niedziela, 6 listopada 2016

Śmignąwszy: Albinos

Nie jestem fanem sedanów. Nie widzę większego sensu w konstrukcji, która mocno ogranicza praktyczność przestrzeni bagażowej, nawet jeśli sam kufer jest spory. Rozumiem oczywiście, że taki rodzaj nadwozia może się niektórym podobać, ale sam raczej nie wydałbym piniendza na samochód z taką karoserią. No chyba, że mając niewiele pieniędzy (czyli stan niemalże defaultowy) poszukiwałbym czegoś niezbyt starego a do tego możliwie taniego w eksploatacji i serwisie, trafiłbym na zadbany egzemplarz tego, czym miałem okazję przejechać się niedawno.

Około 2,5 roku temu (Borze Tucholski, jak ten czas zaiwania) miałem okazję bujnąć się budżetowym modelem Fiata przeznaczonym na tzw. rynki rozwijające się, czyli jeszcze nie tak dawno bardzo popularną u nas Sieną. Fiat Siena charakteryzował się prostą konstrukcją, niską ceną, ogromnym bagażnikiem, znikomą ilością miejsca na nogi z tyłu i szkaradną sylwetką. Po pewnym czasie postanowiono poprawić niedoskonałości nie tracąc jednocześnie atutów, i tak powstał Fiat Albea.


Przepis na przemianę Sieny w Albeę był prosty: wziąć blisko spokrewnione ze Sieną kombi Palio Weekend, zmienić nieco przód i deskę rozdzielczą (wprowadzając zmiany jednocześnie w sedanie, kombi i oferowanym głównie w Ameryce Południowej hatchbacku), przejąć nieco dłuższy rozstaw osi z Weekenda a na koniec restylizować tył. W efekcie powstało auto odrobinę dłuższe, troszkę przestronniejsze z tyłu i wyraźnie zgrabniejsze od poprzednika, choć wciąż nie grzeszące nadmiarem urody.


Również wnętrze zyskało na wprowadzonych zmianach. Choć wciąż wykonane z tanich, niezbyt wyszukanych materiałów, zaczęło sprawiać o niebo lepsze wrażenie za sprawą znacznie poprawionej stylistyki oraz tapicerki o wyższej jakości. Dużym plusem w stosunku do Sieny jest również brak gołej blachy na drzwiach nawet w najbiedniejszych wersjach. Skoro zaś jesteśmy przy bazowej odmianie - zyskała ona w standardzie m.in. poduszkę powietrzną i wspomaganie kierownicy. Niestety, za taki luksus, jak radio, nadal trzeba było dopłacić. Relatywną goliznę rekompensowała za to zwiększona przestrzeń na nogi na tylnej kanapie. Inna rzecz, że w tym przypadku "zwiększona" jest synonimem słowa "jakakolwiek".


Niewiele zmienił się za to bagażnik. I nie musiał - już w Sienie był przepastny. Tu jest bardzo podobny, a wręcz nieco większy: z 500 litrów urósł do 515. Różnica ta jest w zasadzie pomijalna - bagażnik tak samo, jak w poprzedniku, jest więcej niż wystarczający dla tzw. normalnych zastosowań. Co zatem z zastosowaniami nienormalnymi? Otóż bas w pokrowcu wchodzi bez trudu. Nie potrafię zagwarantować, że uda się wcisnąć sztywny prostokątny futerał, ale pokrowiec mieści się łatwiutko.

Łatwiutko również jeździ się Albeą.

Pozycja za kierownicą jest praktycznie taka sama, jak w Sienie. Siedzi się dość wysoko, trochę jak na krześle, ale w miarę wygodnie. Widoczność też nie budzi większych zastrzeżeń - trzeba jedynie pamiętać, że za tylną szybą jest jeszcze duży, pękaty kufer. Dużo więcej zmian w stosunku do poprzedniczki czuć po ruszeniu z miejsca. Pierwszą z nich jest nieco inna praca zawieszenia, wyraźnie sztywniejszego niż w Sienie. Na szczęście różnica nie jest na tyle wielka, by znacząco cierpiał na tym komfort jazdy, za to znacznie poprawiło się zachowanie w zakrętach. Kolejną cechą odróżniającą Albeę od poprzedniczki są wyposażone w ABS hamulce. Ich działanie mogę określić jako "ostre" - już lekkie wciśnięcie środkowego pedału powoduje niemalże stanięcie dęba.

W kwestii osiągów różnicy nie ma już w zasadzie żadnej. Silnik to ta sama, znana, praktycznie bezproblemowa 80-konna jednostka 1.2 - całkowicie wystarczająca, by sprawnie napędzać niedużego sedana. Nieco przyzwyczajenia wymaga za to skrzynia biegów (w tym egzemplarzu już druga) - luz nie znajduje się pośrodku, tylko odrobinę z przodu, co nieznającego tego modelu kierowcę może nieco zaskoczyć przy próbie wrzucenia wstecznego.

Inb4 "uuu, druga skrzynia hurrr, co za włoski szajs, uuuu złom na F durrr": auto nie było oszczędzane. Służyło jako wół roboczy, który w ciągu ok. 9 lat nawinął na kółka całkiem sporo kilometrów - przynajmniej jak na budżetowego sedanika - zaś wymiana skrzyni (ponoć dość brutalnie traktowanej) była jedyną poważniejszą naprawą wykonaną w tym czasie. Albea zaś zyskała wdzięczne imię Albinos i wszystko wskazuje na to, że będzie bez większych problemów jeździć dalej, zostając zresztą w rodzinie. Siena zaś - równie zadbana, regularnie serwisowana, z masą nowych części - szuka nowego właściciela.


Podsumowanie, czyli zady i walety:

Fiat Albea nie jest samochodem marzeń. Nie po to zresztą powstał. Miał być to niedrogim, prostym w obsłudze, pojemnym jeździdłem dla ludzi z krajów, w których średnia krajowa nie pozwala na zakup nowego Golfa po kilku miesiącach oszczędzania. I trzeba przyznać, że ze swojego zadania wywiązuje się nader przyzwoicie. Czy jednak jest dobrym samochodem dla basisty? Bas w pokrowcu mieści się w bagażniku bez większych problemów, małą główkę i paczkę lub lekkie combo na dwunastce czy nawet piętnastce też dałoby się tam wcisnąć. Ja jednak, ceniąc sobie praktyczność i przede wszystkim elastyczność aranżacji przestrzeni, raczej szukałbym Palio Weekend w poliftowej (czyli już "zalbeowionej") wersji. Zakładam, że jeździ równie przyzwoicie.


Plusy:
  • pojemny bagażnik
  • świetna relacja ceny do użyteczności
  • tani serwis i eksploatacja
  • dobry silnik 1.2 80 KM
Minusy:
  • taniutkie plastiki wewnątrz
  • bardzo słabe wyposażenie bazowej wersji (i większości egzemplarzy w Polsce)
  • to jednak sedan ze wszystkimi jego ograniczeniami
Co nim wozić:

Zakładając, że nie potrzebujesz kombi (lub zadbane Palio Weekend nie było akurat dostępne), bezproblemowo można wrzucić do Albei bas w rodzaju Sire V7 i nieduże combo, np. Markbassa. Wejdzie.

wtorek, 1 listopada 2016

Pożegnaniowo

Nie, nie żegnam się z Wami (choć kiedyś zapewne to nastąpi - może wtedy, gdy zakażą jeźdić starymi samochodami, a może jak odechce mi się pisać). Niestety tytuł ma jednak swoje uzasadnienie - to samo zresztą, które było powodem mego niedawnego komunikatu o tymczasowym zamilknięciu.

W zeszły poniedziałek odszedł człowiek o ujmująco ciepłym, łagodnym, spokojnym charakterze, człowiek, z którym, dziecięciem będąc, byłem bardzo blisko, i któremu w znacznej mierze zawdzięczam swą motoryzacyjną pasję: mój dziadek Jerzy.


Już od mych najmłodszych lat dziadek zauważał moje zainteresowanie czterema kółkami i skutecznie je podsycał, opowiadając mi bajki z cyklu "Pan Broda i jego Skoda" za każdym razem, gdy nocowałem u niego i babci (niestety również już nieobecnej), oraz kupując kolejne numery Motoru, na których zasadniczo uczyłem się czytać. Dziadek dysponował również czymś, co szybko stało się moją największą motoryzacyjną miłością lat szczenięcych: Trabantem 601, rocznik 1976.

Jeszcze na starych blachach
To z tym właśnie wehikułem wiążą się moje najwcześniejsze samochodowe wspomnienia. To w nim po raz pierwszy siadałem za kierownicą, spędzając tam niejednokrotnie całe godziny. To nim dziadek woził nas na działkę, a siedząca obok niego babcia, gdy tylko zbliżył się do ok. 80 km/h, strofowała go: "Juuureeek! Zwooonliiij!".

Zresztą to właśnie z działką wiąże się cała ta historia. Gdyby nie zakupiony przez dziadków we wczesnych latach 70. ogrodzony kawałek lasu w ówczesnym województwie siedleckim, dziadek prawdopodobnie nigdy nie zrobiłby prawa jazdy. Nie miał takiej potrzeby - jak większość ludzi w tamtym czasie po mieście poruszał się komunikacją miejską a tryb życia typu dom-praca-dom nie wymagał od niego ani pośpiechu ani regularnego taszczenia ciężarów. Potrzeba jeszcze bardziej zmalała po przeprowadzce z Włoch na Mokotów, dzięki czemu do pracy - cenionego w praktycznie całej dzielnicy zakładu optycznego, którego stałymi klientami byli m.in. Melchior Wańkowicz czy Maciej Zembaty - miał... 2-3 minuty piechotą, i to niespiesznym krokiem. Na początku dekady jednak przytrafiła się okazja zanabycia działki wypoczynkowej w cichej, urokliwej okolicy, co oznaczało konieczność dotarcia z wakacyjnym ekwipunkiem ok. 60 km od stolicy, zaś PKS-y kursowały tam podówczas dość rzadko, jechały długo i nie rozwiązywały problemu dotarcia około kilometra z przystanku ze wszystkimi bambetlami. Zapadła zatem decyzja: dziadek robi prawo jazdy a następnie kupuje samochód. A jako, że dziadkowie nie byli szczególnie zamożnymi czy ustosunkowanymi ludźmi, w ich zasięgu pozostawały jedynie propozycje budżetowe - tym bardziej, że wedle mej wiedzy dziadek nie dysponował bezcennym podówczas talonem. A idealnym wyborem dla nich okazał się właśnie relatywnie niedrogi i zaskakująco pojemny Trabant.

Na przełomie lat 80. i 90. byłem już wyższy od Trabiego, co sprawiało, że czułem się bardzo dorośle
Pierwszy Trabant został zakupiony niedługo po nabyciu działki. Dziadek jeździł nim do 1976 roku, kiedy z nieznanych mi powodów sprzedał go i kupił nowego. I ten właśnie Trabi stał się ważnym elementem mojego życia.

Do dziś pamiętam, jak dziadek wykonywał przy swym wehikule wszelkie prace konserwacyjne i drobne naprawy. Zdarzało mu się nawet raz czy drugi odwrócić Trabanta na bok (nie mam pojęcia, jak - nie przypominam sobie, by miał służącą do tego kołyskę) i smarować coś w podwoziu. Pamiętam napisaną lekkim, momentami bardziej dowcipnym niż fachowym językiem książkę "Jeżdżę samochodem Trabant 601", którą czytałem bujając się na rozpiętym między drzewami hamaku. Pamiętam też wieczór, gdy dziadek przyjechał ze skaleczeniem na twarzy - okazało się, że w drodze na działkę motocyklista rozorał cały bok Trabiego, który, poza nowymi błotnikami i poszyciem drzwi, otrzymał po tym zdarzeniu poliftowe zderzaki z czarnymi, plastikowymi rogami.

Brat też lubił Trabanta, ale nawet nie w przybliżeniu tak, jak ja
Trabant służył dziadkowi od nowości przez 17 lat. W 1993 roku został sprzedany, dziadek zaś nigdy już nie kupił kolejnego samochodu. Od tamtej pory wiele razy rozmawiałem z nim o motoryzacji, pokazując mu auta, które mogłyby mu się spodobać, jednak pozostaliśmy przy fantazjowaniu. Dziadek, który niedługo wcześniej zamknął swój zakład i przeszedł na emeryturę, nie chciał wydawać pieniędzy na kolejny samochód - tym bardziej, że w rodzinie był już kilkuletni czerwony Passat kombi, który skutecznie przejął rolę działkotransportowca zarówno dla mych rodziców, mnie i brata, jak i dla dziadków.

Po latach zdarzyło mi się wreszcie śmignąć Trabantem w charakterze kierowcy. Było to moje marzenie od wielu lat, i choć przejażdżka trwała ledwie kilkanaście minut, do dziś wspominam ją z uśmiechem na twarzy. Niestety, dziadek zdążył już wtedy mocno podupaść na zdrowiu - podeszły wiek i wiele przebytych chorób odcisnęły na nim swe piętno, skutkując coraz bardziej utrudnionym porozumiewaniem się. Nigdy nie dowiem się, czy uśmiech, którym odpowiedział mi na moją opowieść o przejażdżce, był oznaką pogodnego sentymentu na myśl o własnym dawnym jeździdle, czy po prostu reakcją na widok starszego wnuka.

Gdy byłem knypkiem w wieku wczesnopodstawówkowym, zapowiadałem dziadkom, że gdy dorosnę, będę ich woził. Przewieźć babci niestety nie zdążyłem, dziadka zaś przewiozłem tylko dwa razy - raz Fiestką, a raz Zuzią. Niedługo później w zasadzie przestał ruszać się z domu, aż w końcu, w wieku 92 lat, organizm uznał, że wystarczy. Tak, wszyscy byliśmy na to przygotowani - przez ostatnie dwa lata dziadek już tylko leżał, coraz bardziej bezradny i zależny od bliskich - jednak odsuwaliśmy od siebie myśl o tej chwili, aż w końcu nieuchronnie nadeszła.

Pozostaje pocieszyć się, że dziadek odszedł w domu, otoczony opieką i miłością, oraz wspominać wszystkie dobre chwile z nim związane: spacery do Łazienek i na mokotowskie Morskie Oko połączone z podziwianiem zaparkowanych pod ambasadami Mercedesów, wycieczka do nieistniejącego już kina Moskwa na "Ghostbusters 2", bajki o panu Brodzie i jego Skodzie i wspólne wycieczki Trabantem.

Szerokiej drogi, dziadku.

piątek, 21 października 2016

Spacerkiem i rowerkiem: silna Wola cz. 3

Październik, szczególnie druga jego połowa, to miesiąc, w którym zaczyna mi się zupełnie odechciewać. Nie jest jeszcze co prawda najgorzej - stan absolutnej demotywacji osiągam w listopadzie i grudniu - ale to właśnie wtedy zaczynam tracić jakąkolwiek wolę (nie mówiąc o ochocie). A tymczasem to właśnie zwiedzanie Woli będziemy dziś kontynuować. A nawet je zakończymy.

Zwiedziliśmy już zachodnie rejony Woli, odwiedziliśmy też post-pekapowskie Czyste - pozostał nam jeszcze Młynów oraz sztuczne twory zwane Mirowem i Nowolipkami (pierwszy tradycyjnie był częścią Śródmieścia, drugie zaś powstały poprzez wchłonięcie przez Wolę zachodniej części Muranowa).

Pójdźmy tedy.

Ależ to musi brzmieć. Jeśli odpala.

To już jest koneserstwo wyższej próby

Jeśli tylko zadba się o zabezpieczenie antykorozyjne, są to praktycznie nieśmiertelne wozy. A tu chyba ktoś zadbał.

A o tego to ja bym z przyjemnością dbał

SUV: Sowieckie Ustrojstwo Vszędziewjeżdżające

No to jest tłuszcz.

Proszę bardzo, ta sama uwaga co w przypadku Cariny 4 zdjęcia wyżej

Tak umierają Trucki

Kącik Tłustej Coupety

i Tłustej Rdzy Podzderzakowej

Autochtoni coś mi o nim opowiadali, ale dawno to było i nie pomnę.

WTEM! Do tego w automacie!!!

Marzy mi się korporacja taksówkowa Retro Taxi

Takie Łady też mogłyby w niej jeździć

Nie ma mixa bez BX-a RAZ

Nie ma mixa bez BX-a DWA

Jest taki zespół Love De Vice. Skrót się zgadza.

Lew Wozi Miękko?

Chyba jakiś spocik był

Wygląda osobliwie wśród okolicznych korpobiurowców

Ciekawe, czy pierwszy właściciel

Chyba ostatnia europejska osobówka na ramie.
Warszawskiej Beczki Finał

A tu do finału jeszcze daleko

Wrasta, Umiera, Marnieje

Gnicie Wołg w służbie reklamy. Nawet odpadających utlenionych kawałków podwozia nikt nie zamiata.

Fiaciorowi chiński telefon opatrzony niemiecką nazwą na zlecenie polskiej firmy robi po zmroku takie zdjęcia

Ale Ogórowi już takie. W sumie się nie dziwię.

WSTyd

Nawet pasuje do tła

Uno 1, czyli Uno uno

Pośmigałbym bokami

Witamy pod koniec lat 90.

Wszystko w nim jest wspaniałe. Wszystko.

Wsiadłbym!
W ten oto sposób zamknęliśmy na dłuższy czas temat warszawskiej Woli. Następny przystanek - Żoliborz i Bielany (tak, tam jeszcze coś zostało po ostatnim cyklu). Będzie tłuszcz. Obiecuję.

poniedziałek, 17 października 2016

Eventualnie: ostatnie takie Nity

Wspominałem już, że sama końcówka sezonu jest jednocześnie najgrubszą jego częścią. Najtłustszym zaś eventem z całego tego zestawu pyszności już od 10 lat jest niezmiennie Festiwal Nitów i Korozji. Przyznaję bez bicia - znam tę imprezę dopiero od 4 lat, jednak zarówno VI jak i VII jego edycja, o które zahaczyłem na kilka chwil jako obserwator, zdały mi się naprawdę srogie. W VIII Nitach udało mi się już wziąć udział (jako pilot EmZetowej Pandy), tak samo w IX (jako tejże Pandy kierowca), i bawiłem się tak dobrze, że w momencie dotarcia do mety moją pierwszą myślą było "to już?". Dlatego też, gdy usłyszałem, że tegoroczna, dziesiąta już edycja Nitów może być ostatnią, oprócz ukłucia żalu poczułem imperatyw (niekoniecznie jednak kategoryczny), by raz jeszcze wziąć udział - i to jako imienny członek załogi, czyli kierowca lub pilot. Jako, że wyżej wymieniona Panda miała już obsadę przedniosiedzeniową, zaś naszej czteroosobowej ekipie z Balerona całkiem nieźle poszło na niedawnym Praskim, wybór był oczywisty.

W dniu zapisów na kilka minut przed ich startem już czekałem niecierpliwie w blokach startowych z otwartym i wypełnionym mailem. Pozostało jedynie wpisać ukryte w krzyżówce hasło. Krzyżówka została pokonana w kilka minut. Minuty te wystarczyły na to, by otrzymać 48 numer startowy.

W ten oto sposób nasza dzielna czwórka (właściciel Merca za kierownicą, ja na siedzeniu pilota i nieoceniona dwuosobowa ekipa asystująca z tyłu) rozpoczęła swój udział w być może ostatnich już warszawskich Nitach.

Na miejsce startu został wybrany tym razem placyk leżący nieopodal słynnego centrum handlowego na Marywilskiej. Industrialna i postindustrialna Białołęka z jej nieznanymi nikomu poza autochtonami bocznymi uliczkami okazała się świetną miejscówą na rozpoczęcie najsłynniejszej chyba graciarskiej imprezy.


Znaczna część załóg była już na miejscu. Było też, rzecz jasna, Państwo Organizatorstwo.

Niestety nie stanowił nagrody głównej. Choć może to i lepiej.

Kącik dwusuwowy

Kącik renówkowy

Jednoegzemplarzowy kącik absolutnej zajebistości

Kącik jednobryłowej japońszczyzny

Kącik bejbibencowy

Kącik sedana dla starszego pana

Zamiast benzyny zatankowali mu mefedronu i propionatu i proszę, mamy efekty. Za to rura wydechowa pewnie ciągnie się smętnie po ziemi

OCH BORZE, DUETT <3 <3 <3

Skoro jesteśmy w temacie Volviaczy...

Emblemacik prorządowy

Chyba w sumie mogłem Skanssenem

Zdecydowanie, one pasują wszędzie i do wszystkiego się nadają.

PIĘKNO

Chciałbym napisać coś w języku Svenska, ale moja znajomość tegoż ogranicza się do katalogu Ikei

Elegancja po brytyjsku, amerykańsku i niemiecku

Japonia po japońsku

O, i takiego Fiaciora jarozumię

Ale takiego jeszcze bardziej. Nawet jeśli nazywa się jak sztućce.

W tym egzemplarzu akurat na początku powinna być raczej szóstka

URATOWANY!!! #pozdrodlakumatych

Tak powinien wyglądać pickup, a nie qrfla chromy i prestiże

O, albo ewentualnie tak. Czyli jak jeszcze bardziej pokraczny i upośledzony Polonez. Bo przecież nie jak Amazon. Amazon jest zbyt piękny.

Piękna jest również Skoda, znana mi już z VII Nitów. Ale jeszcze piękniejsza była jej pasażerka.

Koza. Tak, to jest koza. Nie, nie braliście narkotyków. To znaczy nie wiem, ale jeśli tak, to zapewne macie obecnie dobry trip.

Jeździłbym nim po chłopskiej drodze. I po każdej innej.
 Wreszcie nadejszła wiekopom... yyy, tzn. moment odprawy nadszedł wziął.


Załogi jęły ustawiać się w kolejce do odjazdu.








Inne spokojnie czekały. I czuły dumę. To brzmi trochę, jak "żuły gumę". Tylko szlachetniej.


Totalnie ją czuję, yo.
Bliżej samej linii startu za sprawą podjeżdżania w kolejności zasadniczo dowolnej zrobił się mały, wesoły burdelik.

Niektórzy porównywali rozmiary

Inni dokazywali, zaś ich poczucie humoru nie zawsze było doceniane

Jeszcze inni  sprzeczali się, kto jest bardziej dwudrzwiowy
 Wreszcie przyszła pora i na nas. Pozostało jeszcze tylko ustawić się w odpowiedniej kolejności...


...i można było wyruszyć w stronę horyzontu.


Już na samym początku itinerer spłatał małego figla - był nieco dwuznaczny, jeżeli weźmiemy pod uwagę słowa kol. Bubu, że ślepe zaułki i wykładane kostką wjazdy na parking się zasadniczo nie bawią. Wiele załóg po przejechaniu paru kratek stanęło i mrugało awaryjnymi w bezradnej konfuzji. 

My też.


Kolejka zdezorientowanych rosła.


Na szczęście dalsza trasa przebiegała bez większych zakłóceń. No, może poza dość trudnym przepychaniem się przez co węższe ścieżki mało znanych zakątków Białołęki.


Oczywiście jednym z nieodzownych elementów każdego rajdu turystyczno-nawigacyjnego są tzw. pekapy, czyli punkty kontroli przejazdu. Rzecz jasna były i tu, zaś do rozwiązania zadań, które czekały tamże na uczestników, potrzebna była czasem dość specyficzna wiedza. 

Konsultacje międzyzałogowe

Tu np. należało wykazać się wiedzą starograciarską. Rozwiązałem bezbłędnie, FUCK YEAH.

Punkt Złomnika sprawdzał wiedzę dotyczącą... własnego auta. Konkretnie należało podać długość i rozstaw osi

Punkt Manufaktury Blach Tłoczonych tradycyjnie wpomagany przez Fi i jej Econa

2/3, ale i tak nieźle

Nasz wehikuł na punkcie ManuFi nie zdążył osiągnąć jeszcze nawet 15% finalnego utytłania
Kluczenie po zakamarkach wschodniej Białołęki uświadomiło mi, że zdecydowanie warto jeszcze kiedyś zapuścić się tam z zamiarem mixotwórczym. Eksploracja tych dość zapomnianych (i zaniedbanych) rejonów trwała około połowy rajdu...


...aż w końcu zlądowaliśmy na Bródnie. Tam zaś pytania dotyczyły zarówno obiektów dobrze mi znanych...


...jak i takich, z których istnienia nie zdawałem sobie sprawy, choć kiedyś zdarzało mi się przejeżdżać kilka metrów od nich nawet dwa razy w tygodniu.


Niektóre pytania wymagały wygrzebania się z wehikułu i podreptania trochę dalej, co sprzyjało ponapawaniu się widokami.


W końcu powróciliśmy na Białołękę i ze sporym zapasem czasu zameldowaliśmy się na mecie leżącej w tym samym miejscu, co start.


Oczywiście część załóg dotarła już przed nami, jednak nasz czas okazał się na tyle przyzwoity, że zastaliśmy na miejscu zdecydowanie mniej, niż połowę uczestników.





Mimo to, przed złotym Burgergwardem zdążyła się uformować całkiem spora kolejka.


Gnani głodem i - powiedzmy sobie szczerze - wymuszoną okolicznościami zarobkowymi oszczędnością, której nie sprzyjają foodtruckowe ceny (kupon rabatowy niewiele tu zmienia), po zdaniu karty drogowej ruszyliśmy na kebsa, mijając po drodze kolejnych zdążających na metę zawodników.


Posiliwszy się, powróciliśmy na metę, gdzie w międzyczasie zdążyły już zgromadzić się prawie wszystkie załogi.

Szybka fota i można wrzucać za szejset srylionów na Otomoto, JEDYNYTAKIZOBACZ

Ostatnie załogi przybywają

Minęło kilka godzin i nadal nie zorientowali się, że nie jestem Volvem

Po przejeździe po białołęckich bezdrożach bardziej martwiłbym się o stan elementów położonych niżej niż 5,7-litrowe V8

Z bażin

Był czas, gdy wszystkie Taunusy lądowały w czarnym macie. WSZYSTKIE.

2-drzwiowa Jetta to jeden z niewielu VW, jakie bym nawet chętnie. Jest idotyczna.

Still better than Polonez.

Ależ ja lubię tego sprzęta.

PRAwidłowy pojazd na Nity
 Wreszcie przyszedł moment, na który czekało całe zmarznięte towarzystwo: ogłoszenie wyników.


Wystawa z nagrodami

Elegia na cześć wału od Syreny

Smartfon Szarotka

They see my rusty sill, they hatin

Element od pojazdu latającego może przydać się do tuningu Pandy
 I wtedy nastąpiła mała niespodziewanka.

Po przyjeździe na metę i rozważeniu ilości pominiętych "cetegów" (rozmieszczonych na latarniach i słupach kartek z cyklu "co tu gniło", zawierającymi zdjęcia wrostów, które należało zidentyfikować), potencjalnie położonych pekapów oraz młodego jak na standardy Nitów wieku naszego wehikułu, spodziewaliśmy się solidnego miejsca w pierszej dwudziestce. I rzeczywiście, takie zajęliśmy.

Konkretnie zaś szóste.

Nagrodą okazał się piękny, pokryty szlachetną patyną mikrofon Wodeckiego.


Było to doskonałe zakończenie X Festiwalu Nitów i Korozji. A czemu być może ostatniego, a przynajmniej w Warszawie? Otóż przede wszystkim w mieście stołecznym brakuje już odpowiednich na takie imprezy klimatycznych miejsc. Prawie nie ma też już interesujących wrostów - ich miejsce zajmują Vectry (jedna nawet stanowiła pytanie na rajdzie), które interesujące nie będą raczej nigdy. Ponadto załoga Stada Baranów jest już zmęczona organizacją rajdów, w związku z czym zapadła decyzja o zrobieniu sobie przerwy. Dobrą wiadomością jest jednak to, że Nity zostałe przekazane innej, zaufanej ekipie. Oznacza to, że prawdopodobnie tradycja będzie kontynuowana. Będzie to jednak już troszkę inny rajd (wszak wiadomo - inni organizatorzy, inne pomysły, innego rodzaju zryte, złośliwe poczucie humoru) i być może w przyszłym roku odbędzie się już gdzie indziej.

Ale jeśli tylko XI edycja zostanie ogłoszona, postaram się wziąć udział. Zdecydowanie warto.

Z Nitów nawet wraca się fajnie.