wtorek, 4 lutego 2014

Basista kontra Qltura: Małżeński Rajd Dakar

Pewien czas temu otrzymałem od swojego zakładu pracy sympatyczny bonusik: zaproszenie do teatru. Jako, że w teatrze nie byłem dawno (co przyznaję ze wstydem, winę zwalając na wiatr hulający w mym portfelu), radość ma była niezmierna - tym bardziej, że tytuł sztuki brzmiał obiecująco, gdyż nieco motoryzacyjnie: "Małżeński Rajd Dakar".

W końcu nadeszło niedzielne popołudnie. Dysponując onym zaproszeniem odzialiśmy się z Wybranką odpowiednio i udaliśmy się do teatru Palladium celem chapnięcia nieco kultury.

Po dotarciu na miejsce oczom mym ukazała się scena z nader zachęcającą scenografią pod postacią... frontu z Citroena 2CV. Natychmiast nastawiło mnie to pozytywnie do mającego się rozpocząć spektaklu, choć po chwili zastanowienia stwierdziłem, że jakaś Dwacefałka musiała dokonać w tym celu żywota - jednak pocieszyłem się, że lepiej, by skończyła jako element scenografii, niż karma dla zgniatarki. Za sympatycznym pyszczkiem Cytrynki rozciągał się ekran na którym wyświetlane było tło. Do tego obsada - Katarzyna Pakosińska i Mirosław Zbrojewicz - wróżyła naprawdę dobrze. Optymistycznie nastawieni do sztuki zasiedliśmy w fotelach by doświadczyć 75 minut smutnego rozczarowania.

Pomysł na sztukę (w oryginale napisaną przez nieznanego mi osobiście ani ze słyszenia Sigitasa Parulskisa) był niezły: małżeństwo ze sporym stażem (i problemów bagażem) bierze udział w rajdzie, podczas którego rozkracza im się samochód. Sami, w centrum pustynnej dupy, z malejącym zapasem wody, są zmuszeni do stawienia czoła swoim problemom i sobie nawzajem. Można było ugrać na tym naprawdę sporo. Był potencjał na niezłą komedię i rzeczywiście, jak najbardziej była to komedia, jednak do niezłej było jej równie daleko, co czerwonej Dwacefałce do stanu igłalalkajedynytakiZOBACZ. Całość była oparta na dowcipach, które porażały swoją czerstwotą w momencie, gdy usłyszałem je po raz pierwszy, a było to mniej więcej wtedy, gdy wchodziłem na stojąco pod szafę, teraz zaś na nowo definiowały jedno ze znaczeń słowa "beton". Przyznaję, kilkukrotnie się uśmiałem - jednak fakt, że najśmieszniejszymi momentami przedstawienia były chwile, gdy z ust aktorów padały słowa "kurwa" oraz "pierdolić", dość dobitnie świadczy o całokształcie.

Tak czy owak - Wybranka ewidentnie walczyła z przemożną potrzebą opuszczenia lokalu, mi zaś pozostawało wpatrywać się smutnym wzrokiem w stojącą na scenie połówkę Cytrynki.

Zdjęcie zakoszone bezczelnie z zapowiedzi na kultura.wp.pl, gdzie można przeczytać, czym ta sztuka mogłaby być

Jedno jest pewne: warto częściej wybrać się do teatru (przynajmniej w miarę możliwości), jednak następnym razem mam nadzieję, że będę mógł bardziej świadomie wybrać spektakl. No chyba, że znów dostanę zaproszenia, co - mimo rozczarowania tą konkretną sztuką - zawsze jest miłym bonusem.

sobota, 1 lutego 2014

Basowisko: GMR

Dobry wieczór. Podobno.

Mamy już luty, na dworze pizga złem a krew zamarza w żyłach. Dlatego zamiast łazić gdziekolwiek lepiej na ten dany przykład pochwycić basik i wydać z niego kilka dźwięków. Szczególnie jeśli ma się okazję pograć na czymś innym, niż własne, dobrze znane basiwa. A taką okazję miałem ostatnio.

W studiu należącym do mojego dobrego znajomego od dłuższego czasu leżał pewien bas, będący zresztą małym kawałkiem historii polskiego rocka progresywnego. Był to dość stary (niemal 20-letni) egzemplarz GMR-a Bassforce - chyba jeszcze sprzed czasów gdy nazwa Bassforce była używana, gdyż GMR miał podówczas tylko ten jeden model w ofercie. Bas leżał bezczynnie, gdyż jego właścicielka zarzuciła pewien czas temu zacną sztukę wytwarzania niskich dźwięków i zostawiła swój instrument w tymże studiu. A jako, że nieużywane instrumenty nudzą się strasznie, zaś ja nie miałem jeszcze okazji pograć dłużej na GMR-ze, stwierdziłem, że zapewnię mu odrobinę rozrywki i - oczywiście po uzyskaniu pozwolenia - zabiorę go na kilka dni do domu celem obgrania. Co też uczyniłem.



Jedno co na pewno można powiedzieć o "klasycznych" modelach GMR-a to to, że są ładne. Zawsze mi się podobały - może kiedyś bardziej niż teraz ale nadal uważam, że najbardziej znany GMR-owski kształt jest miły dla oka a do tego łatwo rozpoznawalny. Oczywiście wrażenia estetyczne są subiektywne, jednak jakość wykonania już nie. A ta na szczęście jest niezła. Brakuje jej co prawda nieco do perfekcji osiąganej przez najbardziej renomowanych (i najdroższych) producentów jak Alembic czy Zon (miałem ostatnio w rękach przepiękny egzemplarz Sonusa 6 - fenomenalny instrument!) ale jest zupełnie przyzwoicie. A byłoby jeszcze lepiej, gdyby bas nie był zwyczajnie zaniedbany. Abstrahując od zanieczyszczeń niemalże wżartych w matowe, olejowe wykończenie GMR-a, największym problemem w tym egzemplarzu były nierównomiernie zużyte progi, co dawało wybór: albo wysoka, niewygodna akcja strun, albo potworne brzęczenie w okolicach 7 progu, szczególnie na strunie A. Finalnie wybrałem to drugie. Być może udałoby się poprawić sytuację regulując napięcie pręta w gryfie, jednak przez min. 2 lata bez ruszania stawiał on duży opór a nie chciałem ryzykować siłowania się z nim.

Skoro jesteśmy już przy niedoskonałościach, warto wspomnieć o... główce. Owszem, jest bardzo ładna, do tego zawsze podobały mi się główki w układzie 2+2 (oczywiście nie wszystkie), jednak jej smukły kształt powoduje, że klucze strun A i D są zbyt blisko jej osi, co z kolei sprawia, że końcówki strun niemal się dotykają. Niezbyt przemyślane rozwiązanie, które zostało poprawione w późniejszych wersjach.


O konstrukcji słów kilka.

GMR był - obok Nexusa czy Mayonesa - jedną z pierwszych polskich firm, które wprowadziły na nasz rynek rozwiązania znane na szeroko pojętym zachodzie już od lat, takie, jak aktywna elektronika czy konstrukcja neck-thru-body z użyciem egzotycznych drewien. Tak jest i w tym przypadku. Wyposażony w 24-progową palisandrową podstrunnicę siedmioczęściowy gryf (cztery warstwy klonu - dwie szerokie, dwie wąskie - przełożone cienkimi paskami wenge) przebiega przez całą długość instrumentu. Doklejone do niego skrzydła korpusu zostały umiejętnie wystrugane z drewna, którego niestety nie potrafię dokładnie zidentyfikować - otwarte pory wskazują na mahoń, jednak słoje sugerują, że może być to np. bubinga. Niestety nie mam dostępu do dokładniejszych danych w tym temacie. Siodełko jest mosiężne, co w mojej ocenie jest sporym plusem. Generalnie widać dość wyraźnie, że twórca marki GMR Roman Koc dość mocno zapatrzył się na basy Warwicka - we wczesnych GMR-ach królowały przystawki i elektronika MEC, dobór drewien był zbliżony (wiele Bassforce'ów, głównie bolt-on, miało korpus z bubingi lub ovangkolu, co nie skończyło się za dobrze) a znaczna ilość instrumentów, podobnie, jak Mayonesy Be z tego okresu, miała warwickowskie mostki. W tym egzemplarzu co prawda mostek został wyprodukowany przez Schallera, ale klucze noszą logo Warwicka zaś aktywna elektronika i single zostały wykonane przez firmę MEC, kojarzoną nierozerwalnie z basami na "W". Dodajmy do tego olejowe wykończenie i w zasadzie można założyć, że bas brzmi jak Warwick. Czyli nie brzmi.

Na szczęście nie jest aż tak źle.


Najpierw jednak kilka słów o wrażeniach manualnych. 

GMR zwraca uwagę bardzo dobrym wyważeniem - przy grze na siedząco, bez paska, naturalnie utrzymuje poziome ułożenie. Gryf jest dość wygodny - nie za szeroki, nie za wąski. Całości dopełnia przyjemne w dotyku matowe wykończenie (choć jestem przyzwyczajony do lakierowanych basów i takie, mówiąc prawdę, wolę).

Pora zatem coś zagrać.

"Na sucho" GMR brzmi dość żywo, choć zdecydowanie nie tak dynamicznie jak basy o klasycznej konstrukcji bolt-on (np. Jazz Bass) ani nie tak potężnie i dźwięcznie jak Alembic. Brzmienie "unplugged" jest dużo bardziej wyraziste niż w przypadku znanych mi Warwicków. Prawdopodobnie jest to zasługą złożonego głównie z klonu gryfu, który w konstrukcjach ntb narzuca charakter brzmieniu. Po podłączeniu jednak sound okazuje się być zaskakująco ciemny, szczególnie w trybie pasywnym uruchamianym pociągnięciem potencjometru głośności. Można co prawda podbić górę w trybie aktywnym, jednak jest ona bardzo sucha a przy mocnym podbiciu wręcz nieprzyjemna. Całokształt brzmienia jest suchy, brakuje w nim "ciosu" właściwego dla konstrukcji fenderokształtnych czy szlachetnej dźwięczności którą możemy znaleźć w basach Alembica, stanowiących według mnie wzorzec metra w temacie nowoczesnej, aktywnej gitary basowej. Na szczęście spora ilość "warczącego" środka sprawia, że w niezbyt gęstym miksie bas nie ginie zaś specyficzna charakterystyka zaskakująco dobrze spisuje się w niektórych stylach. 

Zabrałem GMR-a ze sobą na dwie próby. Na pierwszej ćwiczyliśmy z zespołem semiakustyczne wersje swoich utworów - i tu basik pokazał się z najlepszej strony. Gitara akustyczna, grająca nieco innym pasmem niż "elektryk", zwolniła częstotliwości, które udało się zająć GMR-owi. Brakowało co prawda dynamiki Jazza, jednak generalnie nie było źle. Niestety, na drugiej próbie, gdzie grałem już z gitarą elektryczną oraz klawiszowcem obsługującym Norda, było już sporo słabiej. GMR, którego użyłem w numerach, gdzie zazwyczaj gram na Jazzie, zwyczajnie ginął. Nie było słychać ataku, brzmieniu brakowało "definicji", zaś podgłośnienie się sprawiło jedynie, że bas był za głośno. Podłączenie Alembica czy bezprogowego Ibaneza udowodniło, że gitara basowa nie musi być bardzo głośno, by była wyraźnie słyszalna.

Jednak jest jeszcze jedno pole, w którym GMR bryluje: granie solo, szczególnie klangiem. Okładanie kciukiem GMR-a jest przyjemnością, a jego suche brzmienie z nieco oderwaną od reszty pasma górą sprawdza się tu bardzo dobrze. Należy jedynie włączyć preamp, podbić nieco wysokie tony i można godzinami nieudolnie udawać Wojtka P.

Podsumowanie, czyli zady i walety:

Stary GMR z serii, która nieco później uzyskała nazwę Bassforce, jest specyficznym instrumentem. Nie mogę powiedzieć, że jest zły, choć nie za bardzo przypadł mi do gustu. Po prostu nie do wszystkiego się nadaje. Jego zalety najbardziej uwidaczniają się (a w zasadzie usłyszalniają) w slapowych wygłupach oraz w niezbyt rozbudowanym, akustycznym składzie, gdzie łatwo można znaleźć dla niego miejsce w paśmie. Bez problemu mogę wyobrazić go sobie w zespole grającym np. poezję śpiewaną. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że miałem w rękach kilka GMR-ów, które konweniowały mi znacznie bardziej, podejrzewam, że można sporo poprawić w brzmieniu wywalając lub wymieniając preamp i zastępując przystawki MEC przyzwoitymi pasywnymi pickupami. Sporo może też dać zmiana mostka (np. na ABM lub Hipshota) - Shaller robi bardzo dobre klucze, ale mostki wychodzą mu znacznie słabiej. Oczywiście może być też tak, że po prostu lubisz tego typu sound - wtedy stary GMR z egzotyczną dechą jest dobrym rozwiązaniem. Jeśli poszukujesz warwickopodobnego brzmienia, dostaniesz je właśnie tu, według mnie lepsze, bardziej użyteczne niż w oryginale, za to za znacznie niższą cenę. Ja jednak takiego soundu nie szukam.

Plusy:

* przyzwoite wykonanie
* dobry komfort gry
* ładny wygląd

Minusy:

* mało uniwersalne, ciemne a jednocześnie "suche" brzmienie
* elektronika
* mostek
* niefortunne rozmieszczenie kluczy na główce

Czym go wozić:

GMR-a przywiozłem ze studia (i wkrótce odwiozę go tam z powrotem) oraz zawiozłem na obie próby Madzią, jednak myślę, że będąc polskim, popularnym w latach 90. instrumentem, najbardziej pasowałby do najpopularniejszych podówczas na naszych drogach aut: Lanosa, Fiata Sieny czy Skody Felicii. Nie są to najbardziej ekscytujące samochody, ale spełniają swoją funkcję - i GMR też ma na to szansę, jeśli będziemy używać go w składach, gdzie jego brzmienie się dobrze odnajdzie. Lub tez wymienimy w nim kilka elementów.

I na koniec małe ogłoszonko parafialne.

GMR to nie jedyny bas, który znalazł się na kilka chwil pod moim dachem. Na rzetelne obgranie czeka jeszcze jeden basik - bardzo ciekawy i fajnie się zapowiadający. Jednak aktualnie nie jest w pełni funkcjonalny. Abym mógł go opisać, trzeba dorobić/naprawić jeden element jego mostka, a może to zrobić... tokarz. Jeśli zatem znacie jakiegoś tokarza w obrębie Warszawy, który nie odrzuca drobnych zleceń, koniecznie dajcie cynk. Albo wolfram.

Do następnego.

niedziela, 26 stycznia 2014

Podwózka-niespodzianka, czyli rejs latającym dywanem

Wczoraj pożegnałem się z basem, który spędził u mnie prawie 9 lat i którego użyłem podczas nagrywania 6 płyt (w tym jednej, która jest nadal w fazie tworzenia - dam znać, gdy będzie gotowa), czyli z Malinkiem. Aktualna sytuacja sprawia, że każdy grosz się liczy (nawet rozłożony na raty, jak w tym przypadku), do tego trochę straciłem do niego serce, ale i tak trochę żal. Żadnego basu jak do tej pory nie miałem tak długo. Na szczęście jest Ibanez, którego brzmienie jest bliższe mojemu wzorcowi fretlessowego soundu. Co prawda brakuje mi w nim czasem piątej struny, ale dajemy radę. Ibanez i ja, znaczy.

Tymczasem znów mamy niedzielny wieczór, czyli jutro do roboty. Nawet ci, którzy swoja pracę lubią, zapewne są w stanie dość dalekim od radosnego podniecenia. Dlatego dziś, drogie dzieci, opowiem Wam historyjkę jak to basista owego podniecenia doświadczył (i to w niebezpiecznym dla zdrowia stężeniu) zasiadając w swym największym motoryzacyjnym marzeniu. Co prawda na siedzeniu pasażera, ale i tak było grubo.

Było lato. Konkretnie, było lato 2012, czyli już jakieś półtora roku temu. Udaliśmy się z Wybranką do Parku Szczęśliwickiego spotkać się z naszym dość serdecznym znajomym i wykonać jakiś przyjazny browarek. Z tegoż ostatniego powodu przemieściliśmy się tam zbiorkomem. Spotkanie było miłe, piwko w gorący letni dzień smakowało świetnie, ale nadszedł czas by ewakuować się celem powrotu do domu. Gdy zmierzaliśmy w kierunku pętli autobusowej w oddali zamajaczył znajomy kształt. Bardzo znajomy. I bardzo ulubiony.

Starając się utrzymać spodnie na sobie pognałem przodem.

Kształt okazał się być dokładnie tym, czym myślałem, czyli przepięknym egzemplarzem Citroena DS. Każdy DS jest przepiękny (mówię o klasycznych odmianach, a nie współczesnej serii, z której tylko DS3 daje radę jako świetne miejskie jeździdło, zaś pozostałe, czyli 4 i 5, są niezasługującymi na swą nazwę gadgetami dla waginosceptyków), ale ten był wyjątkowy. Jedyny taki igła lalka ZOBACZ. Tocząc z góry skazaną na porażkę walkę ze ślinotokiem dobyłem aparatu i przymierzyłem się do upamiętniającego Boginię strzału migawką. W tym momencie nadszedł właściciel. Dotarła też Wybranka wraz z naszym kolegą i wpasowując się w przerwę w mym wychwalającym owo mobilne dzieło sztuki słowotoku spytała, czy zrobienie zdjęcia nie będzie zbytnim fopa, fidąk, fłagra i fłaje. Właściciel z uśmiechem wyraził zgodę, ja zaś drżącym palcem nacisnąłem spust migawki. O ile w przypadku cyfrowej małpy może być o czymś takim mowa.


Jednak nie był to koniec niespodzianek. Po skończonej sesji fotograficznej właściciel spytał gdzie się udajemy, bo on akurat jedzie na Mokotów. NA MOKOTÓW.

Powiedzmy sobie szczerze: nawet gdyby kierował się na Bielany, powiedziałbym, że właśnie tam planowaliśmy zmierzać.

Zalogowałem się na prawym przednim siedzeniu, uprzednio wpuściwszy Wybrankę do tyłu. W środku unosił się charakterystyczny zapach starego samochodu, który swoją drogą uwielbiam. Siedzenia były miękkie jak babcina kanapa i delikatnie poskrzypywały. Wnętrze okazało się być bardzo obszerne, zaś widoczność wokół - świetna. No i oczywiście specialite de la maison, czyli otulające niebiańskim komfortem, relaksujące delikatnym kołysaniem hydropneumatyczne zawieszenie. Zero sportowej sztywności, zero tak modnego teraz i lubianego przez dziennikarzy podskakiwania na nierównościach. To nie był samochód do wykręcania rekordowych czasów na Nordschleife. To był wehikuł mający przewieźć swoich pasażerów tak wygodnie i stylowo, jak nic innego na ziemi. I ten konkretny Citroen DS23 Pallas dokładnie to robił.

O ile do tamtej pory po prostu wielbiłem te auta, nawet marzyłem o takim, o tyle dzięki tej przejażdżce wiem na sto procent: chcę takiego. Bardzo.

Urodziny już miałem. Imieniny mam w kwietniu. Anyone?

wtorek, 21 stycznia 2014

Spacerkiem i rowerkiem: Drugi Mix Mokotowski

Bry.

Przychodzi czas, gdy obleciało się już praktycznie całe miasto a w międzyczasie zdążyła narosnąć całkiem przyjemna sterta zdjęć z dzielnicy, w której wszystko się zaczęło (plus wypływają starsze, pominięte wcześniej foty pięknych złomów). Słowem - wracamy na Mokotów. Tam, gdzie magazyn kotów.

Zacznijmy jednak od zeszłorocznej wycieczki po Skarpie Warszawskiej, gdzie trenowaliśmy z Wybranką przed Lemingami jazdę według itinereru. Kilka zdjęć wrzuciłem już do mixu śródmiejskiego - teraz czas na część mokotowską.

Jadziem.

Siemiorki nadal służą dzielnie.

Beczki w kombiaczu też. Choć niestety coraz częściej jako składziki.

Koneserstwo i jaktajmerstwo w srogim stężeniu

O ile pamiętam, był na Złomniku. Podróżowałbym

W okolicach skoczni ktoś zaparkował sobie Mazdę B2200 i tak zostawił

Z Francji przez Stany i Holandię do Polski. Chętnie poznałbym historię egzemplarza.

A teraz - część główna, czyli złomy napotkane podczas wypraw codziennych. Lecimy - z grubsza - z północy na południe.

Yndżoj.

Gość po prostu sobie nim jechał. Nie rozeznaję się w przedwojennej motoryzacji - Opel? Coś innego?

Rama, V8 i te piękne kołpaczki z Tesco

Wybitnie koneserski spocik pod jednostką wojskową

Na Złomniku była ostatnio dyskusja o vanach

Na pierwszym planie coś dla miłośników perforacji, na drugim - dla Ojca Baldwina

On tam sobie stoi i stoi, czasem ktoś sprzedaje z niego buły

Z wizytą do aresztanta?

Jeżdżona normalnie na co dzień od lat. Miliona kilometrów życzę!

Przedliftowy. Trzydrzwiowy. W automacie. 

ŚLINOTOCZNE ZAPALENIE MUZGÓ.

Ktoś sobie nim po prostu jeździ i się nie przejmuje. I dobrze.

Ktoś sobie po prostu nim jeździ na wakacje. I jeszcze lepiej.

Ktoś po prostu... NAJLEPIEJ

Najpiękniejsze BMW ever. EVER.

Tak też można, popieram

Legendarna niemiecka jakość i prestiż

Bardzo popieram, bardzo poproszę

Jeden z tych samochodów to tanio wykończone, plastikowe barachło. Drugi to Hyundai S-coupe

Ich naprawdę jest jeszcze sporo, szczególnie w tej okolicy

Dobre combo

I Starlet solo. Parkuje tam od lat.
Wiem, wrzucałem go już. Ale nie przestał mnie zachwycać.

Ten też nie

Nadal dzielnie pracuje. Upolowany przez Wybrankę

Brat księdza Bloczyka

Kiedyś VW miały sens. Naprawiałeś  młotkiem i taśmą i jeździłeś dalej. Choćby do dziś.

Nivy mają sens cały czas. Na przykład bardzo sensownie gniją. Photo by Wybranka

Nie poradzę, bardzo je lubię

A te troszkę mniej

W okolicach ambasady Korei Płn. Mogłaby być ich wozem służbowym

Na pohybel normom i źle pojętej nowoczesności

Jakoś jeszcze nikt go nie kupił, CIEKAWE DLACZEGO

Rodzeństwo: wersja najbardziej idiotyczna obok wersji najnudniejszej

Ciekawe czy za kolejne 20-30 lat Żuki nadal będą odmawiały klękania przy robocie

E39 niestety klękło.

Baldwinka za to nadal śmiga, Poldek zapewne też

Idealne miejsce na spoczynek Ascony: parking pod bazarkiem

Na do widzenia - Cztery Jaktajmery

Do przyszłego razu.

sobota, 18 stycznia 2014

Gęba i paluchy: Art of Parties

No i minął kolejny rok mojego żywota.

Nie będę się chwalił ile dziś mi stuknęło - powiem tylko tyle: jestem szacownym panem w średnim wieku. Czuję się staro.

I nadal zachowuję się jak upośledzony nastolatek.

Tak czy inaczej - z okazji mojego postarzenia się przedstawiam nowy cykl, w którym będziecie mogli oglądać moją starczą paszczę i paluchy oraz posłuchać mego krzywego grania. Czasem będę brał na tapetę numery, które są według mnie tego warte, czasem po prostu będę przedstawiał basy jako spóźniony ficzer dodatkowy do już zamieszczonych wpisów.

Na pierwszy ogień - jeden z mych ulubionych numerów jednego z mych ulubionych zespołów: "Art of Parties" Japan.

Oto oryginał w mojej ulubionej wersji koncertowej:


Mick Karn, o którym już niegdyś pisałem, to jeden z moich absolutnych basowych idoli. Czarodziej fretlessa, człowiek o nieprawdopodobnej, unikalnej kreatywności, wielka indywidualność. Dokładnie dwa tygodnie temu (4 stycznia) minęła 3 rocznica jego przedwczesnej śmierci. Dlatego też zdecydowałem zacząć od jednej z jego natychmiastowo rozpoznawalnych linii. 

I tak, wiem, że nie zagrałem tego idealnie. Powiem więcej - moje wykonanie jest, oględnie mówiąc, dość odległe od oryginału. M.in. brakuje kilku dźwięków (za każdym razem jest to pierwszy dźwięk frazy) w miejscu, gdzie nie byłem pewien, gdzie zaczyna się bridge bez basu. Zresztą nadal nie jestem pewien.

Ale nie jestem Mickiem Karnem.

Panie, Panowie i cała reszto - oto zatem ja i mój bezprogowy Ibanez Roadstar II. Japan, Mick Karn, "Art of Parties".




Do najbiliższego.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Basowisko: Rozwiązanie tymczasowe

Dobry wieczór zasadniczo.

W nowy rok weszliśmy może nie z hukiem, ale z całkiem przyzwoitym łupnięciem pod postacią guglstritowych znalezisk (które to łupnięcie okazało się być cokolwiek przedwczesnym wytryskiem, gdyż już po publikacji znalazłem w GSV kilka kolejnych rodzynów zalegających na ulicach Warszawy). Dlatego teraz pora... na narzekanie.

Tak - wśród instrumentów, które miałem przyjemność posiadać (i ogrywać) był jeden bas, z którym zupełnie się nie zaprzyjaźniłem.

Będąc szczęśliwym posiadaczem Nexusa Shining 5 cały czas marzyłem o Alembicu. Marzenie w końcu ziściło się, jednak potrzebowałem wtedy trochę dodatkowej gotówki a jednocześnie nie mogłem pozwolić sobie na choćby tydzień bez basu, dlatego postanowiłem zrobić mały downgrade, czyli sprzedać (z żalem) Nexusa i na czas oczekiwania na Essence'a zakupić coś tańszego. Rozpocząłem tedy poszukiwania, które doprowadziły mnie do dość ciekawie prezentującego się instrumentu będącego dziełem niezbyt szeroko znanego polskiego lutnika, Grzegorza Kolasińskiego.

Basik był ładny, ja byłem młody i niedoświadczony (czyt. stary i głupi) z czego wynikało przekonanie, że przystawki EMG zapewnią solidny cios w bebechy (to, że coraz więcej ludzi komentowało zbyt potężny, trudny do opanowania dół generowany przez Malinka, nie dało mi jeszcze do myślenia), właściciel Kolasińskiego zaś wyraził zainteresowanie zamianą z dopłatą z jego strony.

Deal został uskuteczniony.


Kolasiński (bas, nie lutnik) przybył po kilku dniach i od razu wzbudził we mnie odrobinę wątpliwości. Otóż konstrukcja klonowego, przykręcanego gryfu w doklejaną główką i tejże główki kształt, tak samo, jak umieszczenie kropek na 24-progowej, palisandrowej podstrunnicy, natychmiast przywodziły na myśl Corta. Dokładnie takiego, jakiego niegdyś miałem. Na szczęście korpus był już niewątpliwie autorski - ciekawie ukształtowany, ładnie wykonany i solidnie wykończony przezroczystym, lakierem. Nie pomnę niestety jakie było główne drewno wykorzystane w desce natomiast ze zdjęć od razu wynika, że była ona zwieńczona przyjemnym dla oka topem z klonu płomienistego. Do tego dwa "mydełka" EMG i 3-drożna aktywna elektronika, które zapowiadały brzmienie typu "uśmiech Romana", czyli podbity dół i góra oraz nieco wycięty środek.

I tak w istocie było.

Wiosło brzmiało... specyficznie. Na pewno nowocześnie. Dół był tłusty, góra potrafiła urwać głowę z kawałkiem kręgosłupa, środek za to charakteryzował się, powiedzmy, pewną taką nieśmiałością.  Całość niezbyt dobrze siedziała w miksie. Gdybym grał nu-metal na pewno byłbym zachwycony. Jednak nie grałem, nie gram i nie zamierzam, w związku z czym moje uczucia były dość mieszane. Zachwyt jeszcze zmalał gdy rozpadł się jeden z kluczy. Na szczęście w zaprzyjaźnionym sklepie dostałem podobny (też czarny, rozmiarowo pasował, tylko inna firma) zupełnie za friko. 

Tak czy inaczej - mój entuzjazm topniał sukcesywnie. Nie pomogło nawet to, że bas był bardzo wygodny w grze. Zacząłem intensywnie rozglądać się za czymś innym. I dość szybko znalazłem rozwiązanie pod postacią meksykańskiego pięciostrunowego Jazza, którego brzmienie satysfakcjonowało mnie o niebo bardziej, zaś jego właściciel poszukiwał właśnie czegoś o brzmieniowej charakterystyce Kolasa. Dokonaliśmy zamiany jeden do jednego i obaj byliśmy zadowoleni z dealu. Nie zmienia to faktu, że powinienem był jednak zacisnąć pasa i absolutnie nie pozbywać się Nexusa. Pięknie uzupełniałby się brzmieniowo z Alembikiem a do tego być może teraz właśnie mógłbym wymienić go na mojego wymarzonego bezgłówkowego fretlessa - wszak Jacek Kobylski (czyli Mr Nexus we własnej osobie) kilkukrotnie wspomniał, że Shininga zrobił oryginalnie dla siebie i gdybym nadal go miał pewnie udałoby się nam dogadać...

Właśnie, Shining. Kilka dni później wylądował na Allegro w cenie prawie dwukrotnie wyższej. I ze zrobionymi przeze mnie zdjęciami.

Podsumowanie, czyli zady i walety:

Kupowanie instrumentu bez wcześniejszego obadania jest zawsze ryzykowne. Kilka razy mi się udało (Alembic, Geddy, pierwszy Ibanez), tym razem jednak zaliczyłem wtopę. Prawdopodobnie dzieło Grzegorza Kolasińskiego lepiej sprawdziłoby się z innymi przystawkami i elektroniką, jednak nie miałem wtedy głowy do takich zabaw. No i ten gryf podejrzanie przypominające wzięty z taniego Corta...


Plusy:

* komfort gry
* ładny wygląd (korpus - kształt i top)
* przyzwoite wykonanie pod względem lutniczym

Minusy:

* zupełnie nieodpowiadające mi brzmienie
* dość kiepski osprzęt (mostek i klucze)
* gryf - prawdopodobnie z Corta Action Bass V

Czym go wozić:

Będąc podówczas niezmotoryzowany, woziłem piątkę Kolasińskiego zbiorkomem. Myślę, że pasowałby do bagażnika Golfa III. Ale ja tak naprawdę nie woziłbym go niczym. To nie był bas dla mnie, i tyle.