, jaką jest Mercedes Sprinter pierwszej generacji.

I dziś wreszcie miałem okazję.


Poprzednik Sprintera - Mercedes T1, zwany Kaczką ze względu na swój charakterystyczny dziób - od paru lat jest gatunkiem ginącym. Owszem, widuje się jeszcze gdzieniegdzie jeżdżące egzemplarze, ale większość została już dawno zakatowana bezlitośnie przez ekipy budowlane i rolników wożących ziemniaki i cebulę na targ. Zresztą była to konstrukcja bardzo ceniona ze względu na swą solidność oraz ułatwiającą naprawy prostotę konstrukcji. Niestety, Sprinter, który zajął miejsce Kaczki, mimo początkowego zachłyśnięcia się ogromnym skokiem w kwestii komfortu pracy kierowcy, aż takiej renomy nie zdobył. Powód? Rdza. Sprintery pierwszej generacji są potwornie wręcz chrupane. Był to zresztą problem wszystkich Mercedesów zaprezentowanych w latach 90. Powtarzający od lat, że bez gwiazdy nie ma jazdy hodowcy wąsów i miłośnicy sweterków z kolekcji Kononowicz Stajl ze łzami w oczach patrzyli, jak ruda bestia pałaszuje ich wymarzone Okulary W210, zaś odgłos rdzawych ząbków wbijających się w porażające beznadzieją Vito budził nocami zrozpaczonych właścicieli. Pierwszy Sprinter nie był wiele lepszy. Tak naprawdę w ogóle nie był lepszy. Natomiast lepsze - w każdym razie od ówczesnej konkurencji - było miejsce pracy kierowcy.


Dziś może nie robi to już wrażenia (a jeśli robi, to raczej słabe), ale w 1994 tak wykończona kabina dostawczaka to było coś. Brak gołej blachy, całkiem wygodne siedzenia w klasycznym dla tej klasy 3-osobowym układzie, sporo umilających jazdę opcji wyposażenia - to wszystko wpłynęło przynajmniej w jakimś stopniu na to, że Sprinter zdobył tytuł Van of the Year 1995. Podejrzewam, że jurorzy mieli frajdę z patrzenia na klasyczne, typowo mercedesowskie wskaźniki na tablicy rozdzielczej.

Inna rzecz, że trzeba na nie patrzeć z wysoka.


Pozycja za kierownicą Sprintera jest niemalże "ciężarowa". Kierownica jest umieszczona pod dużym skosem, przez co ręce przy skręcaniu chodzą nie "góra-dół", jak w osobówce (tak, to spore uproszczenie), tylko raczej "przód-tył". Mimo tego można się łatwo przyzwyczaić, tak samo, jak do ciężko chodzących pedałów czy długiej, mocno drżącej dźwigni zmiany biegów, wyglądającej do tego niczym organ dużych rozmiarów zwierzęcia. Trzeba przyznać, że budzi to pewien dyskomfort psychiczny - masz łapać za plastikowy odlew znajdującego się w pełnym wyprężu słoniowego wawrzona i majdrować nim. Najgorsze jest zaś, że wzmiankowany penisoidalny drąg na niskich obrotach wibruje z wyraźnym entuzjazmem. Musiałem powtarzać sobie w myślach, że jest to jeno kawał tworzywa. A i tak po kilkunastominutowej przejażdżce czym prędzej pobiegłem umyć ręce.

Nie musiałem za to obmywać czoła, gdyż sprawnie działające wspomaganie o dobrze dobranej sile oraz typowa dla Mercedesów zwrotność sprawiły, że manewrowanie nie wyciska z kierowcy potów - ani siódmych, ani nawet trzecich. Do tego świetne, ogromne lusterka bezbłędnie pokazuje, gdzie kończy się kolubryna. Dzięki temu dla w miarę wprawnego kierowcy manewrowanie na żyletki nie powinno być szczególnym problemem, samo cofanie zaś jest czynnością lekką, łatwą i przyjemną.

Lekko, łatwo ani przyjemnie nie jest za to silnikowi. Wolnossący diesel o pojemności 2,3 l generuje skromne 79 KM. Wprawianie w ruch pojazdu o masie i powierzchni czołowej domku letniskowego jest dla niego ciężkim zadaniem. Przyspieszenie poza króciutkim pierwszym biegiem liczone jest w erach geologicznych - Sprinter z podstawowym silnikiem, wystartowawszy w prekambrze powinien osiągnąć ok. 100 km/h mniej więcej w tym roku. Tyle, że rozpędzanie go do takiej prędkości mija się z celem - pracujący blisko kresu sił diesel żłopie podówczas absurdalne dość ilości paliwa. Optymalną prędkością przelotową podwyższonego Sprintera 208D jest ok. 90 km/h.

Pewnie również ze względu na słabowity silnik ładowność tej wersji ograniczono do 900 kg - a szkoda, gdyż ogromna przestrzeń ładunkowa bez problemu przyjęłaby towar sporo cięższy. Inna rzecz, że oprócz silnika, który mógłby odmówić podówczas podjechania pod łagodne nawet wzniesienie, zaprotestować mogłyby też resory - a wątpię, czy powstawała wersja na polskie warunki, gdzie do furgonu o ładowności niecałej tony Cytryn z Gumiakiem wrzucają półtorej.

Mimo kilku wad, Sprinterem jeździ się zaskakująco przyjaźnie. Po paru kilometrach za jego kierownicą doszedłem do wniosku, że mógłbym bez większego bólu jeździć czymś takim zarobkowo. Tyle, że gdy wsiadłem do Madzi i ruszyłem do domu, zdała mi się niesamowicie szybka. I zaskakująco wygodna. Tylko przez kilka chwil miałem wrażenie szorowania zadem po asfalcie.



Podsumowanie, czyli zady i walety:

Przyznaję bez bicia - w temacie dostawczaków jestem całkowitym lajkonikiem, a wręcz dylematem. Czy jakoś tak. Mimo to udało mi się oswoić Sprintera - a to dzięki temu, że oswaja się go łatwo. Trzeba pamiętać o rozmiarach oraz nędzy w kwestii dostępnej mocy, odpowiednio używać lusterek, przy ciasnych skrętach brać poprawkę na spory rozstaw osi - i to w zasadzie wszystko. Mercedes Sprinter pierwszej generacji jest łatwym i przyjaznym w użyciu narzędziem pracy - a do tego pod względem mechanicznym to kawał przyzwoitego żelaza. Żeby jeszcze nie ta rdza...

Plusy:

* łatwość opanowania przez kierowcę bez doświadczenia w prowadzeniu takich aut
* mechaniczna solidność
* wygodna kabina
* widoczność
* zwrotność

Minusy:

* rdza
* słaby silnik
* niezbyt wygodna pozycja za kierownicą
* dźwignia zmiany biegów może przerażać ludzi o chorej wyobraźni

Co nim wozić:

Calutki sprzęt. Wejdzie spokojnie. Inna rzecz, że jeśli zespół liczy więcej niż 3 osoby i nie wozi ze sobą własnych, ogromnych przodów i konsolety, lepszym wyborem będzie Sprinter z dwoma rzędami siedzeń. A jeśli jesteście triem - wystarczy wersja krótka, z niskim dachem, która do tego mniej spali.

Tylko szukajcie mocniejszej wersji z silnikiem OM 602. No chyba, że możecie na podróż przeznaczyć cały dzień.

środa, 11 marca 2015

Basista kontra Qltura: bas i inne zwierzęta

Nie tak dawno wywnętrzałem się, że mało mam okazji do wpisów z cyklu "Basista kontra Qltura". Że nie ma odpowiednich do zrecenzowania tutaj filmów, przedstawień czy książek. Owszem, sporo czytam, ale brak mi dzieł o odpowiedniej tematyce.

A tak naprawdę brak mi tego fragmentu mózgu, który otwierałby odpowiednie szufladki, mówiąc "czytałeś to przecież, debilu".


Guy Pratt. Jeden z najbardziej rozchwytywanych basistów sesyjnych (sam stwierdził, że choć nigdy nie zamierzał zostać muzykiem sesyjnym, ludzie, z którymi zawsze chciał grać, wciąż oferowali mu pieniądze), znany przede wszystkim z owocnej współpracy z post-watersowskim Pink Floyd ale także z setek innych nagrań, gdzie użyczył (za odpowiednią opłatą) swego basowego talentu. Facet, którego bas słyszymy choćby w "Like a Prayer" Madonny (miał wtedy 27 lat), a głos - w "Run Like Hell" na floydowskich koncertówkach "Delicate Sound of Thunder" i "Pulse". Człowiek o résumé którego może pozazdrościć wielu pozornie bardziej znanych muzyków. Pozornie - gdyż choć inni mogą nosić nazwiska bardziej rozpoznawalne dla anonimowego Leona z poczty, o Pratcie słyszeli chyba wszyscy w tzw. branży. I chyba wszyscy darzą go szacunkiem. I tenże człowiek kilka lat temu napisał książkę.

Na początku jednak był... program komediowy na żywo. One-man show czy też stand-up comedy, jak to określają anglojęzyczne nacje. Guy Pratt, znudzony przerwą w intensywnej pracy muzycznej, zgromadził co ciekawsze historyjki ze swego studyjno-scenicznego doświadczenia, i zaczął opowiadać je ludziom - najpierw w małych, lokalnych klubach, potem, gdy wieść o muzyku z ciętym językiem i poczuciem humoru światowej klasy rozniosła się trochę, dla nieco szerszej publiczności. W końcu zaczęły padać pytania: a może byś tak napisał książkę?

I napisał.



"My Bass and Other Animals" to dość nietypowe wydawnictwo. Nie jest to sensu stricto autobiografia, choć zachowana została chronologia, zaś całość dotyczy muzycznych doświadczeń autora. Jest to raczej okraszona anegdotami wycieczka muzyczną drogą, którą przebył Pratt, ze szczególnym naciskiem na sytuacje, które w momencie ich zaistnienia mogły być źródłem niejednej godziny spędzonej w miejscu, gdzie król chadza piechotą, na nerwowym pozbywaniu się fizjologicznych efektów stresu, jednak przy spojrzeniu na nie z wieloletniej perspektywy powodują wybuchy serdecznego śmiechu. A śmiech ten jest wywołany nie tylko samymi scenkami, których w "My Bass and Other Animals" jest mnóstwo, ale też świetnym, żywym językiem autora.

Językiem, który zrozumiemy jedynie wtedy, gdy mowę Synów Albionu mamy opanowaną w stopniu co najmniej dobrym, gdyż książka nie doczekała się przekładu. Przynajmniej na polski.

Mimo to warto zabrać się za "Mój bas i inne zwierzęta". Warto podszlifować swą angielszyznę i zagłębić się w świat, gdzie panuje hasło "sex, drugs & rock'n'roll", a w którego środku znalazł się pewien syn aktora, niedowierzający, że facetem dzierżącym bas i grających z Tymi Wszystkimi Ludźmi jest on sam. Warto przeczytać o dwóch obliczach Madonny, o dość prywatnych wynurzeniach Davida Coverdale'a, o tygodniu spędzonym jako członek The Smiths czy o Michaelu Jacksonie chowającym się pod konsolą w studiu. Warto pośmiać się z głupot popełnianych przez samego autora, który opisuje je wszystkie z rozbrajającą szczerością, śmiejąc się z nich razem z czytelnikiem. Warto zapoznać się z historią jego słynnego Fendera Jazza o imieniu Betsy. I dowiedzieć się, w jaki sposób tak naprawdę Guy Pratt zdobył robotę w Pink Floyd. Choć opowieść ta jest tak dobrze znana, że wielu z Was zapewne ją zna. Ja też znałem ją przed przeczytaniem "My Bass and Other Animals", ale nie przeszkadzało mi to w przeczytaniu jej z twarzą niemalże obolałą ze śmiechu. 

I chyba przeczytam ją jeszcze raz.

sobota, 7 marca 2015

Śmignąwszy: 500 brzydaL

Niedawno wśród komentarzy, skarg, wniosków i zażaleń znalazła się uwaga, że przydałoby się więcej testów starego żelaza. Jako, że całkowicie zgadzam się z tym spostrzeżeniem - zapraszam na kolejny krótki teścik plastika, czyli nówki-salonówki.

Jak już wspominałem, bycie tzw. tatusiem zobowiązuje. Np. zobowiązuje do tego, by dzieciu swemu zapewniać jakiś tam byt, warunki i bezpieczeństwo. Czyli do ogólnie pojętej odpowiedzialności. Oznacza ona również to, że gdy jest się na tyle bogatym, by wyasygnować kilkadziesiąt tysięcy polskich złotych na samochód, zamiast sprawić sobie coupe lub kabrioleta na którego widok w głowie rozbrzmiewa "Midlife Crisis" Faith No More, należy zakupić jeździdło pojemne, wygodne i praktyczne, słowem - dziecioprzyjazne. Oczywiście wielu rodaków uzna tu, że najbardziej niebezpieczny dla dziecka jest niedobór prestiżu, i w związku z tym uda się na poszukiwanie Audi A6 3.0 TDI JEDYNYTAKIZOBACZ EDYSZYN lub przynajmniej modnego SUV-a (najchętniej VW Tiguana, który swe bezpieczeństwo udowodnił będąc widowiskowo wydachowanym przez Znaną Piosenkarkę, więc i dla dzieciorów się nada), jednak ci, którzy Brzydkie Słowo Na "P" mają tam, gdzie ja, czyli w gdziesiu mrocznym a serdecznym, będą jednak skłaniali się ku czemuś, co naprawdę może pochwalić się względami praktycznymi a jednocześnie nie zrujnuje budżetu w trakcie eksploatacji (wystarczy, że dzieć rujnuje). Czyli na przykład ku niewielkiemu vanowi. Ci zaś spośród wyżej wymienionych, którzy mają do tego alternatywne pojęcie estetyki lub nieszczególnie przejmują się tą kwestią, zapewne spojrzą między innymi na Fiata 500L.


Polityka modelowa Fiata ostatnimi czasy jest co najmniej dziwna. Nie ma ani jednego kompaktu (bardzo udane Bravo wypadło z oferty). Przedstawiciel segmentu B, czyli Punto, jest kontynuacją nader przyzwoitego Grande Punto, którego głównym problemem jest jednak to, że bywał używany do polowań na mamuty. Trzecia odsłona Pandy nie jest już prostym, bezpretensjonalnym jeździdełkiem do miasta, za to stała się zdecydowanie za droga w stosunku do tego, co oferuje. Oparte na poprzedniej Pandzie 500 jest urocze, dużo mniej praktyczne, za to jeszcze droższe. No i właśnie wciąż ciesząca się powodzeniem "pięćsetka" została użyta jako stylistyczno-marketingowa baza do budowy nowych modeli.

Efekt jest... nnno, jest jaki jest. Powiedzmy, że nieco dziwaczny. Przynajmniej od frontu.

DERP
To, co prezentuje się przyjaźnie w małym, miejskim toczydełku, w samochodzie o dwa rozmiary większym wygląda po prostu idiotycznie. Zbyt szeroko rozstawione, wyłupiaste gały, kretyński pseudouśmiech - 500L wygląda jak upośledzony starszy brat małej "pięćsetki". Łagodny, nic nie kumający grubasek o IQ arbuza i gracji trójnogiego nosorożca.

Na szczęście z innych stron 500L prezentuje się znacznie lepiej. Dużo lepiej jest też w środku.


To inny, stojący w salonie egzemplarz - "mój" nie miał brązowych wstawek
Jak na vana - nawet niewielkiego - przystało, 500L ma w środku sporo miejsca. Wygodnie usiądą tu cztery osoby - przy próbie zabrania pięciu pasażerom z tyłu będzie już ciasno. Nie tak ciasno jak w bardzo wąskim wnętrzu Forda B-Max, ale nie oszukujmy się: małe vany z definicji nie są zbyt szerokie. Z drugiej jednak strony - kontrowersyjna Multipla, którą 500L (w szczególności jego groteskowo pokraczna, dłuższa wesja, czyli 500XL) nieformalnie zastępuje po kilku latach przerwy, była chyba nawet krótsza, a miejsca w środku było więcej - przynajmniej wszerz. Nowy Fiat przynajmniej nie ma za to deski rozdzielczej wyglądającej, jakby ktoś zżarł prędkościomierz, nawiew, kilka pokręteł i przełączników a następnie rzygnął maliowniczo całością na wykończone tkaniną podszybie Multipli. Choć z drugiej strony trochę brakuje tu wariackiej fantazji poprzednika.

Brakuje też paru centymetrów szerokości bagażnika.


Żeby nie było wątpliwości - bagażnik nie jest mały. Bagaże rodziny z dzieciem sztuk raz zmieszczą się tu bez większych problemów, oczywiście o ile zachowany zostanie rozsądek w kwestii ilości zabieranych na wywczas szpejów. Jednak, tak samo, jak w zdecydowanej większości współczesnych samochodów, kufer jest bezsensownie obudowany po bokach. Pół biedy, gdyby przy tylnych błotnikach znajdowały się schowki lub estetyczna tapicerka. Niestety - w 500L znajdziemy połacie szpetnego, łatwo rysującego się plastiku.

W porównaniu z B-Maxem nie zachwyca też system składania dzielonej tylnej kanapy. Choć de facto nie jest on zły.


Tak, jak w zdecydowanej chyba większości nowych samochodów chcących uchodzić za praktyczne, w bagażniku 500L znajduje się dodatkowa półka. Najlepsze jest to, że można ją umieścić na 2 różnych poziomach lub zupełnie wyjąć, wykorzystując dwa dostępne sposoby na płaską powierzchnię ładunkową. Gdy zawiesimy półkę na wyższym poziomie i po prostu położymy oparcie (lub jego część), uzyskamy równą powierzchnię, ja której można położyć bas, pod półką zaś powstaje miejsce np. na  głowę (czyli - dla niezorientowanych - sam wzmacniacz, bez głośników). Oczywiście nie może być ona zbyt wielka, Ampeg SVT-2 Pro czy Mesa 400+ nie wlezą, ale standardowy case 2-3U wejdzie tam bez problemu. Możemy też zostawić dodatkową podłogę w domu, korzystając z pełnej głębokości bagażnika. Aby uzyskać płaską powierzchnię należy kanapę złożyć na dwa razy, czyli najpierw położyć oparcie a potem postawić siedzisko (na szczęście dzielone tak samo, jak oparcie) na sztorc do przodu. Wszystko to jest całkiem fajne, ale system z B-Maxa (i mniejszych Hond), gdzie siedzisko opuszcza się przy kładzeniu oparcia, jest po prostu bardziej przyjazny.

Jeździ się za to zaskakująco dobrze.


Wersja, którą przyszło mi karnąć się wokół bloku, nazywała się Trekking i wpisywała się w bardzo modne ostatnio "uterenowianie" czego się da. W stosunku do standardowego 500L, Trekking ma nieco podwyższone zawieszenie, zaś czarne, plastikowe nakładki na zderzakach i błotnikach miały nadać mu bardziej bojowego wyglądu. Równie dobrze można próbować przebrać w bojówki i glany ryjówkę lub wombata tak, by sprawiały groźniejsze wrażenie. Ale sam pomysł z podwyższeniem zawieszenia wcale nie jest zły. Na naszych pseudodrogach, składających się głównie z dziur i kolein, oraz podczas przypuszczania szturmu na co wyższe krawężniki rozwiązanie to ma szansę zdać egzamin. Takiemu Trekkingowi niestraszna żadna podstępnie wystająca studzienka - po prostu przejedzie nad nią, zachowując miskę olejową na miejscu.

Najlepsze zaś jest to, że owo zawieszenie jest po prostu zajebiście komfortowo zestrojone.

Ci z Was, którzy czytają moją pisaninę nieco dłużej niż od trzech ostatnich wpisów, wiedzą, że nie lubię twardego zawieszenia. Nie interesuje mnie zachowanie rodzinnego vana na torze, nie planuję pojemnym kombiakiem bić rekordów okrążenia. Chcę za to w wygodnych warunkach dojechać do celu. I Fiat 500L Trekking dokładnie to zapewnia. Jego zawieszenie jest przyjemnie miękkie - nie za miękkie, takie w sam raz - a fotele wystarczająco wygodne, by nie ukrzywdzić mego starczego, steranego życiem i ciężkim basem kręgosłupa. I to, że może nie być możliwości pełnego wykorzystania bardzo żwawych 120 KM wypluwanych przez turbodoładowany benzynowy silnik 1.4 T-Jet, nie martwi mnie ani trochę. Cieszy za to, że w długiej trasie, gdy czasem przyjdzie kogoś wyprzedzić, z pewnością wystarczy mocy pod stopą.

Na mocniejszą, 120-konną wersję może za to nie starczyć czego innego: pieniędzy.

Fiat od dawien dawna kojarzy się z samochodami niedrogimi, bezpretensjonalnymi, dość prostymi (w dobrym tego słowa znaczeniu). Natomiast za 500L Trekking w bogato wyposażonej wersji Beats Edition kosztuje wedle cennika 85 500 zł! PONAD OSIEMDZIESIĄT TYSIĘCY! Co prawda w wyprzedaży rocznika 2014 można mieć to samo za nieco ponad 72 tysiące (a to jest naprawdę solidny rabacik), ale nadal jest to dużo. Bardzo dużo. Co prawda za tę kwotę otrzymujemy naprawdę kompletne wyposażenie, razem z rozbudowanym systemem audio, elektryką wszystkich szyb i stylowymi alufelgami, ale taka kwota to zwyczajnie za dużo jak na niewielkiego Fiata. Na szczęście nie jesteśmy skazani na topową wersję. W salonie stał Trekking wyposażony w to, czego potrzebuję - elektrycznie sterowane przednie szyby i lusterka, klimatyzację i standardowe radio - ze słabszym, 95-konnym, nieuturbionym silnikiem 1,4, w pasującym do zabawnej, krągłej sylwetki wesołym żółtym kolorze. Kosztował 57 800 zł. I gdybym miał kupować 500L, pewnie zdecydowałbym się właśnie na ten egzemplarz. Na pewno dałoby się z coś jeszcze urwać z ceny - wszak jest to "stock" bez konieczności specjalnego zamawiania. Musiałbym tylko sprawdzić, czy 95 KM wystarczy do sprawnego napędzenia go.

Nie jestem jednak pewien, czy za taką kasę byłbym skłonny wybrać właśnie 500L, choć to bardzo sympatyczne auto. W zbliżonej cenie możemy mieć mniej lajfstajlowe, za to dużo pojemniejsze Doblo. A tam do bagażnika bas zapewne wejdzie.


Podsumowanie czyli zady i walety:

Foat 500L Trekking to bardzo sympatyczne, wygodne jeździdło. Nie jest tak pomysłowe, jak konkurencyjny Ford B-Max, sprawia wrażenie mniej dopracowanego, za to okazuje się zaskakująco komfortowym, przyjemnym w prowadzeniu samochodem świetnie nadającym się dla rodziny 2+1 lub 2+2. Jednak za tę cenę do wożenia zarówno rodziny jak i basów - jeśli mam zostać przy Fiacie - wolałbym Doblo. Którym, swoją drogą, też muszę się przejechać.

Plusy:

* komfort
* sporo przestrzeni
* bardzo żwawy silnik T-Jet
* prześwit sugerujący odporność na nasze drogi
* niezła widoczność

Minusy:

* ceny, szczególnie lepiej wyposażonych wersji
* wąski, badziewnie wykończony bagażnik
* wrażenie taniości w kilku miejscach
* wyraz pyska

Co nim wozić:

Oczywiście małym vanikiem Fiata da się wozić sprzęt. Można złożyć część kanapy (jeśli bas wozimy w sztywnym futerale, to lepiej tę szerszą), umieścić ruchomą podłogę na wyższym poziomie i zalogować we wnętrzu choćby Yamahę BB 1025 albo Mayonesa Jabbę, zaś do utworzonego pod podłogą schowka wsunąć np. głowę Taurusa. Jednak do tego auta lepiej pasują po prostu fotelik i wózek.

czwartek, 5 marca 2015

Basista się bawi: puszka z pilotem

Marzec powoli się rozpędza. Temperatury praktycznie nie spadają już poniżej zera, dni - co raduje mnie szczególnie - stają się coraz dłuższe, tylko czasem, tak jak przedwczoraj (i przez chwilkę dziś) sieknie z nieba jakimś wyjątkowo nieprzyjaznym dotykowo badziewiem. To zaś z kolei kieruje me myśli ku dniom, gdy nieco zimniejsza aura była cokolwiek bardziej spodziewana, konkretnie zaś ku okresowi ogólnoświątecznemu.

W Wigilię, po napchaniu trzewi strawą nieszczególnie dietetyczną, tradycyjnie w którymś momencie przyszedł czas na rozpakowanie prezentów. Wśród nich zaś znalazła się puszeczka. Ot, taka jak od napoju zawierającego równie dużo bąbelków co kalorii. Tyle, że nie blaszana, a plastikowa. Przyjrzenie się jej zaowocowało konstatacją, iż zawiera ona małe autko. A z autka wystawała antenka.


Powiedzmy sobie szczerze: mężczyźni dojrzewają do ok. 6 roku życia. Potem już tylko rosną. Dlatego po początkowej konsternacji wydałem z siebie radosny kwik, rozparcelowałem puszeczkę i wydobyłem zawartość. A była ona dokładnie tym, na co wskazywała antenka oraz skrót R/C na puszce.

Małym, zdalnie sterowanym samochodzikiem.


Zasada działania jest prosta: mamy pilota, mamy autko, mamy antenkę. Pilot zawiera bateryjki AA (mojemu pokoleniu znane również jako R6), które zasilają nie tylko samą jednostkę sterującą, ale również samochodzik. Wystarczy użyć kabelka wystającego z pilota do podłączenia samochodziku. Kilkanaście minut ładowania i można zaiwaniać.

Tak, wiem, mam ohydną podłogę
Samo autko jest podobne... No właśnie. W przeciwieństwie do rosnącej kolekcji modelików kolekcjonowanych celem przyszłej edukacji motoryzacyjnej Młodzieża, małe jeździdełko nie odwzorowuje żadnego konkretnego samochodu. Przód przypomina odrobine Infiniti, tył jest czymś w rodzaju połączenia Jaguara F-Type z Nissanem 370Z, ale tak naprawdę to po prostu pocieszna zabawka do śmigania nią po podłodze.

Tak, podłoga jest straszna
Sterowanie jest klasyczne - na pilocie są przyciski przód-tył i lewo-prawo. Jeśli zmusimy podłogowy bolid do szarży naprzód, zapalają się przednie reflektory, przy jeździe w tył zaś świeci się prawe tylne światło. Tak, tylko prawe. Większą ciekawostką jest jednak to, że samochodzik praktycznie nie jeździ prosto. Na podwoziu znajduje się mały wihajsterek do kalibracji skrętu kół. Można ustawić go tak, by autko non stop zataczało kręgi. Prawdopodobnie jest to patent zastosowany z myślą o małych, zabawkowych torach. Jednak przy ustawieniu na wprost samochodzik wciąż jedzie po łuku.

Po kilku minutach zabawy (i szukania zasięgu, który wynosi kilka metrów i potrafi zgubić się np. za nogą od stołu) małe elektryczne chochliki robią się głodne. Wystarczy wtedy na kolejnych kilka chwil podłączyć autko do pilota wystającym z tego drugiego kabelkiem - i już wkrótce można znów stresować koty i prowokować radosne ćwierkanie wyciągającego swe małe łapki Młodzieża.


Tak, przyznaję - mam sporą frajdę z tej idiotycznej zabawy. Ale podobno w życiu mężczyzny najtrudniejsze jest pierwsze 40 lat dzieciństwa, co oznacza, że jeszcze kilka lat będę miał pod górkę. A w końcu trudy trzeba sobie jakoś osłodzić.

I nie, nie byłem jedynym, którego pewien Mikołaj obdarował takim sprzętem. Mój szwagier dostał podobne jeździdełko, tylko żółte, o nieco innym kształcie.

Tyle, że on zepsuł je dzień później.

Co oznacza, że widok dwóch dorosłych facetów ścigających się małymi, zdalnie sterowanymi samochodzikami po podłodze mieszkania, został oszczędzony światu.


Mój egzemplarz, uruchamiany średnio raz w miesiącu, śmiga nadal. Zobaczymy, ile wytrzyma. I czy pierwszy upoluje go któryś z kotów, czy roześmiany Młodzież, pałający żądzą wiedzy co jest w środku.

poniedziałek, 2 marca 2015

Spacerkiem i rowerkiem: na wschodnim brzegu

Dzieńdobry się z Szanownym Państwem.

Rozpoczynamy trzecią setkę wpisów - a cóż jest lepszego na początek od tego, co tygrysy, wombaty i kapibary lubią najbardziej, od soli (w oku) i miodu (w uchu) każdego blogera skupiającego się na motoryzacji starej, zapomnianej i idiotycznej, czyli od mixu? Tak, wiem - ostatnia zupa z mchu, rdzy i plam oleju na chodnikach była zaledwie dwa wpisy i koło dziesięciu dni temu, do tego dziś miksturę zdjęć nadesłanych przez czytaczy (w tym mnie) zamieścił ekspert w tej dziedzinie, czyli Złomnik, jednak to ta kategoria to według mnie najlepsza kandydatura na wpis z numerem 201.

No chyba, że miałbym gotowy test jakiegoś wspaniałego, starego żelaza. A nie mam. Albo gdybym kupił kolejny bas. A nie kupiłem.

Dlatego zapraszam na kolejny zestaw zdjęć pojazdów dziwnych, starych, idiotycznych, nietypowych, wrastających i zarastających, choć oberwiecie dziś też prawym prestiżowym prosto w mózg. Tym razem z Żoliborza przejeżdżamy sobie nienerwowo na drugi, prawy, wschodni brzeg Wisły. Co prawda dziś odwiedzimy stosunkowo niewielki obszar prawobrzeża - od Pragi po Gocław, bez choćby króciutkiej wizyty w Białołęce, na Targówku, w Rembertowie czy jeszcze zupełnie niespenetrowanych przeze mnie pod względem złomów Wawrze i Wesołej - ale i tak będzie ciekawie.

Zaczynamy w dzielnicy opiewanej przez bardów, przewrotnie ukazanej w filmie "Rezerwat" czy niewesoło acz trafnie opisanej przez obywatelkę Nosowską w heyowym "To tu". Czyli na Pradze.

A tam gość o wyglądzie autochtona - krótki kark szerszy od wygolonej czaszki - pociska przedliftowym Tipo na czarnych

WUAla!

Pamięta czasy, gdy na wszystkie samochody zza żelaznej kurtyny mówiło się "zachodnie". Także na te z dalekiego wschodu.

Borze, poproszę. Teraz, już, bardzo.

Niewyraźny Contour

Landszafcik praski

Wałkiem Instalowany Lakier

Praska kolekcja Fiatów, ustawiona wedle Potencjału Jaktajmerskiego. Patrząc od pierwszego planu: teraz, wkrótce, nigdy, zapomnij.

Lizak
Skręcając z Targowej w Al. Zieleniecką i jadąc prosto przez Rondo Waszyngtona trafiamy na opiewaną przez Osiecką ustami niejakiej Goryli Saską Kępę.

A tam stacjonuje sobie znany już wszem i wobec Civic

Jeden z ostatnich "prawdziwych" Mini

Zawsze lubiłem koty. Bardzo.

WTEM! Prawy prestiżowy! Lewy luksusowy! Gleba! Odliczanie! Przynajmniej póki nie obczaisz tylnych świateł.

Maluch w barwach maskujących

KTO GO WPUŚCIŁ NA PRESTIŻOWE ZAMKNIĘTE OSIEDLE?! Won z nim na zewnątrz. Najlepiej w moje ręce.

Chwilę później ruszył, brzmieniem spod maski i z wydechu utrudniając przechodniom kontrolę nad zwieraczami

Perła wczesnego postpeerelu. Cytując Tyrmanda, czcigodna i omszała.

KIB-el i Toi-Toi

Podobno wcale nie tak współwymienna częściozamiennie z Pandą

Tłumy nie WIVatują

Ilustracja punktu, w którym znajduje się marka Lancia. Wersja lajt.
Z Al. Stanów Zjednoczonych skręcamy w kierunku Grochowa.

Jaki kraj takie SUV-y

E30 nie budzi we mnie większego zainteresowania, ale wypłowiałe E30 na czarnych to insza inszość

PRZYTROCZ GUMOWEGO KURCZAKA DO GRILLA VOLVO DLA SZATANA

Przedliftowe 740 w stanie mjut. Poproszę, przecierpię nawet ten kolor, ale poproszę.

Tavria, czarne blachy, pokrowce Biały Tygrys. Grzyborasowość level max.

Not much WIN

Wasza Ulubiona Legenda

Jedziesz a tu Garbus. Bardzo dobrze.

Miałem kiedyś Clio na blachach WXX.

SO MUCH FUN

Szczupak złowiony z Mercedesa

Będę ją robił. Bez pośpiechu.

Cytrynowa Dyskoteka, HA HA HA HAAAA
Z Grochowa jest już jeno skok na Gocław, gdzie robimy ostatni na dziś przystanek.

Co oznacza umiejscowienie znaczka z przodu Kaszla (tak jak tu, na samym środku lub po lewej)? Rocznik czy jak?

...nie, tego nie ogarniam.

Sunny kombi! Czarne blachy! Metalowa blokada na kierownicy! Musi grzyb. Kilka minut później okazało się, że owszem.

Znana z rajdów Złomnika i Nitów 2013. Wspaniała.

JIMMY ŻYJE! A co z Elvisem?

Po prostu sobie jedzie.

W następnym odcinku - wracamy na lewobrzeżną stronę Stolycy by zapuścić sie w rejony, w których jeszcze nigdy. Stej tjund.